Miesiąc nieobecności

No to tak ze wstępu – nie było mnie tutaj prawie miesiąc!! Jak ten czas zaiwania! No mniejsza o to, byłem rozrywany z każdej strony! Nawet przy komputerze nie siedzę tyle co dawniej. Szkoła – bo to ona jest tutaj główną winowajczynią za brak choćby chwili wytchnienia – zabiera mnóstwo czasu. Czas to najmniejszy problem! Wraz z czasem siły uciekają, a to jest znacznie gorsze. No ale dobrze… Jestem, mam chwilę – zatem wykorzystam te czynniki w miarę możliwości.
wiatr

Wiele rzeczy się zmieniło… Owe zmiany są może tylko kosmetyczne, ale wpłynęły znacząco na to, co robię z nie mniejszą przyjemnością. O co chodzi? Wypadałoby ogólnie zacząć od początku, lecz po miesiącu ciężko do niego wrócić… Hmm – uporządkuję zatem fakty! Jak było widać wstawiłem dwie początkowe części książki, czemu nie było następnych fragmentów skoro dalej nad nią pracuję? Otóż nie podoba mi się ona – ogólny jej zamysł, sposób pisania jak i użyta narracja. Chcę to zacząć od nowa – zmieniając narrację przekształcić cały obraz. Jedyne co mi się w tym podoba to metafora wpleciona w tekst. Ona właśnie jest jedyną rzeczą, której bym nie zmienił. Cała reszta pójdzie do piachu, gdy tylko wymyślę coś nowego! Co by tutaj jeszcze napisać… No to chyba ogólnie wszystko – odnosząc się tylko do tego tematu rzecz jasna…

kniga
To, że gram na instrumentach wie niemalże każdy, ostatnio dorwałem się do harmonijki ustnej. I muszę przyznać iż nauka idzie mi bardzo szybko. Wróć!! Naukę już zakończyłem – przez około tydzień się uczyłem. Więcej nie było mi potrzebne, jedynie podstawy łapania dźwięków i obsługi tego zmyślnego urządzonka. Przyznam szczerze, że o kilku rzeczach faktycznie nie wiedziałem! Ale co robiłem przez resztę czasu? Sam dochodziłem do momentów przełomowych, sam teraz tworzę. Moja muzyka jest cudowna! O poranku budzi wszystkich, a później sprawia, że uszy wszystkim krwawią! Oni się nie znają na pięknie muzyki! Ale tak na poważnie… Idzie mi naprawdę całkiem nieźle, tylko mam dość ciężki start. Raczej miałem – bo już opanowałem większość „gry”. Więc co utrudniało ten start? Naukę powinno się zacząć od harmonijki w tonacji C – jedyna dostępna w moim sklepie muzycznym miała tonację D – teoretycznie jeden stopień różnicy, ale uniemożliwia to płynną grę (właśnie to szarpie uszy, ciężko dopasować się w dźwięki znanych melodii). Ogólnie zakupiłem model dość tani – chciałem uniknąć zawiedzenia się na samym sobie przy wyłożeniu grubej kasy na instrument i późniejszym jego odstawieniu. Jednak nawet ten tani model pozwala mi grać na sobie, nie robi fochów, zatem grywam to i owo.
hohner
Instrument to tylko jeden zabijacz czasu… Mam również od niedawna dłuta – oj zawsze chciałem tworzyć coś bardziej namacalnego niż tylko dźwięki, czy kartki papieru upstrzone tuszem… Robię jakieś drobnostki w mydle, dokładniej mówiąc. Nie wiedziałem, że kostka szarego mydła może dać TAKĄ frajdę! Najciekawsze w tym wszystkim jest stałe kombinowanie – jeżeli się coś źle zrobi, to całość nabiera już innego wyglądu i należy nadać jej innego wymiaru. Mówiąc inaczej – zmienić całą pracę, porzucić stare myśli i koncepcje, dla tej jednej… Nowej! Jedynym i zasadniczym minusem tej zabawy jest syf… I jest to z deka ironiczne (niezależnie od strony, z której patrzymy na całą sytuację)! Mydło – symbol czystości – a tworzy bród i syf dookoła. Pracować trzeba nad gazetami, bo potem doczyścić daną rzecz, do której owe mydło przylgnie, nie jest łatwo. Nie można zbyt mocno oddychać, bo wióry się rozsypią co całym pomieszczeniu! Ale jak cieszy efekt końcowy! Myślę iż warto poświęcić temu chwilę.

Co ja tam jeszcze robiłem? O mikołajki! (z dużej czy z małej? – no nie ważne będę pisał z małej) Dwa dni temu były mikołajki, i to nie byle jakie – a najlepsze jakie miałem! Oj nie chodzi tutaj o prezenty, tych dla mnie mogłoby w ogóle nie być! Jest coś cenniejszego niż otrzymane podarki. Mogłem spędzić ten dzień z osobą, którą kocham – to był największy prezent … Być sercem przy sercu – móc zatopić się w danej chwili. Więcej nie mogłem zapragnąć. Wszystko wyglądałoby jeszcze lepiej, gdyby nie ten cholerny wiatr! Jak tutaj się przejść spokojną nocą, przy świetle gwiazd napawając się radością, która wynika z wyjątkowości danego dnia – gdy raz za razem wichura stara się przewrócić wszystko i wszystkich, którzy staną na jej drodze?! Połamane gałęzie pozrywane linie wysokiego napięcia, nawet stare ceglane mury i ogrodzenia, ba! Nawet stare drzewa – to wszystko leżało powywracane na ziemi. Istny chaos – mimo tego ogrom ludzi pałętał się po ulicach.
prezentTo tak ode mnie dla Was :D

Na dzisiaj to już wszystko, jutro postaram się jeszcze jakiegoś posta wkleić. Może uda mi się tego dokonać przed szkołą.
Postaram się częściej tu gościć

Śmierć wita się tylko raz cz.2

Rozdział IV

Droga do wolności

 

                Chciałbym się odnieść do tego, przez jakie miasto muszę przejść, jak ono wygląda. Jedyne tylko słowa, które przychodzą mi teraz to głowy to: gruz, betonowe szczątki dawnego dorobku rozsypane po całej powierzchni Rejonu jak klocki na dywanie, a to wszystko zakropione jest jeszcze większą ilością gruzu… Na popękanym asfalcie stoją i rdzewieją auta, zatrzymane na stałe w olbrzymim korku. Ludzie, którzy starali się uciec zaraz po wystrzałach rakiet z ładunkami jądrowymi, zostali w swych trumnach, blaszanych sarkofagach… Ostali się ci, którzy schronili się w bunkrach, ewentualnie w kopalniach. Każdy, uciekający w popłochu, którego dopadł oślepiający blask unoszącego się na widnokręgu grzyba, nie mógł już ujść z życiem. Światło pędzące do człowieka niosło coś więcej, silny podmuch, który wywracał drzewa, wybijał szyby w oknach, ale dostarczył on też pierwszych dawek skażonego powietrza…  Obraz ten utrwalił się na otoczeniu, tak jak zdjęcie wypalone na kliszy. Bezpowrotnie zmiany stały się czymś więcej, niż tylko zniszczeniami. Właśnie te – rozsypane wszędzie gruzy, były przewracane niejednokrotnie. Czy to przez człowieka, czy kaprysy natury. Często odsłaniały jakieś tajemnice… Szczątki przygniecione zwałami cegieł, rozkruszone kości ofiar tego co było i jest martwym. Idąc pomiędzy ciasnymi alejkami można było łatwo stracić życie. Nie dlatego, że mogło coś spaść z niestabilnych konstrukcji… W zaułkach i alejkach zaczęły żyć bandy – grupy zjadaczy… Osobników pozbawionych jakichkolwiek uczuć, chcących przeżyć za wszelką cenę, cenę życia innych osób. Różnili się tylko tym od Centralistów, że zabijali nie tylko by nasycić żołądki… Zaspokajali swe chore żądze. Główne ulice też nie były bezpieczne, zbyt wielki wygłodniały tłum. Patrzyli oni na każdego jakby stawał się ich nadzieją na przetrwanie. I na mnie teraz tak spoglądali… Jakbym miał w swym plecaku tylko i wyłącznie jedzenie. Ja też muszę przeżyć, jak będę miał tego dokonać jeśli tacy jak oni mnie teraz obeżrą?! Muszę iść jak najdalej od nich, tych szkieletów i ich wygłodniałych spojrzeń. Nie mogę iść jednak przez główną bramę, patrole szybko by mnie zatrzymały. Może gdzieś jest jakaś luka w prowizorycznym murze. Murze stworzonym tak jak wszystko inne tutaj – z gruzów, stalowych siatek, blach, jakichś płyt innych przedmiotów, którymi nie dało się rozpalić ognia. Gdzieś musiała być jakaś luka, dziura, cokolwiek! Coś przez co mógłbym się przecisnąć, i tym samym ominąć patrole i jakichkolwiek ludzi. Tylko, że tam – za murem – czekają na mnie tysiące istot gorszych niż zjadacze, bardziej niespokojnych niż tłumy ludzi w miastach. I to już teraz… Trzy kroki za murem zdany będę już tylko sam na siebie. A tutaj? W mieście też żyłem sam, różnica była jedna – w mieście człowiek jest otoczony tłumem mniej, lub bardziej mu przychylnym. Od wrogości gorsza jest obojętność, która zatruła już każdego. Jeżeli ktoś jest wrogiem, to wiesz czego masz się spodziewać z jego strony, zdajesz sobie sprawę, że zaraz rzuci się z nożem i pozbawi życia. Ludzie obojętni sami Cię nie zabiją, oni skazują na śmierć poprzez wydanie Centralistom…  Już wiesz, że nie zginiesz od noża czy kamienia. Zaczyna przepełniać Cię strach przed rozwścieczonym i wygłodniałym tłumem. Przed śmiercią, którą tak często miałeś, bądź miałaś zaszczyt oglądać… Przyglądać się widowisku był gotów każdy, jednak stać się gwiazdą spektaklu nikt być nie chciał. Może kara jest zasłużona? Ci, którzy oglądali masowe egzekucje z uśmiechem na twarzy, sami zginą od tego, co ich przednie tak bawiło… Śmierć zatoczy koło lecz weźmie co ma wziąć, choćby się miała cofnąć do początku i tak każdego dopadnie. Podczas snu, czy starań związanych z przetrwaniem – nikt nie jest zwolniony od tej nieznającej zmęczenia groźby, nienasyconego potwora, którego widzi się kilka sekund przed tym, jak na zawsze już zgaśnie światło… Jeżeli ktokolwiek wyrwał się z objęć kostuchy, to i tak nie ma powodów do radości. Nie teraz to jutro, nie jutro to pojutrze – ale ona i tak przyjdzie… Pod tą czy inną formą zjawi się na pewno. Kluczowym wtedy stanie się pytanie: czy jestem gotowy? Może nawet nie samo pytanie, a udzielona na nie odpowiedź… Pozwoli ona zejść z tego świata z honorem, bądź jak całe wcześniejsze życie – w najpodlejszy sposób. Jak ja bym chciał umrzeć? Cicho – nie błagając o litość! Jak każdy chyba nie chcę zaznać bólu, który niesie ogień… Spłonięcie to chyba najgorszy rodzaj śmierci – ciało odczuwa ból, zaś do nozdrzy dociera swąd palonego mięsa, trzask ognia przyćmiewają strumienie krwi, które to go gaszą, to podjudzają do odwleczenia tylko na moment egzekucji, którą owe płomienie czynią z całą starannością… Sam ogień nie jest aż taki tragiczny jak choroba popromienna… Ciało zaczyna gnić od środka, kości pieką niewyobrażalnie, zdałoby się, że pękają pod naporem ciężaru jaki na nie spadł… Skóra zaczyna się odklejać od mięśni tworząc rany, które już nigdy się nie zabliźnią. Koniec jest tak bliski, a człowiek nawet nie ma sił by podnieść pistolet i strzelić sobie w łeb… Gdy każda sekunda jest przepełniona cierpieniem – zaczyna się krzyk, długie i przeraźliwe wołanie o pomoc. Jedyną jednak pomocą będzie ukrócenie męki jaka jeszcze takiej duszy została.

Przeszedłem już taki kawał i nic, żadnej szczeliny. Jak się mam stąd wyrwać?! Za moment zrobi się jasno, wszyscy zaczną pracę w Instytucie – a mnie tam nie ma! Zorientują się szybko… Zaczną, coś podejrzewać, potem mnie szukać. Żeby tutaj było chociaż coś, przez co dałoby się przedostać na drugą stronę, jakaś drabina, skrzynia nawet, która uratowała mi życie! Niczego takiego tutaj nie widzę… Zgubiłem tłum, lecz słyszę mnóstwo kroków, stawianych w sposób zbyt pewny. Jeżeli nie Centraliści, to te wygłodniałe kreatury dopadną mnie w najmniej oczekiwanym momencie. Aż strach zapalić latarkę, lepiej potykać się po ćmoku o cały ten syf. Tego mi tylko brakuje, żebym się połamał ułatwiając szansę tym dzikusom na zabicie mnie. Wasze niedoczekanie plugawe ścierwa! O a to co? Jakiś kabel? Dość długi, osłona popękana, ale drut zdaje się być wytrzymały…  Może się przydać, tylko do czego go przywiążę? Zarzucić na szczyt muru, ale tak zwinnie żeby nie spadł – to prawie nie do wykonania! Nawet nie zamierzam próbować, nie ma czasu do stracenia. Czas…  Mam go coraz mniej, tak jak spokoju… Krew krąży tak szybko, że czuję puls na skroni, serce zaraz chyba wyskoczy! Jestem głodny, zmęczony  – choć jeszcze godzinę temu spałem w najlepsze. Tutaj!! To będzie dobre miejsce do wszelkich prób! Niższy mur, pozbawiony ostrych zakończeń. Jest rozdzielony, ale szpara jest zbyt wąska żebym mógł przez nią przejść. Rękę przecisnę, lecz co mi jednak po tym… Co przywiązać do kabla? Cegła może się rozkruszyć przy próbach przerzucenia, ona nie zaczepi też o fragment wystającej z muru barierki – dość solidnie wyglądającej jak na jej wiek. Blacha się wygnie, potrzebowałbym kawałka deski – choćby niewielkiego jej fragmentu, który zaczepiłby się w odpowiedni sposób… Nie jestem jednak w sklepie, nie wezmę sobie tego, co jest mi akurat teraz potrzebne. Zastanówmy się: zaczyna się rozjaśniać, ja stoję przy murze dookoła mnie są tylko kamienie i nic więcej. Chwila! Kawałek dalej leży jakiś pręt, może to jakaś rura? Nie ważne! Muszę to sprawdzić, jak najszybciej… Ten szelest mnie niepokoi, zbliża się, to pewnie zjadacze. Gdzie jest latarka?! Gdzie nóż?! Ale światło! Nikogo nie widzę, wszędzie jest pusto… Zaraz! Jakiś cień zamajaczył przez chwilę… Tak, to na pewno jest zjadacz! Całkiem spory kawałek pręciszcza… Nie jest nawet zbyt głęboko wbity. Chyba dam radę go wyciągnąć… Ma nawet uchwyt z fragmentem pozbawionej koloru taśmy ostrzegawczej. Coś się tutaj stało, albo wykonywano jakieś prace…  Ma odpowiednią wagę, nie wygnie się szybko. Kabel dobrze się na tym trzyma, oby się udało, drugi raz nie będę mógł szukać jakichś zaczepów. Pierwszy rzut jak przewidywałem – nieudany, narobił sporo hałasu…  Kroki wcześniej krążące dookoła teraz zaczęły podążać w moim kierunku. Potrzask? Impas? Nie ma się co rozwodzić ,tylko trzeba próbować.  Drugi rzut. Muszę się tym razem lepiej przygotować… No dalej! Tak niewiele brakowało, wiem to! Zaraz powinno zahaczyć o barierkę, trzeci rzut mnie o tym przekonał. Czwarty! Jest! Oplotę się kablem i spróbuję się wspiąć. Lata już tego nie robiłem, ale jeszcze coś pamiętam. Odzwyczajone od wysiłku ręce samowolnie chcą puścić kabel, jednak kurczowo zaciska je strach przez tłumem, który mnie usłyszał… Słyszę już ich głosy. Dziesiątki głosów! Wszystkie rozmyte w masie która zaraz na mnie uderzy… Już tak niewiele mi brakuje, zaraz złapię się barierki wejdę na szczyt muru i przeskoczę go! Tylko ktoś bardzo tego nie chce, właśnie ten ktoś ciągnie mnie za nogę bym zleciał. Zaraz nie będę na szczycie, a znów na ziemi… Przykryty ciałami gryzących mnie dzikusów – NIE! Nie dopuszczę do tego! Barierka zaczyna trzeszczeć… Zaraz pomogą mu inni! Kilka kopnięć na które porwałem się ostatkiem sił pozwoliły na chwilę go odepchnąć, zdezorientować… Muszę się wspiąć! Tak, właśnie tak! Powoli, pomału. Bez pośpiechu…  Już mnie nie złapią, już mogę odetchnąć…  To nie dziesiątki ich były, a co najmniej ze dwie setki!
– I tak byście się mną nie najedli obdartusy! – w odpowiedzi usłyszałem tylko:
– Wracaj tu!
– Zginiesz tam!
– Właśnie! Chyba lepiej, żeby to człowiek cię zjadł niż jakiś mutant!

                Nie słucham ich już. Zeskakując z muru byłem przejęty czymś innym – przeżyciem po drugiej stronie. Poczułem jeszcze dotyk dziesięciu dłoni, które starały się pochwycić mnie w miejscu pęknięcia muru. Teraz zaczął się nowy etap w moim życiu. Jak zawsze dwa pierwsze kroki są najtrudniejsze. Pierwszym było sprzeniewierzenie się Centrali, drugim natomiast będzie zaadoptowanie się w nowych warunkach. Daleko od resztek wydzielanego jedzenia, daleko od ludzi, którzy sami się zjadali… Będzie inaczej, a czy będzie jednak lepiej? Słyszałem opowieści o przerażających stworach z siłą większą niż można sobie przypuszczać. Tworach rozrywających Centralistów na dwie połowy, przy jednym tylko uderzeniu. Czasem pośród ciepłych gwiaździstych wieczorów, z najwyższych punktów z każdego Rejonu, dało się dostrzec cienie ogromnych bestii wpatrzonych w kontury powywracanych wieżowców. Donośne wycia wydobyte ze sporych gardzieli, i towarzyszące im odpowiedzi, napawały lękiem coraz większym. To już nie były swobodne gromady stworków hasających po skażonych polanach… To były zorganizowane grupy chcące się pożywić mięsem.  Niebyło ich jednak widać za dnia, jakby bały się słońca. Co je gnało w stronę zamieszkałych ludzkich ruin? Może instynkt samozachowawczy, równie silna jak u człowieka chęć przetrwania… Zamieszkałe ludzkie ruiny jak wspomniałem to właśnie Rejony do których uciekli wszyscy – za pożywieniem i pod naporem Centrali. Wszystkie mniejsze miasta albo potraciły całą ludność w wyniku Wielkiego Upadku, albo zostały opustoszałe gdy i u nich zaczął panować głód. Rolnicy, farmerzy – ci zostali na swej ziemi do końca licząc na to, że ta pewnego dnia zacznie wydawać plony. W tej właśnie pomyłce trwali aż do końca swych dni, które nastąpiły bardzo szybko. Nie mieli dostępu do czystej wody, ta którą pili od razu bądź po krótkim czasie przynosiła do ich domów śmierć… Ostatnie racje żywnościowe pochodziły od zdechłych zwierząt, które zginęły tak samo, jak później ich właściciele.
                Schowam się pośród najbliższych ruin, powinienem być tam przed zmrokiem. Może uda mi się bezpiecznie spędzić noc… Wpierw jednak muszę jakoś przejść przez te bagna. Jak one cuchną! Zastała woda i gnijąca tyle lat trawa, ona i inne chwasty niezdatne do spożycia jako jedyne potrafią tutaj urosnąć. Lepiej trzymać się od tego jak najdalej, palcem nawet nie ruszyć – każdy obszar zielony jest skażony, i to wielokrotnie ponad jakiekolwiek dopuszczalne niegdyś normy! Jak się stąd wyniosę czym prędzej, to będzie tylko korzyść dla mnie. Ktoś poukładał tutaj deski, to dobrze, przynajmniej nie będę musiał dalej butów moczyć. Nawet jeżeli zauważy mnie jakiś patrol, to i tak nie będą mogli mnie dogonić. Schowam się w ruinach, nie zdążą przeszukać wszystkich zakamarków. Powinno się udać. Co za niestabilna konstrukcja! Źle nogę postawie, to nie tylko buty zamoczę, ale i sam się skąpię w tym bajorze… Długa wędrówka przez otwarty teren nie jest  czymś bezpiecznym. A będzie się ona ciągła spory kawałek. Najbliższe ruiny mam około dwudziestu kilometrów od Rejonu Technologii – i liczę na to, że nikogo tam nie zastanę. Czymże byłoby spotkanie uciekiniera z ludźmi, którzy będą mogli go zaraz wydać – licząc tym samym na nagrodę w postaci czegoś do zjedzenia. Nie ma co teraz ufać ludziom, wcześniej też było to głupstwem… Zaufanie to szaleństwo na jakich stać było tylko niewielu. Skrajna nędza i biedota zatopiona w głodzie zmieniła wszystkich w żołnierzy różnych armii mających za zadanie pilnować własnych okopów. Walczyć do ostatka sił, ostatniej kropli krwi – a to wszystko tylko po to, by móc przetrwać tę wojnę. Cichą wewnętrzną wojnę, która wyniszczyła każdego jak ta wcześniejsza – otwarta…  Nie móc się do kogoś odezwać sprawia, że sami siebie zapędzamy do więzienia, ciasnej i zatęchłej celi, z której nie ma już ucieczki. Ściany jej będą się kurczyły coraz bardziej, by pośród ciemnej nocy, w totalnym odosobnieniu złamać w nas resztki człowieczeństwa. I tak oto zostawić połamanych, zdanych wręcz na łaskę nadchodzącego dnia – cicho licząc na to, że ktoś nas odnajdzie żywych lub martwych. Nie mam się co oszukiwać – tutaj nikt mnie nie odnajdzie, a tym bardziej nikt mnie nie pozna po obgryzionych, przez jakieś bestie, kościach. Chęć zniknięcia sprawi, że owszem zniknę -  bezpowrotnie i bez śladu. Jednak misja zostanie spełniona… Centrala nie może i nie będzie miała tego prototypu.  Jeszcze tego by brakowało, żeby mieli oni prąd tak łatwo osiągalny! W oddali widzę jakieś drzewa, lecz bez zielonych liści… Rozciągnięte na całości dawnego lasu suche powywijane gałęzie, upiększone jedynie czarnym ptactwem – żałobnikiem pilnującym dawnego domu, w którym umarło coś cennego. Z daleka słychać lament tych kruków, poszarpanych między sobą o każdy skrawek gałęzi, które nie złamią się pod ich ciężarem. Posępne widoki pożółkniętych wzgórz, które za swymi nasypami skrywają rzeki o mętnej wodzie, tylko przytłaczają jeszcze bardziej każdego wędrowca. Na odludziu – w miejscu, w którym nikogo się nie uraczy – jest jedno pocieszenie… Nikt nie zarżnie mnie we śnie, i nie zje ciepłego jeszcze mięsa…

Ruiny miasta Aldos, od którego dzieliły mnie jeszcze strome zbocza górskie, były tym czego potrzebowałem. Mapa i punkt na drugiej kartce wskazywały właśnie to miejsce. Tam właśnie przyjaciel ukrył coś, co pomóc mi mogło w dopełnieniu przeznaczenia. Jeżeli nie on, to któż by inny? I co mam zostawić dla innych? Nie da się spokojnie do tego odnieść… Tajemnice, wszędzie tajemnice. Zamknięte w ludziach, zaszyfrowane na kartkach. W co ja się wplątałem… Osuwająca się spod stóp ziemia nie ułatwia przeprawy. Już chyba wolałem te cuchnące bagna! Tam przynajmniej odór zgnilizny pochłaniał oczyszczacz powietrza, dało się jakoś przez nie przejść. Moczary i ta ich mroczna historia zalana wodą, która nie znajduje ucieczki. Mdli mnie gdy o nich pomyślę. Ziemia nie chce już przyjmować więcej na swe barki, umiera z każdym dniem, wymiotując złem, którym człowiek ją obdarzył – i taką właśnie pozostawił… Ludzkie błędy, za które jesteśmy teraz karani, za które ja cierpię, ogarnia mnie zwątpienie przed dniem następnym…  Zabić czy zostać zabitym? Teraz nie ma to już znaczenia… Po co się nad tym zastanawiać, skoro tutaj nikt sprawiedliwości nie wymierzy, nikt jej nie dopilnuje. Każdy dba o siebie, tylko Centrala stara się na siłę zadbać o wszystkich zmierzając tylko do przetrwania jej samej. Kiedyś woda będzie czystą, kiedyś powietrze przestanie cuchnąć – ale wtedy człowieka już nie będzie. Zniknie w otchłaniach, a kości jego w proch się obrócą. Tyle będzie trzeba czekać na nową czystą planetę. Póki co krztusi się ona, dławi i płacze – chcąc pozbyć się tego, co na jej powierzchni zalega. Zniszczy wszelkie ludzkie robactwo, jeżeli sami się wcześniej nie zniszczymy. Te trzęsienia ziemi, te kwaśne, skażone wręcz deszcze, te powodzie… To wzięło się przez człowieka, i człowieka to zniszczy. Trochę spękanego asfaltu, i droga natychmiast staje się przyjemniejszą. Słońce zachodzi, ale chyba zdążę przed zmrokiem. Już niewiele zostało mi do przejścia.  Jestem tak blisko! Widzę ruiny starego kościoła, kilka przewróconych wieżowców, jeden tylko ostał się w całości – i to chyba właśnie tam powinienem się udać. Aldos nie jest niczym innym jak szeregiem dziurawych domów i równie wielkich korki jak w Enodyn… Tylko kości jest tutaj znacznie mniej… Tak jakby ludziom udało się w porę uciec, tak mogło być… Pewnie potem zostali wyłapani przez Centralistów na plądrowaniu sklepów z żywnością lub magazynowaniu jej i skazani na mocy nowych praw samozwańczego Imperium. Pierwsze domy na obrzeżach – wyrwane z zawiasów drzwi i ciemność w ich wnętrzach. Powybijane szyby i brudne fasady. Dziwne, że wszystko to nie zapadło się jeszcze – przody budynków tylko zostały, natomiast całe tyły zostały uszkodzone przez spadające bomby. Im dalej tym gorzej – spalone kamienice i zablokowane ulice. Gdzieś tutaj odpocznę, nie chcę się poruszać po mieście o zmroku… Nie wiem co tam się może kryć w cieniu. Szeptów wiatru skąpanego w mroku lepiej nie słuchać. Już wystarczająco wiele złych rzeczy podpowiada rozum gdy dookoła nie ma nikogo… Po co potęgować strach, przed tym co nie chce wychylić łba ze swego zakamarka? Noc spędzę na strychu, w ruinach jakiegoś domu – licząc na to, że nikt i nic mnie tam nie znajdzie.

Schować się w najciemniejszym rogu, być przytulonym do ściany – nie jest to szczyt marzeń, ale lepsze to niż spanie pod gołym niebem. Zjem dopiero jutro, by mieć więcej sił na dalszą wędrówkę. Co będzie jeżeli Centraliści dojdą tutaj szybciej niż myślałem? Obawiam się, że rewolwer będzie niczym dla ich grubych pancerzy… Będzie to dla ledwie draśnięciem, w ten sposób odbiorą mi prototyp szybciej niż myślę! Nożem też blachy nie przetnę. Co to?! Wycie?!Skąd ono się wzięło? Być może to od strony bagna, o zmroku różne, dziwne kreatury się tam kręcą. Echo miałoby mieć aż taki zasięg? Możliwe… Niesione przez pustkowia, nie będąc zatrzymanym przez żadne przeszkody. To potrafi zmrozić krew. Nie da się od tego uciec, nie tutaj… Zwierzęta odzyskują władzę nad porzuconymi przez ludzi terenami. Szukają schronienia tak samo jak ja. Pędzą wciąż przed siebie nie zamierzając zatrzymać się z byle powodu. Muszę podróżować w dzień, by w nocy nie zwracać na siebie uwagi – światło latarki czy chociażby pochodni  natychmiast przykułoby uwagę jakiejkolwiek żywej istoty.

 

Sen… Czemu nie chce on do mnie przyjść? Za dużo myślę, nie mogę się uspokoić. Hałas tych bestii, które rozdzierają nocną ciszę nie pomaga w zaśnięciu.  Nawet oczu zamknąć nie mogę – zaraz coś sprawia, że muszę je otworzyć, rozejrzeć się czy nie ma nikogo na dole… Spojrzeć przez małe okno na strychu, by zobaczyć czy ulica dalej jest pusta. Centraliści są podstępni, nie dam im się podejść! Ani im, ani żadnej innej bestii, która będzie próbowała się do mnie zakraść! Jeszcze to denerwujące burczenie w brzuchu, wybija mnie z sennego rytmu. Oczy same się zamykają, lecz coś samoistnie mnie wzbrania mnie przed zaśnięciem. Czy to ten nieopuszczający mnie głód, czy te potworne ryki gdzieś za miastem? Nie wiem już nic z tego, co sam sobie powiem, gubię się…

 

 

 

Śmierć wita się tylko raz cz.1(poprawienie)

Przedstawienie

 

Woda stała się mniej przejrzysta, trawa nie jest już tak zielona jak niegdyś, a powietrze to niemalże zatruty opar… Czy to tak wszystko miało wyglądać? Czy tego chcieliśmy? Człowiek – nie ważne jaki by był – ma jeden instynkt, jedno powołanie i jedno zamierzenie… Tak, ludzie od zawsze siali destrukcję, kłamstwo i obłudę… Razem z życiem tuż obok człowieka zawsze kroczyła śmierć. Nie da się od niej uciec, nie da się jej oszukać, próżno szukać ratunku, skoro i tak nikt go nie odnajdzie!  Jednak tutaj – przy temacie śmierci zatrzymam:

Zginął świat pod płaszczem ołowiowej chmury i siarkowego wyziewu, zginął też człowiek pod pomnikiem maszyny, która nim zawładnęła… Przez tysiące lat, ludzkość dążyła do jednego – do władzy, władzy nad innymi, jednak było to nie możliwe, nawet przy użyciu najwyższej technologii… Nie wiem kiedy podpisaliśmy pakt z diabłem, nie wiem kiedy został nam podsunięty pod nos cyrograf, ale niezależnie od tego jakie jest moje przekonanie, wiem jedno, jesteśmy skazani na klęskę, na śmierć w najokropniejszych warunkach – giniemy wpatrzeni w ekran, jest to nieuniknione, nie do zatrzymania… Puszczono w ruch koło, które nie ma zamiaru się zatrzymać, będzie się kręcić coraz szybciej i szybciej – aż po kres ery ludzi!
Zamarł również czas, stanął jakby w miejscu nie wiedząc czy może nie powinien się cofnąć, czy już tego nie zrobił. Wraz z czasem zamarło wszystko dookoła niego, gdy tylko nastała godzina 0. Wszystko się rozpoczyna w miejscu końca, lecz sam koniec będę musiał przybliżyć, by wszystko rozjaśnić. Właśnie tak się stanie, lecz wszystko po kolei… Początki, to najtrudniejszy etap dla każdej historii. Mieszają pomiędzy rozwinięciem a zakończeniem – lecz tutaj początek ma wprowadzić, ukazać horror, w jakim przyszło nam się znaleźć. Tylko my możemy pchnąć czas znów do przodu, zmienić tor i bieg historii – czy jednak powinniśmy bawić się z czasem, gdy ten wyrzekł się nas?

               

                Kim jestem? Zwą mnie różnie: Wieszczem, Prorokiem, nawet Obłąkańcem – lecz czy można być normalnym pośród tego co się dzieje? Widzę to czego Ty czytelniku, możesz nie dostrzec mknąc przez swe życie, będąc zapatrzonym w chwilę obecną lub ewentualnie niedaleką przyszłość, a Ty czytelniczko, czy dostrzegasz te zmiany? Może i Ty pędzisz gdzieś w niewiadomym dla innych kierunku, sama zaś też nie zastanawiasz się nad co będzie za moment? Tak… Wszędzie gdzieś mkniecie nie spojrzycie na mnie, chociaż niejednokrotnie mnie minęliście, nie spojrzycie w me oczy, pomimo tego, że one często Was obserwowały…  Idźcie dalej, nie zatrzymujcie się, dla Was i tak jest już za późno…

 

 

 

Droga osobo czytająca ten tekst… Istnieje zło które broni tego, co może odmienić nasze losy na Ziemi…

Rozdział I
Przez nieopisany mrok dawnych miast.

                Coś złego stało się z ludźmi, zbłądzili nie potrafiąc już odnaleźć prawidłowej drogi. Przemierzając przez życie potykali się niejednokrotnie, by ostatecznie upaść i nie móc już wstać. Zabrakło siły, czy odwagi? Może obu tych rzeczy brakuje, gdy chęć władzy i głupota ogarnie człowieka. Jednak jeden głupi człowiek nie stanowi problemu… Gorzej jest, gdy głupota ogarnia masy, a w tychże ogłupionych masach rodzą się ideały. Teraz widzę efekt, choroby drążącej społeczeństwo od schyłku XXI wieku… Masowe epidemie sprawiły, że ludzie zaczęli się zagryzać dla pieniędzy. Rozwój metropolii sprawił tylko, niewyobrażalne straty w środowisku. Zaczęto w najokrutniejszy sposób walczyć o przetrwanie. Obraz stał się tak straszny, że aż brakuje słów na jego potępienie. Głód jest okropną sprawą, a chęć przetrwania sprawia, że człowiek nie potrafi o nim zapomnieć. Brakuje wody, jedzenia. Resztkami zapasów zarządza teraz Centrala – instytucja powołana przez samozwańczych władców, chcących ocaleć w zrujnowanym świecie. Ludzie powiadają, że władcy z Centrali kupują sobie czyste powietrze, by móc zatopić się w nim na długie godziny. Kordony Centralistów przemierzały ulice w poszukiwaniu jedzenia, skrzętnie ukrywanych nadwyżek spożywczych przez prostych ludzi. Karą za trzymanie nadmiernej ilości jedzenia była śmierć. I to nie szybka, niemalże bezbolesna śmierć… Każda egzekucja była nagłaśniana, każdy mógł przyjść pod Główną Twierdzę Centrali i napatrzeć się do woli na ludzi żywcem obdzieranych ze skóry przez stada wygłodniałych tłumów. Śmierć była dla większości wybawieniem od dalszej męki na skażonej planecie. Jednak setki jeśli nie tysiące zębów wbitych w ciało nie było czymś przyjemnym. Ktoś był wielkim szczęściarzem, jeżeli  przegryziono mu w pierwszej kolejności tętnicę pozwalając tym samym szybko się wykrwawić. Nie czuć już nic więcej, prócz uciekającego wraz z krwią życia. Co Ciekawe… Centrala dopuszczała na akty kanibalizmu tylko w przypadku egzekucji, w innym razie kanibalizm był karany tak samo jak trzymanie nadwyżek pożywienia.
Aparatura władzy, Centrala, ma swoją Główną Twierdzę w centrum Rejonu Złota, lecz w każdym innym rejonie posiada pomniejsze fortece. Wyróżnia się więc Rejony: Złota, Technologii, Nauki, Węgla, Ziemi, Wody, Ropy, Ostatniego Drzewa, Wiecznego Śniegu Wielkiej Wody, Trzech Mostów, oraz ostatni najbardziej zdegenerowany – Rejon Krwi. Każda z nazw wzięła się od zmian nastałych po Wielkim Upadku. Wraz z Rejonami powstały strefy głodu i śmierci, a wywarty przez Złotych nacisk zmusił wszystkich do podporządkowania się za jedną tylko cenę – cenę życia. Ustanowiono prawa , za których zlekceważenie karano w sposób surowy. Zdawałoby się, że nie było już ratunku dla ludzi, i tak było…

Do czasu.

Rozdział II
Wielki Upadek – wielka katastrofa

                Wspomniałem o Wielkim Upadku – nie da się przeoczyć myśli o nim, patrząc na to co mnie otacza… Kiedyś mieliśmy kontynenty, państwa… Było też świeże powietrze i mnóstwo zieleni. Woda była krystaliczna, czysta. Gdzie teraz jest to wszystko?! Zginęło bezpowrotnie… Doszło do wielkiego konfliktu, otwartej wojny z użyciem przeróżnej broni, dziś nikt już nie pamięta powodu dla którego zginęło tylu ludzi. Dziś każdy słysząc o Wielkim Upadku zasłania uszy dłońmi chcąc nie słyszeć dalszej części, odwraca głowę zamykając jednocześnie oczy. Wszyscy udają, że ich nie ma, że sprawa przeleci obok nich niepostrzeżenie, zostawi w spokoju…  A jaka jest prawda? Człowiek chciał więcej pieniędzy, a wojna od zawsze była dobrym sposobem do zbicia fortuny. Sprzedaż broni i leków jednak nie wystarczała. Chciano powiększać tereny, wpływy. Jednak wojna wyczerpała każdego. Strat nie dało się już zliczyć – to był dobry moment do tego, by zaatakować ostatecznie prototypem największej broni nuklearnej. Miała ona obalić rządy mocarstw ustanowić jednego przywódcę. Jedynego i niepowstrzymanego przed niczym władcę planety. Jednak plan zawiódł. Na taką sama myśl wpadło kilku innych przywódców. Świat został zmieniony od wybuchów. Wstrząsy były tak silne, że jedna część krajów zniknęła z powierzchni Ziemi, a druga zaś zmieniła swoje położenie. Wielkie wody przyniosły zniszczenie równie wielkie jak uderzenia bomb. Wszystko zostało skażone bezpowrotnie. Zmiany pogody, zmiany klimatyczne to było już na porządku dziennym. Ludzie chorowali… Gniły ich ciała, ale też gniły ich dusze. Rozpadali się jak domy, trzymające się na kilku cegłach.  Lecz wśród tej garstki znalazło się kilka osób dalej walczących, zdeterminowanych wręcz do dalszej walki. Zbudowali twierdzę z ruin, tam zaczęli werbować i ćwiczyć ludzi, ich nową armię mającą zasiać grozę i porządek. Upadkiem było dla wszystkich to, że śmieli oni podnieść rękę na i tak wyczerpanych już ludzi. Siłą odbierali żywność i zaczęli składować ją w magazynach. Główną ich myślą było stwierdzenie: „człowiek głodny nie ma siły walczyć”. Zaczęli przejmować miasto po mieście, wioskę po wiosce, cały plan wykonali w pięćdziesiąt lat. Tak mogli władać wszystkim, sami zaś postanowili nie zważać na straty w ludziach i rozkazali odbudowę imperium. Aparat ucisku był sprawny. Pozwalał na efektywne wykorzystanie niewolniczych robotników. Po zbudowaniu Złotego Miasta rozporządzono podział na Rejony. Złote miasto było centrum nowego świata – najbardziej rozświetlonym punktem na mapach post apokaliptycznej Ziemi – oprócz żywności magazynowano też złoto, którym później została obłożona Główna Twierdza Centrali. Złoto było symbolem czystości idei, którymi każdy z ludzi powinien się kierować (wstępując w szeregi Centrali, bądź umacniając jej wpływy w inny sposób).

                Kluczową rolę w rozwoju poupadkowego istnienia miału odegrać Rejony Nauki i Technologii, dwa zespoły najbardziej rozwiniętych intelektualnie osób pracowały nad oczyszczeniem Ziemi z popromiennych odpadków i toksyn, które wchłonęły w jej powierzchnię. Nic już nie rosło, a wszelkie istoty żyjące zaczęły stopniowo zmieniać swe formy. Popromienne mutanty, często zbierały się w grupy, całe stada i czyhały tylko na wędrowców szukających schronienia pośród niezamieszkałych pustkowi. Naukowcy byli ciekawi czy da się odwrócić ten proces, czy gatunki mutantów wrócą do poprzedniego stanu po odebraniu im skażonego środowiska. Czy da się oczyścić wodę tak by bez konsekwencji mógł pić ją człowiek? Czy można oczyścić glebę, by na tej coś urosło? Te pytania ciągle dręczyły ich umysły, jednak żadne działania nie przynosiły efektów. W miastach ustawiono tylko aparaty destylujące mocz, pozwalały one na pozyskanie wody zdatnej do picia. Nad jej smakiem nie zamierzam się rozwodzić… To było jedyne dokonanie zespołów. A nie! Zapomniałbym! Były jeszcze oczyszczacze powietrza – pochłaniały toksyny w promieniu piętnastu metrów od posiadacza. Dawały czyste powietrze, którym mógł oddychać każdy bez jakichkolwiek konsekwencji. Słowo „każdy”  było  zarezerwowane tylko i wyłącznie dla ludzi z Centrali i zarządców ze wszystkich Rejonów. Własne oczyszczacze posiadali też naukowcy i technolodzy za swe dokonania na rzecz rozwoju Imperium.
Czwarte pokolenie zaczęło przyzwyczajać się do nowych warunków, zatrute powietrze nie przeszkadzało im tak jak rosnący wciąż głód… Głód, który z każdym dniem rósł budząc gniew w młodych ciałach.

                Wszystko było pod kontrolą, lecz tylko do roku 2180… Ogłoszono wtedy stan zerowy – zero zapasów, zero jedzenia. Dawne prawa nie przestały obowiązywać. Centrala chciała przetrwać za wszelką cenę… Nie było odwrotu – trzeba było udać się poza miasta. Tam zaś, na terenach bardziej nieprzyjaznych człowiekowi niż ruiny wielkich metropolii,  życia było sporo… Życia czyhające na Twoje życie. W mieście zabić Cię mógł człowiek lub głód, a tutaj?! Nie można się było spodziewać co na Ciebie wyskoczy. Mutanty stawały się śmielsze, powiedziałbym iż wyskoczyły prosto z piekła – tak jakby ktoś celowo otworzył im bramy nie mogąc z nimi już dłużej wytrzymać – powiedziałbym tak, gdybym nie widział z jakich wcześniejszych form się zrodziły. Wszędzie należało mieć się na baczności, bo są mutanci gorsi od wielkich, podłych z wyglądu zwierząt… Człowiek również się przeistaczał, lecz co ciekawe nie było po nim widać większych zmian na ciele. Zmieniała się ich mentalność, i to wcale nie na lepsze. Tak jak wspomniałem, część ludzi żyła na powierzchni, reszta pochowała się niczym szczury – w kanałach. Tam prowadzili swoją egzystencję, pośród długich korytarzy z kamienia i betonu. Zatrute powietrze docierało jednak i tam. Ci ludzie umierali wolniej, niektórzy zaczęli tracić zmysły widząc śmierć bliskich. Cały czas w ich kręgach uważano, że to bogowie stoją za tym co spotkało każdego z ludzi, nie powstrzymali rakiet, nie zapewnili ochrony. Te knowania sprawiały, że tworzyły się sekty, liczne grupy wyznaniowe żerujące na wyznawcach… Wykorzystywały w sposób bardzo prosty, znany od wieków bym rzekł – wzywano do składania ofiar dla bóstw. Najlepiej gdy ofiary były z jedzenia, czasem jednak zaślepione duchowymi przewodnikami matki, składały w ofierze swoje nowonarodzone dzieci… Każdy kto odstępował od nich zostawał wykluczony, a niedługo po tym był zabijany przez wcześniejszych braci. Jakaż jest cena akceptacji i poczucia bezpieczeństwa w niepewnych czasach? Czy aż taka?! Nawet bestie spoza miast nie zabijały swego potomstwa! Ciekawym było to, czemu Centrala się nie zainteresowała grupami wyznaniowymi… Nikt tego nie widział, nikt! Ale byli wśród rzekomych wyznawców szpiedzy i kurierzy – po składaniu ofiar i rozejściu się przez ludzi, zabierali wszystko co było zdatne do spożycia, czasem brano dzieci do Głównej Twierdzy i tam szkolono je na szpiegów bądź zwiadowców. Dzieci są małe jak wiadomo, więc mogą się przeciskać przez różnorakie otwory, gruzowiska, dawne otwory wentylacyjne… Tam często miały szukać pożywienia schowanego przez ludzi, Centrala jednak często podrzucała takie dzieci w miastach czekając na to, aż ktoś dziecko przygarnie, by potem to mogło zdawać informację. Projekt o dość trafnej nazwie Małe Szczury okazał się strzałem w dziesiątkę. Dzieci sądziły, że działają po stronie dobra, pomagają Centrali w walce ze złymi ludźmi… Nie wiem, i nie chcę wiedzieć jakie te dzieci przeszły pranie mózgu.

                Ale jak to się stało, że cokolwiek udało się osiągnąć?! Zaraz po Wielkim Upadku nie było niczego – prądu, ognia, niczego co mogłoby pomóc w rozpoczęciu nowego życia. Centrala tym wiedziała i pozyskała ogień, a Rejony Nauki i Technologii stworzyły coś w rodzaju małych agregatów prądotwórczych, napędzanych siłą mięśni. Początkowo były to potężne koła obracane przez kilka osób, te zaś wprowadzone w ruch pocierały i druciane włoski i blaszki – dawało to niewielkie napięcie, ale to były tylko początki… Potem wszystko rozbudowywano, tworzono na nowo, ale nie do końca z powodzeniem… Prąd był tylko w GTC i znów tylko u tych, którzy go przywrócili do życia. Prości ludzie musieli zadowalać się tylko i wyłącznie blaskiem i ciepłem ognisk. Powrócono do czasów stali i pochodni, jednak teraz wszystko było upiększone gruzami, mnóstwem radioaktywnych śmieci, jak i toksycznym powietrzem. Normalnie żyć, nie umierać… Wraz z pierwszymi prądnicami zaczęły powstawać mniejsze zestawy dla żołnierzy. Coś czym mogli oświetlać drogę podczas nocnych obchodów. Technologia można by rzec innowacyjna… Nie było nawet możliwości podjęcia walki z żołnierzami Centrali… Uzbrojeni po zęby w broń palną lub pneumatyczną, posiadający grube pancerze, zbroje ze znalezionych blach odpowiednio przekutych i osadzonych na specjalnym szkielecie odciążającym. Nie dało się poruszać w tym szybko, ale zapewniało sto procent ochrony przed kimkolwiek i czymkolwiek. Ciężar ich cielsk zdradzały głośne odgłosy kroków, które rozdzierały ciszę tylko po to, by znów kogoś ograbić, zawlec na publiczną egzekucję… Każdy słysząc te kroki miał jedną tylko myśl – to po mnie! Nawet pomimo czystego sumienia, pełnego podporządkowania się, pozostawał strach przed pojmaniem. Coś co w tak potworny sposób potrafiło wyrwać ze snu i zasiać w sercach lęk, nie mogło przynieść niczego dobrego. O sercu wspomniałem czyż nie? Żołnierze nigdy go nie okazywali, a i cywilni ludzie coraz mniej go mieli. Nikt się nie zdobywał na pomoc, nie mógł… Dokarmię kogoś to sam zdechnę z głodu – takie głosy krążyły po każdej głowie, a strach przed śmiercią krzątał się po każdym sercu… „Nie można nikogo winić za to, że sam nie może zjeść, można zjeść jego, bo sam i tak długo już nie pociągnie…” – i takie słowa dało się słyszeć, szeptem wypowiedziane tuż po zmroku. Gdy śmierć przybierała setki wychudzonych twarzy, czających się poza blaskiem jakiegokolwiek światła. Tylko kroki, wszędzie było słychać kroki, ciche, zwolna i pewnie stawiane. Uciekały gdy zbliżały się patrole, a może te tylko je zagłuszały… Nie wiem, które zdawały się być wybawieniem w danej chwili – wszystko zależało jedynie od tego, jak zakończyć się mogła historia z nimi związana…  Zabić czy samemu być zabitym? Dylemat nowego świata – rodzące się pytania… Wciąż brak tylko filozofów i ich mądrości, by na nie wszystkie odpowiedzieć.

Znam to wszystko doskonale, przeżywam to codziennie, a raczej powinienem rzec – codziennie staram się przeżyć… Możliwym jest iż ktoś się domyślił, że byłem jedną z osób zasilających Centralę. Nie powinno być w tym miejscu zaskoczenia, jednak podkreślam raz jeszcze – byłem…  Osadzony zostałem w Rejonie Technologii i zaraz w sumie zacznie się właściwa część mojej historii w tym wszystkim. Centrala dążyła do odchudzenia zbiorników energetycznych, przenośnego lekkiego sprzętu do tworzenia prądu na potrzeby misji żołnierzy… Stworzyłem coś takiego, małe urządzenia działające na zasadzie dynama rowerowego… Lekko usprawnione, powiększone dynamo zasilało latarkę tak, by ta w sposób wręcz idealny rozświetlała otoczenie. Prototyp magazynował taką ilość energii, która wystarczała na trzy godziny świecenia bez przerwy.  Wiedziałem czego dokonał rząd Centrali, wiedziałem też, że nie mogą otrzymać tego sprzętu. Chciałem ich powstrzymać, zakończyć ich krwawe rządy. Nie miałem najmniejszego pomysłu jak tego dokonać. Samemu przeciwko wszystkim ludziom?! Ta misja była skazana na porażkę, dalej jest… Sprzeciwienie się Centrali groziło wcześniejszą bądź późniejszą śmiercią, gdzieś na terenie jednego z Rejonów, lub pośród ruin dawnych metropolii. Może liczyłem, że gdzieś daleko znajdę ludzi podobnych do mnie, mających w sobie na tyle szaleństwa, by pomścić śmierć tysięcy, ale jak?! Dokładając do rachunku kolejne tysiące?! Wszystko wymagało dokładnego przemyślenia. Utworzenia planu działania, sposobu przetrwania… Jakoś trzeba było się odnaleźć w matni, którą sam na siebie ściągnąłem. Nie było mowy, bym mógł liczyć na kogokolwiek innego prócz siebie…
Zacząć powinienem od początku… Teraz nie mam odwrotu – to jest pewne! Każdy nierozważny krok będzie prowadził do upadku. Czyli mam być ostrożny jak nożownicy? Mam stąpać cicho tylko po to, by kogoś we śnie zaszlachtować? Czy może mam być pewny jak Centraliści? I właśnie tą pewnością dobitnie zdradzać swe położenie… Oni potrzebują tego sprzętu – odchudzi to ich egzoszkielety.  Stare modele prądownic ważą około piętnastu kilogramów, i można działać na nich pół godziny, potem się wyczerpują ich baterie. To będzie opóźni ich marsz, zdążę uciec przed ich pogonią… Obym zdążył…

Rozdział III

 Od początku. Ucieczka
                Słyszałem, że mój prototyp ma zostać odebrany jutro. Musiałem temu zaradzić… Nie mogłem go schować i wmówić Centralistom, że został on skradziony podczas gdy mnie nie było w pracowni. Natychmiast zapłaciłbym za to głową, oj żeby tylko głową… Nie było więc czasu do zastanawiania się, spakowałem narzędzia do plecaka, sam zaś prototyp ukryłem pod zniszczoną bluzą. Co by mi mogło być jeszcze potrzebne?  Narzędzia z instytutu mogą się przydać, znalezienie kompletu narzędzi gdzieś w ruinach graniczy z cudem. Trzymałem kilka konserw ukrytych w odstającym fragmencie stalowego obicia przyległych bezpośrednio do wspornika umiejscowionego przy ścianie. Nikt tam nigdy nie zaglądał, poza tym pod latarnią zawsze było najciemniej… Ale co może dać mi jeszcze instytut w zamian za dziesięć lat pracy? Przydałaby się jakaś broń, tylko skąd ją wezmę? Poza miastem, jak i nawet w jego murach nie jest zbyt bezpiecznie. Trzeba uważać nie tylko na wrogie otoczenie, ale też na każdy pojedynczy przypadek wałęsającej się osoby – wszystko to mogło nieść śmierć… Więc jeszcze raz! Mam prototyp, ale sam będzie on niczym. Gdzie jest jakaś latarka?! Na trzecim piętrze prowadzono badania nad nowymi mniej chłonącymi energię żarówkami, zatem tam powinny też być latarki. Obym tylko nie wzbudzał podejrzeń, bo szybciej skończę ucieczkę, niż mógłbym tylko przypuszczać…  Jestem na czwartym piętrze – w tej części nie ma żołnierzy, nikt nie pilnuje poszczególnych pięter, są tylko ochroniarze na parterze. Kontrolują oni wnoszone i wynoszone rzeczy, nigdy jednak nie robili kontroli osobistych. Może uda mi się jakoś z nimi dogadać, przekonać ich… Tylko jak mam tego dokonać?! Są to raczej debile i przytakną na każdy bardziej złożony w swej budowie bełkot. Powinni to łyknąć jak głodny człowiek kromkę chleba. Hmm sam do najbardziej pojedzonych nie należę – jedzenie wydają nam co trzeci dzień, ludziom, którzy się nie przyczyniają do rozwoju Imperium jedzenie dają co pięć dni… Dopiero jutro otrzymałbym zasłużoną porcję, teraz muszę pocieszać się mówiąc, że do burczenia w żołądku da się z czasem przywyknąć. Wezmę jeszcze butelkę wody, może uratować potem życie. Trudno! Będzie co ma być! Trzeba dokonać swego przeznaczenia, zmienić swoje życie.

                Wychodząc musiałem skręcić w lewo – wprost na schody… Każdy jednak patrzył na mnie ze zdziwieniem… Czy powinienem zostać dłużej? Mój czas pracy jeszcze nie sięgnął połowy, ale ja przecież musiałem załatwić kilka spraw… Oni nie mogli tego zrozumieć! Spojrzałem na stare wyszczerbione schody, robiąc pierwszy krok poczułem szarpnięcie za rękę – mało co mnie nie wywrócono- czyżby ktoś mógł coś podejrzewać? Nie pozostawił czasu do namysłu, odezwał się szybko, głośno – tak jakby każdy miał usłyszeć moją odpowiedź…
– A Ty dokąd?! – zmroziło mnie to pytanie, choć spodziewałem się go…
– Do domu, muszę dokończyć projekt w ciszy i spokoju!
– Ktoś ci tutaj przeszkadza? Krępujemy cię? – ta osoba chyba miała dzisiaj paskudny humor i szukała osoby, która przyjmie jego ciosy…
– Nie, jest to projekt, który trafi na biurko w GTC, musi być idealny, pozbawiony skaz… Aa przydać się Centrali, a nie zostać wyrzuconym do kosza! – puścił mnie w tym momencie, i z krzywym uśmiechem dodał jakby z ironią:
– Pracuj więc, pracuj… Potrzebujemy takich jak Ty…
Było w nim coś dziwnego, obserwował mnie jeszcze póki nie zszedłem na półpiętro, potem odwrócił się i zaczął rozmawiać z kimś stojącym obok niego. Może to szpicel, tajniak Cenrtalistów? Gdyby przeszkodził mi w pracy, która miałaby przynieść korzyść Imperium to mógłby pożegnać się z życiem! Chyba, że ja to prędzej zrobię, jak mnie ktoś nakryje… Co mam teraz zrobić? Może zaraz znów mnie ktoś zaczepi chcąc się wyładować, lub przypodobać władzy. Ale nie mogę się zatrzymać! Nie teraz.

                Trzecie piętro było jasno rozświetlone, a po jego powierzchni krzątali się ludzie w białych fartuchach… Nie dało się tutaj pasować z tym czarnym płaszczem… Tylko skąd oni wzięli te białe fartuchy?! Może z pobliskiego szpitala, słyszałem, że przy ostatnim trzęsieniu ziemi osunęło się sporo gruzu odsłaniając wejście do piwnicy z lekami. Leków było niewiele, wszystko prawie pochłonęła wojna, ofiary odsyłano z niczym, nawet rany zszywano normalnymi nićmi, nasączonych tylko w spirytusie… Jedyne co ocalało to leki przeciw grypie – niezbyt przydatne, i już sporo po terminie jakiejkolwiek przydatności. Wracając do Instytutu i trzeciego piętra. Pomieszczeń było tutaj sporo, a zza otwartych drzwi było słychać huk, i często powtarzający się hałas nakręcanych prądnic. Nie tylko pracowano tutaj nad nowymi żarówkami, ale też nad bronią oślepiającą. Kuli zbudowanej z małych żaróweczek, która rozbłysnąć mogła na ułamek sekundy tym samym oślepiając wszystkich dookoła. Przenikająca soczewki biel odbijała się od ścian, jeszcze mocniej porażając. Oślepienie mijało po kilku minutach, jednak w tym czasie wszyscy zdążyli się gdzieś rozejść, przejść do innych pomieszczeń, by tam przeprowadzić kolejne próby. Szykują się na coś, nie ma co… Jedno urządzenie do oślepiania pozostało bez opieki – wykorzystać okazję czy nie? Do biurka mam tylko kilka metrów… Zdążę nim wrócą. Czemu każdy krok w stronę oślepiacza zdawał się być coraz cięższym? Gdy złapałem go w dłoń nie mogłem zrobić już kroku… Dokąd z tym uciec? Przecież oni zauważą! Najpierw pomału…
To mówiąc ruszyłem w stronę drzwi, i nie ukrywam – lekko nie było. Technicy łazili od drzwi do drzwi, dalej jednak nie pozyskałem ani latarki, ani żarówek do niej.
– Nowy rodzaj światła…
– Taaak… Też nie sądziłem, że uda się nam go pozyskać w TAKICH warunkach!
– Żyjemy gorzej niż za czasów średniowiecza!
– Ale Imperium zaczyna się podnosić, jeszcze szybciej niż zaraz po upadku… Mój brat, który jest żołnierzem mówi, że za niedługo Imperium wypowie wojnę wszystkim dzikusom z Rejonu Krwi!
– Chodź, czeka nas jeszcze kilka prób, nie zapominaj! A ten Twój brat, to w której jednostce służy?
                Odpowiedzi nie byłem w stanie już usłyszeć, zresztą… I tak niczego by nie zmieniła. Wojna z Rejonem Krwi była tylko kwestią czasu! Oni nigdy nie mogli się podporządkować… Rejon Krwi, REJON KRWI! Cóż to za miejsce?! Pustkowie i bandyci znaczący swą drogę krwią zabitych w najbrutalniejszy sposób ludzi, ich chwilowych zabawek, ofiar… Podobno nikt kto tam zaszedł nie ostał się przy życiu! Nawet patrole tam nie sięgają! Boją się? Mają za mało ludzi? Nie… Tam czai się coś gorszego niż tylko grupy wygłodniałej ludności, coś potworniejszego niż mutanty… I władza Imperium się tego boi, szczególnie teraz, gdy kończą się ostatnie zapasy, teraz gdy ogłoszono stan głodu całkowitego! Oczyszczacz powietrza! Teraz mi się przypomniało! Zostawiłem go w biurze? Nie, chyba zostawiłem w domu… Oj nie chcę tutaj wracać, ale co jeśli będę musiał? Będzie mi on potrzebny w bardziej skażonych rejonach… Tylko po co mi coś co oczyszcza powietrze w promieniu kilku, czy kilkunastu metrów? Będę go musiał przekształcić, już dawno miałem to zrobić… To jest właśnie moja ulotna pamięć. Jest jedna latarka, wisi na ścianie w końcu korytarza, wezmę ją chyba nikt jej nie obserwuje. Tylko czemu ona wisi w korytarzu? Powinna być w pomieszczeniu badawczym… Czy coś jest z nią nie tak? Zaraz się przekonam. Tak… Teraz wszystko stało się jasne! To stary model, ciężka i niewygodna, wymaga dużo mocy… Nawet mój prototyp nie będzie jej  długo zasilał. Ale nie mam chyba innego wyjścia, lepszy rydz niż nic… Nie można w tych czasach wybrzydzać! Nie stać mnie na to!
– Zgubiłeś się przyjacielu? – przyjaciel… Jak cudownie zabrzmiało to słowo, zapomniałem nawet o jego istnieniu! Ale nie znam tego człowieka… Czy można mu zaufać?
– Nie, w żadnym wypadku! Potrzebuję latarki do badania prototypu specjalnego prądnicy dla władz GTC.
– Czyżby? Pokażesz ten prototyp? – mam go wyciągnąć spod bluzy?  Od razu się domyśli!
– Nie jest to możliwe, mam go w domu, tam dopracowuję jego szczegóły…
– I potrzebujesz latarki awaryjnej, starego modelu? Tej właśnie, którą trzymasz w dłoni? Energochłonnej i niepraktycznej?
– Tak, ta będzie najlepsza! Większa moc pozwoli na przetestowanie prototypu prądnicy w bardziej wymagających warunkach -  zaakcentowałem koniec, by dał mi już spokój… Był jednak uparty! I pytał
– Nie mogłeś wziąć latarki ze swojego piętra? Coś kombinujesz kolego… – kolego? Czyli już nie jestem przyjacielem? Ma mnie za wroga? – Zrobimy tak: albo powiesz wszystko mnie, albo któryś z żołnierzy sam wydusi od ciebie zeznania… Wybieraj!
                Nie dał mi dojść do słowa, wciągnął tylko do mroku, w którym sam cały czas się ukrywał. Wcześniej przemawiał głosem spokojnym, teraz mogło się to radykalnie zmienić… Jeżeli teraz zacznę uciekać, to i tak mnie ktoś zatrzyma, z całą pewnością… Jeżeli nie jakiś pracownik, to ochroniarz tuż przy wyjściu… Znalazłem się w potrzasku – prowadzony dalej przez mrok, obiłem się o coś niskiego… Zaraz po tym zostałem na tym niskim siedzisku z oparciem usadowiony. Kroki zaczęły się oddalać. Poszedł po żołnierzy! Centraliści zaraz tu będą i co? Już po mnie! Usłyszałem trzask, chwilę później szczękot – ten ktoś zamknął drzwi, ale zrobił to od strony wewnętrznej! Czyli po nikogo nie poszedł… Zapalił małe światełko a w jego blasku zobaczyłem starszą, zmęczoną twarz przypatrującą mi się z zaciekawieniem. Długie i rzadkie siwe włosy przykleiły mu się do czoła, jednak on nie był tym przejęty, nie teraz, nie w tej chwili. Jeszcze mnie nie wydał, choć mógłby to zrobić chwilę temu.
– Chcesz uciec? – spytał niepewnie…
– Nie! Skąd ten pomysł! Przecież siedzę w miejscu, sam pan widzi…
– A kto by chciał uciekać ode mnie? Nikomu krzywdy nie zrobiłem! Ale ja nie pytam o siebie… – przyglądał mi się dalej równie bacznie, jak i na początku…
– Rozumiem… Obserwował mnie pan wcześniej?
– Nie. Tylko teraz, jak przez dziesięć minut podziwiałeś okaz antycznej latarki… Szybko się zdradziłeś, poza tym nie pasujesz tutaj z tym swoim czarnym płaszczem… Wiesz, że skórzane ubrania wyszły z mody pięćdziesiąt lat temu? – odpowiedział powoli, krztusząc się co jakiś czas.
– Ale stale dobrze leżą… Do czego pan zmierza?
– Byłem młody, nawet i głupi… Myślisz, że nie chciałem stąd uciec? Wyrwać się z wielkich ruin zburzonych miast? Ale ty… Jesteś młody, głupi i nierozważny! Chcesz chyba oddać życie nie stawiając ani jednego kroku poza Rejon Technologii!
– Może i chcę uciec, czy to coś zmienia? Teraz może mnie pan wydać, już i tak bez różnicy, czy zginę teraz, czy za kilka dni. – zapalił światło… Przez chwilę niczego nie widziałem, tylko zgrzyt otwieranych zamków w plecaku dobiegał do mych uszu.
– Uuu nie masz nawet jedzenia a chcesz uciekać? Moi dawni przyjaciele pouciekali, nic im z tego nie przyszło… Oni myśleli, że za granicami miast czeka ich lepsze życie, a ty na co czekasz?
– Chcę tylko opóźnić to co i tak jest nieuniknione, może nawet zapobiec dalszemu upadkowi ludzkości.
– O! Bohater to mi się podoba… Ale martwy bohater, to żaden bohater! Weź to – podał mi mapę, gdy już odzyskałem możliwość normalnego spoglądania na otoczenie. – nie jest to mapa, którą znasz z propagandy Imperium. Masz na niej ścieżki, o których nie wie nikt! No… Prawie nikt. Widzę, że „pożyczyłeś” sobie oślepiacz… Może ci się przydać, szczególnie jeśli trafisz na grupy mutantów… Tutaj masz rewolwer, sześć kul w bębenku i dwanaście zapasowych, i trzymaj jeszcze nowy model latarki, mam do niej kilka żarówek. To tyle co mogę ci dać, i nie pytaj dlaczego to robię. Płynie w nas ta sama krew, tylko moja już jest zestarzała… Czy masz jakiś nóż?
– Znajdzie się jakiś, jest niezbyt ostry, ale powinien być dobry. Dziękuję za wszystko, bardzo dziękuję.
– Nie dziękuj, nóż weź ten, jest ostry, szybko się nie stępi, a i stal też dużo wytrzyma.
– Jak się z tym wszystkim zabiorę? Przecież zatrzymają mnie ochroniarze!
– Zrobią to, jeżeli rewolwer i nóż ukryjesz tak samo jak ten prototyp… – pokazał palcem na odstający z okolic mego brzucha zamaskowany przez bluzę kontur urządzenia. 
– Faktycznie! To wszystko przez emocje. Przepraszam, tak w ogóle nazywam się…
– Nie masz za co dziękować to raz, a dwa – nie interesuje mnie to jak się nazywasz, i lepiej byś nikomu tego nie zdradził… Idź już, nie ma czasu!
– Do widzenia, przyjacielu!
– Obawiam się, że już raczej kolejne spotkanie nie nastąpi…
                Szarpnął mną zmuszając do wstania. Pośpiesznie wcisnął rzeczy do kieszeni płaszcza, i po otworzeniu drzwi wypchnął mnie. Podał plecak i jakby nigdy nic skinął głową. Tylko oczy jego zdawały się robić wilgotne, tak jakby podpisał wyrok nie tylko na mnie, ale i na siebie samego. Zapewne za pomoc udzieloną mi odpowie, i to surowo… Coś jednak mówi mi, że on się z tym pogodził, czekał na okazję… Okazję do czego? Pozbycia się wspomnień? Chęci pomocy ten jeden, ostatni raz? Nie zrozumiem go, a może to tylko pułapka? Może chcą sprawdzić co planuję?! Już i tak na wszystko za późno. Teraz tylko muszę wziąć konserwy ze wspornika i przerobić oczyszczacz powietrza. Potem tylko ucieczka poza miasto. Ciągle trapi mnie widok przyjaciele, którego nawet imienia nie zdążyłem poznać… Czemu tych przyjaciół jest tak mało? Każdy jest tylko pochłonięty sobą… Jak kamienie rzucone w toń oceanu upadamy jeden za drugim nie widząc przed sobą niczego, prócz zbliżającego się dna. Zaś tam, na dnie, pośród stosów kamieni staramy się utrzymać na szczycie, nie spaść ze zbocza ostrej jak brzytwa góry. Wszystko ma swoja cenę, lecz teraz, w nastałych czasach za wszystko płaci się potrójnie (w najlepszym wypadku), jeżeli nie jedzeniem, to zdrowiem, ciałem ,lub życiem… Wszystko, by przetrwać i nie zostać przygniecionym przez kolejne kamienie, jednocześnie wciąż coraz bardziej obracając się w piach. Dwa piętra do przebycia – tak niewiele, teraz ta droga dłuży się niemiłosiernie. Wszystko jakby zwolniło gdzieś pośród stałego pośpiechu. No! Tego jeszcze brakuje żebym zabił się na schodach! Cholerne wygryzienia, jaka siła zniszczyła tak ten beton? Niszczący czas czy coś bardziej namacalnego? Co krok jestem bliżej celu, co krok jakość drogi się pogarsza… Drugie piętro mnie nie interesuje, starają się ulepszyć tam zbroje dla Cenralistów, bez maszyn wszystko trwa dłużej, znacznie dłużej…  Na nich stawiano szczególny nacisk – odchudzenie pancerza z zachowaniem jego walorów było priorytetem. Patrole miały więcej przejść, ale w mroku i tak daleko by nie zaszły… Dlatego potrzebują mnie, planów mojej prądnicy, które mam w głowie! Sami też na pewno na to wpadną prędzej czy później, ale jednak bardziej im zależy na tym „prędzej”. Jeżeli ta wojna będzie miała miejsce, to Centralistów i tak nic nie powstrzyma…  Pierwsze piętro! Coraz bliżej parteru… Tutaj pracują nad projektami naukowców, związanymi z oczyszczaniem gleby i wody przy użyciu jakichś mechanizmów. Nie jestem zorientowany w tej dziedzinie. Tutaj mam znajomego, wychowywaliśmy się razem, potem razem zostaliśmy w Rejonie Technologii. Może warto byłoby się z nim pożegnać? Nie, nie będę zwracał na siebie zbytecznie uwagi. Już wystarczająco mi się każdy przygląda, chyba jeszcze bledszy się zrobiłem… Niedługo będę jak resztki farby na ścianie – blady fragment większego elementu, brudny i złuszczony, który odpadnie przy mocniejszym podmuchu wiatru… Tak się właśnie czuję. Już kompletnie bez sił, jakby zaraz miał mnie przewrócić wiatr… Parter! Czyli to już? Majaczą cienie trzech postaci, słychać jakieś pojedyncze wyrazy, są daleko – mnie chyba jeszcze nie widzą. Czas na kontrolę, niezbyt mi to na rękę. Nie wiem jak to się skończy, i co zabawne… Nie chcę tego wiedzieć! Ale czeka mnie to teraz, tak samo jak i później. Coś gadają o jedzeniu… Też bym coś zjadł, ale ja przynajmniej nie robię nadziei innym!
– Stój! Twoja zmiana się skończyła?! Chyba jeszcze nie…
– Owszem nie, ale muszę usprawnić w domu prototyp dla GTC, ma jutro trafić na biurko, a potem jeśli wszystko dobrze pójdzie, wprowadzą produkcję ogólną dla żołnierzy.
– Co to za prototyp?
– Prądnica elektronowa, napędzana blaszkami bimetalowymi połączonymi splotami Tesli, wywołuje prąd na zasadzie fuzji jonowej…
– Dość! Do co on ma robić?!
– Dawać prąd żołnierzom, małe przenośne urządzenie
– Pokaż plecak – Podałem mu go szybko – Narzędzia?! Chcesz okraść instytut?! O latarkę jeszcze zabrał…
– Potrzebne jest to do usprawnienia prototypu, chyba muszę na czymś sprawdzić czy działa poprawnie?!
– Po co te nerwy panie nerwusiński, jutro jest twój wielki dzień nie możesz się denerwować już teraz!
– Idź już! – powiedział ktoś stojący za mną, bacznie obserwując każdy mój ruch, prawie tak samo jak przyjaciel z trzeciego piętra… Tylko ten ochroniarz nie był nastawiony przyjaźnie, to mnie niepokoiło najbardziej.
                Wziąłem plecak i schowałem di niego raz już kolejny walizkę z narzędziami. Latarkę dałem to innej kieszeni, musiałem zabrać jeszcze ze schowka konserwy, i wolałem czuć ich obecność na moim kręgosłupie… Potem chwila wytchnienia w domu i będę mógł ruszyć. Jak przerobić oczyszczacz powietrza? Nie mam przecież maski tlenowej… O maska tlenowa! Właśnie… To bym mógł z tego zrobić! Jedyne czego muszę dokonać, to przerobić tylko dyszę wypuszczającą czyste powietrze… Będzie ciekawie, zbyt wielu rzeczy w domu nie posiadam. Zaraz się nad tym głębiej zastanowię, teraz mnie interesuje gdzie był ten słup, który podpierał ścianę Instytutu… Chyba gdzieś z tyłu, czy może z boku? Nie pamiętam, trzeba będzie obejść dookoła. Popękane ściany, miejscami dziurawe… Nie wygląda nawet tak tragicznie… Inne budowle są w gorszym stanie, o ile te góry gruzów da się tak nazwać! Wszystko co stało o własnych siłach wymagało natychmiastowego podparcia, mimo to ludzie mieszkają w szałasach, które sami sobie zbudowali. Jest i wspornik! Są też odstające blachy… I ledwie trzy konserwy ukryte we wnęce. Liczyłem, że będzie ich więcej… Było więcej! Czyżby ktoś zjadł te dwie brakujące? A może to ja zmysły już tracę… Nie ważne! Biorę je i ruszam pędem do domu. Wracając do budynków. Nam, technologom przysługiwały sale dawnego komisariatu… Miękkich łóżek nie było, ale za to w każdej celi widniały tylko twarde, drewniane prycze. Kraty tych „sal” były zasłonięte tym, co każdy sobie tutaj przyniósł… Sklejki, płyty z drewna, blachy – wyglądało to gorzej niż baraki niegdysiejszych krain trzeciego świata. Jedyny plus był taki: każdy mógł zamknąć drzwi swego apartamentu za pomocą sporego, żelaznego klucza… Nikt inny tam nie mógł wejść, prócz jego posiadacza. Było to dość pocieszające choć z drugiej strony budziło pewne problemy… Każdy kto zgubił swój klucz, bądź mu go ukradziona – natychmiastowo stawał się bezdomnym. Nikt nie zauważał zmian następujących w lokatorach. Wszyscy byli mniej niż małomówni, ktoś kto złamał ciszę często znikał w niewyjaśnionych okolicznościach. Sam nie wracał na noc, bądź ktoś mu w tym pomagał…  Sam chciałem zamieszkać w innym miejscu, ta cisza przytłacza. Momentami nawet miałem wrażenie, że odbiera całkowicie już i tak otępiały umysł… Często słyszałem kroki, późno w nocy, oraz szepty osób stojących na korytarzu. Nie wsłuchiwałem się w ich rozmowy, na każdy najdrobniejszy szelest milkli i zmieniali swe położenie, tak jakby bali się zdradzić choćby część swych tajemnic.

                Teraz czekała mnie wędrówka do mojego apartamentu. Prywatnego zacisza pośród zimnych, brudnych ścian i lepkiej podłogi. Pogrążone w ciemnościach ulice nie poprawiały humoru, a snujący się pod Instytutem wychudzeni ludzie żebrali o jedzenie. Straszny widok, aż skręcało gdzieś we wnętrzu ciała. Przypominali oni bardziej żywe często bezzębne trupy, owinięte stosem szmat niechlujnie na siebie narzuconych. Potrafili oni uprzykrzać życie aż do samego komisariatu… Tam wybawieniem zdawały się częste patrole Centralistów. Sam komisariat nosił znamiona wielogodzinnej strzelaniny, jaka miała tu miejsce zaraz po Wielkim Upadku, komisariat miał stać się pierwszą siedzibą Centrali w Rejonie Technologii. Czemu akurat komisariat? Nie było wiadomo. Jednak jak później się okazało, zrezygnowali oni z okupowania go, i oddali technologom jako bezpieczne mieszkania. Wybrałem sobie największą celę, sam nie wiem czemu. W domu bywałem rzadko, cały czas spędzałem praktycznie w moim biurze. Być może nie chciałem tutaj przebywać, zważywszy na fakt iż wszelkie robactwo było tutaj normą, tutaj jak i wszędzie indziej. Ale jednak karaluchy z komisariatu zdawały się być większe, i niezbyt przyjemnym zawsze było ich nocne łażenie po mojej twarzy. Do wszystkiego (prawie) da się przywyknąć, ale chyba nie do karaluchów gigantów!
Tutaj przynajmniej schody były proste…  Mógłbym czepiać się wszystkiego! Zimna, deszczu, mutantów, ale czemu do jasnej cholery uczepiłem się tak tych krzywych schodów?! Nie mam bladego pojęcia o co mi chodzi… To chyba przez życie w ciągłym stresie! Zegarek wskazuje piętnastą czterdzieści, a na dworze jest już ciemno… Może to mój zegarek źle chodzi? Stary nakręcany rzęch, w ogóle po co mi godzina skoro teraz czasu się nie mierzy?! Teraz dniówkę wyznaczają zakończone testy, sporządzone raporty, liczba partoli. Wszystko co ma jakąś ilość, wartość dla czegoś… Tylko czego, dla kogo?! Z pozoru wszystko jest bez wartości. Nawet życie w takich warunkach nie ma wartości, a co dopiero jakiekolwiek czyny! Zaraz… Jednak ogromną wartość ma pomoc od przyjaciela… Czemu on przeglądał mój plecak? Muszę usiąść pomyśleć…Rozsuwał kieszenie, ale nie chciał sprawdzić co w nich mam… W pierwszej mam tylko trzy konserwy i narzędzia, w drugiej latarkę i żarówki… Żarówki! Hmm kilka żarówek, ale to czym jest? Dał mi mapę nieznanych przejść, a tutaj, jakby czegoś brakowało… Są punkty lecz brakuje linii, może razem coś dają? Teoretycznie by pasowały, ale jedna kartka drugą przysłania, gdzie jest ta latarka? Dobra… Naładować prototyp, ponaciskać dynamo, chwile odczekać… Powinno być już gotowe do odpalenia! Tak… Interesujące, to są punkty związane z mapą, pokazują jakby jakieś kryjówki… Trzeba będzie to sprawdzić, i ten napis… „Zostaw coś dla innych”. Mniejsza teraz o to, oczyszczacz jest urządzeniem działającym w sposób dwojaki. Można napędzać go akumulatorami obojętnie jakimi, ważne by miały choć trochę energii w sobie, potem utworzono drugie wejście na stałe prądnice. Ta druga opcja bardziej mnie interesuje. Mój prototyp powinien bez problemu współdziałać z oczyszczaczem bez straty większej ilości mocy.  Przerobię jego tłoczenie, do minimum, tak bym mógł spokojnie oddychać normalnymi dawkami powietrza. Ten lejek przymocuję do dmuchawy, tylko muszę to czymś uszczelnić. W walizce z narzędziami mam taśmę izolacyjną, ciekawe czy po tylu latach od wyprodukowania jest ona nadal skuteczna… Kilka starych szmat, trochę taśmy i lejek – genialne! Urządzenie przymocuję do paska, dyszę poprowadzę do twarzy i przywiążę. Maska tlenowa zrobiona na szybko, przyda się bez wątpienia. Póki co nauczyłem się oddychać tymi toksycznymi oparami… Podobno skraca to życie, ale jakoś się tym nie przejmuję. Grunt by mieć czysta wodę. A i na to mam sposób – w miejscach publicznych urządzenia do destylacji są ogromne – ja mam wersję „kieszonkową”, jak każdy pracownik Instytutu. Był to innowacyjny pomysł ludzi z pierwszego piętra. Przedmiot zakładany na butelkę wlewał z jednej strony czystą wodę, zaś poza zbiornik leciały struktury oddzielone, szczególnie mocznik… To było chyba wszystko, niczego więcej nie potrzebowałem. Zrobić  kilka kroków za kraty, by znaleźć się w zupełnie innym więzieniu – musiało mnie to czekać, czy teraz, czy później. Jestem o tym przekonany.
Najpierw zdrzemnę się tylko, by odzyskać siły, których nerwy mnie dziś pozbawiły.

W mroku ginie rozsądek…

Ktoś mi powiedział, że z każdego tematu zrobię coś poczytnego – zobaczymy za moment czy twierdzenie to okaże się prawdziwe, ale nie ja będę to oceniać, a każdy kto tutaj wejdzie i każdy komu zechce się to przeczytać. No to co? Zaczynamy! Na drodze wstępu powiem tylko iż będzie to historia oparta na faktach – co zaraz raz jeszcze podkreślę. Czy masz ją traktować z przymrużeniem ok? To już samemu każdy zdecyduje – fakt jest jeden! To się wydarzyło bez względu na to czy w to wierzysz, czy też nie…

Uwaga! Historia miała miejsce w rzeczywistości, nie będzie ubarwiona ani przekłamana.
Oparte na faktach…

Przyjechał z Niemczech mój przyjaciel, jeszcze z czasów podstawówki. Nie mamy okazji widzieć się codziennie – można się tego łatwo domyśleć czyż nie? Zatem każde spotkanie jest dla nas o tyle ważne, że możemy się wciągu jednego dnia nagadać tak jak standardowe kobiety przez całe życie… Więc i tematów jest sporo, i zabawy też jest masa. Ale tym razem coś poszło nie tak. Miałem zaplanowany dzień – co do szczegółu, co do minuty. Był plan, było też przygotowane wszystko, aby ten oto plan zrealizować… Dnia pierwszego listopada wyprałem ręcznie swoje rzeczy – nikt mi nie chciał pralki na wszystkich świętych włączyć (jak wiadomo sam tego diabelstwa nie potrafię i nie chcę potrafić obsługiwać)… Do wyprania nie było wiele, ale prócz czarnych ubrań mógłbym wyprać też charakter… Ale co do rzeczy, ręcznie uprałem czarne wojskowe spodnie do zadań nocnych, do tego czarną bluzę niestety zwyczajną wszak wojskowej już nie posiadam, oraz chustę również czarną. Problem jak wiadomo polega nie tyle na samym wypraniu co na suszeniu tak pranych rzeczy… Z racji tego iż nie posiadam zabytkowych urządzeń do prania z czasów PRL’u musiałem wszystkie szmaty wyżymać ręcznie – normalnie istny horror! Pomijam fakt związany z moim zmęczeniem tego dnia i brakiem sił na ręcznie wyżymanie… Robiłem co jakiś czas poprawki duszenia, a raczej wyduszania owych ciuchów tak, by na dzień jutrzejszy potrzebne rzeczy były już suche… Wydawało się to awykonalne wszak woda nie kapała, a ściekała wręcz strumieniem – szczególnie z bluzy, która wody się opiła jak głupia! Dnia drugiego – czyli w sobotę – dzień spotkanie jeszcze dodam… Bluza nie była mokra, ale dość wilgotna. Nie zmieniło to moich planów… Założyłbym cały ten komplet nawet mokry, i nie dlatego, że nie mam innych ubrań – mam ich sporo, a dlatego, że potrzebowałem czegoś co pozwoliłoby mi stać się nie tylko niewidocznym, ale również umożliwiło całkowite rozpłynięcie się w mroku. Tego zakładał plan – a przynajmniej jeden z jego punktów. Musiałem więc wykombinować coś na szybko, i przyszedł mi dość zwariowany pomysł i myśl mu towarzysząca – skoro można suszyć włosy za pomocą suszarki, to czemu nie ubrania…- Myśl jednak okazała się genialną! Wysuszyło to bluzę i spodnie tam gdzie były one wilgotne. Teraz mogłem iść na spotkanie.

To jednak był ledwie wstęp, nic nieznaczący początek wydarzeń, które nas czekały…
Z Maciejem umówiłem się tam gdzie zawsze – na moście koło sex-shopu, jest to taki nasz wspólny żart i jednocześnie odwieczne miejsce spotkań – każdy ma tam blisko, i każdy wie gdzie to jest. z Tego właśnie punktu ruszyliśmy w stronę pizzerii. Właśnie tutaj był drugi z problemów…  Miała być pizza, jednak obiad w domu sprawił iż wzięliśmy tylko frykasy – złociste paluchy czosnkowe – dokładnie dwie porcje dużych frykasów, jedne na miejscu drugie na wynos. Poprosiłem by te, które miały być „na wynos” zapakowano mi do mojego pojemnika, który miałem ze sobą. Zasiedliśmy przy stoliku czekając na realizację zamówienia, spokojnie rozmawiając o tym co czeka Maćka. Prosił o wyczerpującą wędrówkę, coś na poprawienie formy… Ja byłem na to gotowy. Otrzymał ode mnie małą latarkę, którą miał przywiązać do kurtki – pozwalała mi dostrzec go z daleka, drugą latarkę tym razem normalną – świecącą mocnymi diodami ledowymi (przy trybie 8 lub 16 diodek), nóż – świeżo naostrzony (na tyle by bez problemu przeciąć grubą kurtkę i uszkodzić ciało) było to bardziej na wszelki wypadek i po to, by mógł czuć się pewniej, chustę w moro – miała chronić przed owadami. Do tego szybki instruktarz związany z przebiegiem akcji i posługiwaniem się przedmiotami – do tego przepisy BHP… A właśnie a co ja miałem? Latarkę świecącą na blisko 150 metrów na jednej mocnej diodzie, lub na drugim trybie świeciła 16 diodami na teren dosyć szeroki, spokojnie oświetlając 100 metrów powierzchni, miałem też telefon z jedną diodą świecącą na 100 metrów, no i dalej to ubranie kamuflujące, glany i plecak. Po posileniu się ruszyliśmy do sklepu, by tam zaopatrzyć się w dodatkowy sprzęt – baterie do latarek, oraz napoje energetyczne. Zważywszy na fakt iż było dość widno co było mi nie po nosie to wybrałem inną trasę.

Wzniesienia i niewielkie góry były pierwszym celem do zdobycia. Z ich szczytów rozpościerała się przepiękna panorama Nysy – niewielu zna to przejście, i te punkty widokowe… Tutaj był pierwszy odpoczynek, wędrówka trochę wymęczyła Macieja, szczególnie gdy napchał swój kałdun frykasami! Zbliżał się zachód słońca, a droga była przed nami bardzo długa… Należało zejść z gór, by kontynuować marsz. Jeszcze bardziej wyczerpujący, jeszcze bardziej ciekawy i wymagający! Nie wyprzedzajmy jednak faktów. Byłoby to zbędnym zabiegiem. Trasę przewidziałem na 24-26 kilometrów. Będąc na górze zrobiliśmy raptem 8 kilometrów. Teraz czekała nas 6 kilometrowa przeprawa do początków lasu. Oczywiście mowa tutaj jest o 6 kilometrach w jedną stronę… Właśnie te 4 kilometry, które nam zostały były kluczowymi. W trakcie ich przebiegu miało dziać się najwięcej. Cała droga do lasu to już koniec miasta. Obrzeża – mały ruch, mało ludzi, cisza… Wspaniała cisza, czasem tylko rozdzierana rykiem silnika przejeżdżającego samochodu, lub niesionymi przez pola odgłosami pędzącego pociągu – nadlatującymi od strony miasta – majaczące w oddali sygnały gwizdków. Najbardziej irytujący był mrok pogłębiający się z każdym krokiem. Szczególnie ciemno było już, gdy stanęliśmy przed pierwszymi drzewami… To była chwila na odpoczynek, oraz przygotowanie sprzętów, zorientowania się względem kompasu (Maciej musiał wiedzieć, w którą stronę iść w przypadku zgubienia się). Przewidziane było prawie wszystko, nawet czarne scenariusze – prawie wszystko…

Tutaj zacznie się historia właściwa – jej najmroczniejszy fragment… Czy mieliście kiedyś przeczucie? My z Maćkiem właśnie przed wkroczeniem do lasu mieliśmy takowe przeczucie… Bardzo złe nawet. Pierwsze kroki w stronę ciemności zrodziły niepewność – z początku tylko niewielką, zbagatelizowaliśmy to. Dobra zabawa była i owszem, ale tylko do czasu. Blask latarek pięknie rozświetlał otoczenie, widać było wszystko jak na dłoni. Uznałem iż był to dobry moment na głupie żarty – zniknąłem Maćkowi. Rozpłynąłem się w mroku gdy tylko zgasiłem swoją latarkę… Nie było mnie widać, nie było mnie słychać. Właśnie w tym momencie Maciek zaczął wariować i wypowiedział słowa, które mnie rozbawiły. „Iwan!! Coś się o mnie otarło!!!! Gdzie jesteś?! Iwan!!” Myślałem, że pęknę ze śmiechu, ale mój humor powściągnął potworny smród – cuchnęło tak jakby w pobliżu gniło jakieś mięso… Maciek był daleko, ale widziałem go cały czas… Bez namysłu włączyłem latarkę patrząc czy w coś nie wszedłem… Dookoła mnie było pusto! Podeszwy od butów były czyste, nigdzie nie było też żadnego truchła. Jednakże po zapaleniu latarki smród ustał. Było to dosyć dziwne, ale nie przejąłem się tym zbytnio – zmierzyłem w kierunku Maćka, który już tylko na mnie czekał. Musiałem zacząć go uspokajać, i powiedziałem, że mógł obudzić zająca i to on się o niego otarł (jednak zające widziałem z innego krańca lasu – tak blisko drogi ich jeszcze nie było) Dumałem nad tym, ale i myśli odleciały… Musiałem uważać, by nie stoczyć się z niewielkiego wzniesienia. Droga na wzniesieniu kończyła się ręcznie utworzoną wiatą leśniczą – miejscem ognisk, obserwacji i odpoczynku (i wspaniałym tarasem widokowym). Chcieliśmy zrobić jakieś pamiątkowe ujęcia w tym miejscu, ale wszystkie próby zrobienia zdjęcia kończyły się zamazanym obrazem.
Woleliśmy coś zjeść niż dalej próbować cykać fotki. Gdy tylko usiedliśmy do posiłku, to znów było czuć ten straszny smród – ale tym razem mocniej! Maciek powiedział mi iż czuł to też gdy coś się o niego otarło (i nie była to gałąź)… Rozejrzeliśmy się, ale niczego wokół nas nie było więc po posileniu się poszliśmy dalej.

Mawia się, że im dalej w las tym więcej drzew – powiem inaczej… Im dalej w las tym większy smród…
Plan zakładał dotarcie do kościoła w środku lasu – dobre miejsce na zrobienie kilku pamiątkowych zdjęć. Dochodząc do niego niego coś nas zatrzymało… Nie tylko smród nam towarzyszył, ale też szelest dookoła nas – tak jakby coś krążyło robiąc koło. Do tego oboje słyszeliśmy sapanie. Coś sapało i wiem, że nie było to zwierze – ani pies, ani zając, ani dzik… Byłem w tym lesie nie jeden raz, ale czegoś takiego nigdy tam nie uraczyłem! Dzień zaduszny – taki był dokładnie dzień, gdy się tam znaleźliśmy, nie widziałem jednak wtedy związku z tym sapaniem. Chciałem iść dalej, ale zmroziło mnie. To było pierwsze ostrzeżenie – wiedziałem to ja i wiedział Maciek… Cofnęliśmy się do rozdwojenia drogi i tam zaproponowałem by podejść kościół od drugiej strony. Maciek niechętnie na to przystał – ale nie chciał zostawać sam, i szczerze powiem, że ja też nie… Druga droga była lepsza, lecz irytowało ciągłe (wrogie) wycie i warczenie psów. Nie było smrodu, do czasu…   Wraz z ponownym jego przybyciem o bliższym szelestem, oraz sapaniem rozbrzmiewającym niemalże tuż obok, wycie psów przerodziło się w ujadanie przepełnione strachem… To było drugie ostrzeżenie! Na trzecie nie czekaliśmy… W pełnym biegu ruszyliśmy do końca lasu, tym razem jednak smród już nas nie opuszczał. Gdy zwalnialiśmy, to pomimo braku choćby najmniejszego wiatru drzewa gięły się jak oszalałe, liście szumiały bez chwili przerwy. Zrywały się spłoszone ptaki, a nad głowami krakały kruki i wrony – straszny obraz. Nie boję się byle czego, jestem odważny, nawet głupi przez to, ale wtedy całą odwaga zgasła…Tam coś było, wiem to tak samo ja jak i Maciek. Nie wierzę w duchy, ale umysł podpowiadał różne rzeczy, gdy dookoła był mrok a samemu było się w pustce. Rozum stał się największym wrogiem, który rzucał kłody pod nogi. Do tej pory gdy tylko o tym pomyślę to po mych plecach przelatują ciarki…
Co zabawne, zaraz po wyjściu z lasu smród padliny nas opuścił, drzewa się uspokoiły, a my sami mogliśmy odpocząć choć przez chwilę…   Nie było też krakania nad głowami – ponownie nastał spokój. Jedyne co mogło wzbudzić niepokój to migająca latarnia, w której to świetle postanowiliśmy odsapnąć.

Dzień zaduszny jest dniem, w którym to dusze zmarłych się błąkają, należy im się wtedy spokój i modlitwa – tak powiedziała moja babcia… Czy to prawda? Sami oceńcie – ja w to jednak nie wierzę…

Sam zaś powtórzę – niczego nie ubarwiłem, a całość działa się naprawdę!!

Myśli pogubione

Rozdział I
Rozterki wewnętrzne…

   Miłość – czymże ona jest? Słowem bez pokrycia w uczuciach? Jeżeli tak to czemu miota tak mymi myślami, targa uczuciami?! Wariuję przez nią, w spokoju nie usiedzę… Szukam miejsca, w którym mógłbym się schować, zapomnieć…  Czy miejsce takie istnieje? Czy ucieknę przed czymś co i tak jest nieuniknione? Czy można porzucić to co było, to co jest – siebie samego potępić, ale w imię czego?  W imię uczucia, które nas łączy, w imię myśli które nas spajają?!  
Czy przeskoczenie granic pozwoli nam cieszyć się sobą wzajemnie? Jeżeli nasza miłość jest zła? NIE! Tej myśli nie zdzierżę! Chcę być z Tobą! – Muszę! – Pragnę tego! Zali jest dla nas inna przyszłość niźli ta miłość?! Blokuje mnie umysł, blokuje mnie ciało, duch mój jest wolny, gna do Ciebie nieustannie! Jest blisko, czuję to! Czy zostanie przyjęty? Czy odnajdzie Cię idąc tędy? To od Ciebie zależy! – Daj mu drogowskazy; niech dotrze do Ciebie, lub niech błądzi przez wieki! Niech do mnie nie wraca – to trud jego zbyteczny!
    Czemu te pytania mnie tak męczą, żyć mi nie dadzą – Tylko dręczą! Dręczą nieustannie ! – Takie w mym sercu budzą przesłanie „ Kocham, pamiętam!  –  Niech te słowa, te myśli duszę Twą trudzą!”  Duszę się pośród zgiełku mych myśli to co na papier przeleję wnet mi się przyśni! A może to nie sen, może to jawa! Lecz nawiedza mnie niczym zjawa, niczym mara straszna! Pojawia się i znika! Ściany mego umysłu przenika… Ręką mą każe chwycić za pióro i kreślić litery, zdania, wyrazy – całe poprzednie me myśli czarnym atramentem skreślić… Nie jestem sobą,  pośród mórz i wzgórz jestem Tobą, a Ty mną!
    Serce me! Czemu mi dyktujesz warunek ten! Czemu każesz kłaść mi się z bólu?! – To nie jest ból wynikający z trudu! To cierpienie wynikające z tęsknoty! Serce me – nie stworzymy wspólnoty! Rzucę się wraz z rozumem w tonie miłości, nie potrzebuję żadnych włości! Me pragnienie miłości nie wyrządzi nikomu przykrości! Zrozum to Serce, tak jak ja rozumiem Ciebie! Daj mi wytchnienie! Na moment, na sekundę – więcej sam nie potrzebuję!
    Rozumie! Serce goni mnie ku trumnie! Wstaw się za mną – powiedz tylko DOŚĆ! Czemu mnie nie słyszysz mój drogi? Czyżbyś i Ty się ode mnie odwrócił?! Powiedz że jest to nieprawdą! Zawsze po ziemi kroczyliśmy twardo! Wybieraliśmy najtwardszą drogę, a Ty mi teraz podstawiasz nogę?!  Zawsze sobie radziliśmy, a Ty mi dziś mówisz: „Już skończyliśmy…”?!
Losie! Zatrać się w mym głosie! To rozpacz mnie do ciebie przysyła! – Rozpacz mnie wyżyma! Czyżbyś i Ty maczał palce w tym  i odcisnął je na mej kartce?  Karcie życia, mej historii… O czym mówię?! O miłości nie do spełnienia, nie mam predyspozycji do samouwielbienia… Skąd bierze się mój osąd? – Z intrygi którą wspólnie stworzyliście na mą niedole! O zorze! O niebiosa! Czas chwycić za wiosła! Przyszedł początek mej mordęgi, mej drogi! Czy samotnie jestem w stanie przebrnąć przez me życiowe męki?  
Wszystko jest inne niż było do tej pory! Me myśli, me życie… Kim ja teraz jestem? – Rozbitkiem na tratwie ! – Wolałbym być na najgorszej łajbie, ale czemu jestem na tej tonącej tratwie? –Jestem rozbitkiem  poszukującym zaczepienia, odpowiedniego kierunku… Zaraz! Znalazłem! Patrząc się na Ciebie dostrzegłem szczęście! Szczęście, którego mi przez cały czas brakowało! Ale cóż to?! Mój rozum, me serce, mój los… – Czemu dzierżysz to w swych pięknych dłoniach?! Czyżbyś spodziewała się mych uczuć? Czyżbyś specjalnie paktowała o me życie z nimi?
     Dość! Biegnę w Twą stronę bez obawy! – Czemu biegnę w miejscu, cóż to za żarty? Może jestem po prostu niezdarny?! Nie!  -To znów te czary!  Chcę uciec od Twej mary! Życie mi miłe, ale będzie takowe dopiero przy Tobie, a nie przy Twym sennym wytworze!  Czemu wszyscy mną pogrywają? Cóżem komu zawinił? Czyżem kogoś o coś niepotrzebnie obwinił? A może kogoś żem potępił przedwcześnie i teraz mści się na mnie nikczemnie…  Nie potrafię sobie odpowiedzieć, może to czas by zajrzeć w przeszłość i się tego dowiedzieć… Czemu się dręczę? Czyżbym miał sobie coś do zarzucenia? Może to była chwila zbędnego uniesienia…
Dość tego myślenia! Trzeba się wziąć do pisania niniejszego dzieła! Może zbiorę kilka myśli, ewentualnie coś się mi przyśni. Na dziś koniec myślenia, tym samym smutnego i bezowocnego biadolenia!

II
Wewnętrzne rozbieżności

    Mówię sobie w duchu: „Już po strachu!” – minęła ciężka noc. Wyglądając przez okno dopatruję słońca promieni -  jednego chociaż promyka który życie me na lepsze zmieni, rozweseli choć trochę… Lecz zamiast radości dopatrzyłem się powodów do złości… Skąd bierze się ma złość? – Przez miłość i moją niemoc jej spełnienia. Czuję jakby spod stóp uciekała mi ziemia… Zmienia się bowiem bez przerwy mój punkt widzenia… Niezmienne pozostają jedynie moje nerwy. Czas, który powinien leczyć rany tylko je pogłębia – mam teraz w sercu bruzdy nie do wypełnienia…  Żyję i przeżywam miłość nie do spełnienia. Lecz czy tak jest naprawdę? Czy to tylko umysł podpowiedział mi tę chorą gadkę? To wszystko zależy ode mnie! – To jakich ma osoba decyzji się podejmie! Czy dotrę do miłości, czy zaniecham swej wolności… – Bo w końcu nie ma wolności bez miłości. Każdy dzień rodzi pytanie: „Czy czas naszej miłości wreszcie nastanie?”
    Co ja tu robię? Czemu nie szukam tego co zagubione? Zatracone w toniach smutków – Może znajdę Cię przechodząc obok tych starych buków, które pamiętają wiele zakochanych par. Może to dar! Czuję Twą obecność przechodząc przez ten jar. Zapach rosy, mchu, drzew, budzą we mnie pewien zew… Chce ze mnie wyskoczyć lew, ostać na tych zboczach, na zawsze zapatrzyć się w Twych pięknych oczach…  

III
Więzień własnego umysłu…

   Czemu me oczy są podkrążone? Czemu zasnąć nie mogę? Co zaprząta swobodę mą? Ciągły potok myśli, kilka prostych słów aby te myśli opisać… To nie talent, to nie dar – to pułapka! Strzeż się jej… Ludzie mi gratulują, wtórują mym pomysłom, urąga to mym zmysłom… Nie potrzebuję pochwał, zasług, orderów, masy wyznawców! – Pragnę mieć choćby jednego, ale wiernego czytelnika, który pojmie mój problem, wspomoże… Może to być jedna czytelniczka, byle bliska niczym ma siostrzyczka. Jako jedynak zbratałem się jedynie z mym umysłem (przyrodnim bratem) – to był dobry pomysł! – lecz tylko pozornie… Umysł, który miał oświetlać mi drogę pośród ciemnych zaułków głupoty, próżniactwa, odgonić złe myśli – inny, mroczniejszy plan sobie obmyślił… Zawładnął mną nikczemnik! Dyktuje zdania nierealne, nie wiem teraz co jest jawne, a co powinno zostać zakopane pod ziemią tajemniczą… Ale on spokojnie mnie zatruwa, by na koniec zaproponować układ: „Pisz co rozkażę,  a dam Ci wolność…” Lecz w obietnicy tej jest pewien haczyk – kruczek pisany drobnym maczkiem – ma wolność jest chwilowa, a gdy znów zapragnę nie złota a uczucia ten przyjdzie i odbierze co mi pozornie dał! A to cham! Ale złota mi nie potrzeba, ono nie da mi spełnienia, nie oczyści sumienia, nie zaznam przez nie wyzwolenia. Czy to taka moja dola? Być buntownikiem w samym sobie aby sercu dać chorągwie? Chorągwie wolności i miłości – niech się prości tej miłości… Gdy bez sił padnę na kolana, zapnę ostatnie guziki mego fraka, aby odejść z godnością podczas tej walki nierównej, od przechodniów jedynie usłyszę:  „Ludzie patrzcie co za pokraka! – Nie wyprasował swego fraka!”. Czy mam prawo dziwić im się? W zupełności nie… Cóż to za wojownik, który walczy o wolność i ginie bez wieści w wygniecionym stroju?! Nie poprawi nic już mego nastroju!

IV
Odnaleźć siebie
w swym więzieniu…

   Całe życie chylę się ku zadumie… Zaraz! Czemu leżę w trumnie?!  Chyba myślenie mi nie służy… Może lekarstwem jest drogi zmienienie… W trumnie się kłaść to jeszcze nie czas! Teoretycznie mógłbym z czegoś spaść… Ale skąd? Może z mego łóżka! – Co tam zwichnięta nóżka! Muszę choć na moment ograniczyć myślenie, cóż tam  wewnętrzne spełnienie! Potrzebuję chwili spokoju… Co do mnie mówisz? Nie jestem dziś w nastroju… Wybacz, przebacz swego gniewu na mnie zaniechaj! Nie gniewaj się, tylko uśmiechaj! Bo śmiech to zdrowie, lecz nie przy mojej chorobie… – Ja po prostu muszę być przy Tobie! Widzisz inne rozwiązanie? – Wyjaw mi je skarbie… Czemu szykujesz mi posłanie? Czyżbyś takie widziała rozwikłanie? Mój koniec przewidujesz i perfidnie mówisz: „Swe życie finiszujesz!”
Stop! Miał być koniec myślenia! Czemu ciągle szukam powodów do siebie zadręczenia? Ciągle zadaję pytania, lecz brak mi obadania w odpowiedziach… Może zbyt mała jest ma wiedza? Kto to pytanie stwierdza? To nie pytanie! – To twierdza! A twierdzy tej murów nikt nie obali! Nikt z tutaj obecnych na sali! A miecza kto dobędzie, swym istnieniem dowiedzie jedynie jakim błędem jest w tym trybie…
   O jakim trybie mowa? Tryb to życia wolna droga! Skoro taka Twoja wola podnieść miecza ciężką klingę! Spróbuj ostrze skierować jego ku soborze – życia sprawiedliwość Cię dopadnie! Gdy przyjdzie Ci mieszkać w oborze i tam życia ostatnie fragmenty wypełnić . Życie rzuci Cię w swe odmęty, tylko tyle w locie krzykniesz:” Życie sądzi sprawiedliwie!” Ale już za późno będzie! Odleciały już łabędzie a wraz z nimi smutna Twa dusza…
    Co Cię oswobodzić może? Dobra kusza, która łabędzie zestrzeli a Ciebie na poły rozdzieli: na dobre i złe Twe uczynki podzieli… Lecz nie jest to festyn ani dożynki, tutaj zbawienia nie wygrasz… Skąd ma rozległa wiedza? To nie wiedza a niewiedza nas tutaj bracie przygnała… Dała drugą szansę, ale ja jej nie widzę, może Ty ją dostrzeżesz nim w nieznane krainy odejdziesz… Jak mam na imię? Nie wiem sam, tyle spędziłem tu lat… Ta pustka, ta cisza i to ciche wołanie utworzyły w mym mózgu zdanie: „Czy ja jestem prawdziwy? Czy żyję? To nie sen to nie życie – to dziwy najdziwniejsze!”
I tak oto jesteśmy zawieszeni w tej dziwnej przestrzeni… Nic nas nie uchroni, chyba że podjęcie drogi właściwej! Drogi ciężkiej ale nie zbytecznej – bo to w jej ciężarze leży nasze odkupienie. Odrzucić musimy myślenie, poddać się temu co w nas drzemie i swe życie przejść na nowo – nie podchodząc do niego tak rozumowo a trochę bardziej uczuciowo…
  To są me przemyślenia, odkąd trafiłem do tego więzienia… Jakiego więzienia spytacie? Do więzienia mego rozumu – i oto  odpowiedź macie. Rozum mnie więzi, nie pozwala utworzyć z nikim więzi, a serce temu przeciwne buntuje się, ale niczym to nie skutkuje…  Rozum nie próżnuje w tej walce – cała sytuacja nie zmierza ku bajce i jej szczęśliwego zakończenia – serce z rozumem nie będzie mieć porozumienia… Oto podstawy  mego więzienia – brak porozumienia! A czy próbowałem wyrwać się z baszty i mej komnaty? Tak! – Lecz były to tylko żarty… Nie da się uciec, jestem zbyt zażarty by się do tego przyznać i ciągle próbuję… Jedyne co zyskuję to myśli, którymi się stresuję. Już nad tym nie panuję tylko nieustannie się dołuję. Me nadzieje są złudne, dla mnie samego jest to zbyt trudne! – Może Ty zechcesz mi pomóc?

V
Gdy poznałem Ciebie…

    Wciąż marzyłem o tej chwili! Nie myślałem jednak że może się ona spełnić… Popełnić teraz błąd… – Uciekniesz mi stąd, daleko… Gdy Cię spłoszę to zapewne poproszę abyś wróciła, znów się tu osiedliła. Lecz czy mnie wysłuchasz? W rytm mego serca się wsłuchasz i pojmiesz me uczucia? A jeżeli tak się nie stanie? W mym sercu pozostanie jedynie rozczarowanie… Ale czemu zrazu zakładam najgorsze? Może to wydaje mi się najprostsze… Muszę dać cos od siebie! W końcu i tak wszystko co robię, robię dla Ciebie! Bronię się przed prostotą – jestem osobą wymagającą nie tyle od innych, co od siebie samego.  To nie wysokie ego – to wiara we własne siły!
Deszcz zaczął padać, a Ty się uśmiechasz… Czy na coś czekasz? Chodźmy! Ty pod mym płaszczem, a ja sobie jakoś poradzę… Czemu skaczem my? Z radości! Drwijmy z posępności! Mamy siebie, cóż nam więcej potrzeba do spełnienia? Może jedynie kilku słońca promieni, co nas jeszcze bardziej rozweseli! Ale my już jesteśmy najszczęśliwsi, po co nam inne myśli…
Jestem przy Tobie, a Ty przy mnie! Swymi włosami mnie okrywasz, ja jedynie myślę „Chłopie! Życie na nowo wyrywasz!”.  Ja się Tobą zaopiekuję, a na pewno ze wszystkich sił spróbuję! Pragnę Twej bliskości! Nie mam żadnych posiadłości, cennych włości, majątków nieocenionych mam jedynie kilka pomysłów niedocenionych i uczucie, którym mogę Cię obdarzyć… Jeżeli Ci to wystarczy i zechcesz mi pomóc tworzyć, postaram się otworzyć dla Ciebie drzwi do lepszego świata. Świata w którym nikt nikim nie pomiata, gdzie uczucia to nie matnia, gdzie nikt nie wie czym jest apatia. Miejsce to jest bez stresu z jednego tylko powodu – nikt nikomu nie sprawia tam zawodu…
Ludzie cierpią przez brak opanowania, a wystarczy inicjatywa porozmawiania. Większość konfliktów prędko można zażegnać, jeżeli nie – ludziom przychodzi się pożegnać… Nie robią jednak oni tego z klasą, myślą jak uciec by zabrać się z jak największą kasą…

VI
Czas…

   Czas nieustannie nas gonni… Kimże jesteśmy w tej pogoni? Wciąż zapominamy o naszej roli… Nie pomożemy przechodniowi… Zaraz! Sami sobie pomóc nie potrafimy, sami do celu nigdy nie trafimy! Myślimy, że jesteśmy wyjątkowi, a tak naprawdę poddajemy się zwykłemu przypadkowi… Jedyne co nas różni to sposób myślenia – dla wielu jest to ciężar nie do uniesienia… Jedyne co nas łączy to działanie czasu na mnogość naszych złączy… Czas nas nie połączy, sami musimy tego dokonać! Wszelkie bariery pokonać, nie możemy się jedynie klonować! Swe życia raz jeden przewędrować… Po co nam kilka szans skoro i tak stracimy czas na analizowanie naszych błędów, lub będziemy szukać wykrętów, aby o tych błędach zapomnieć… Nie ważne czy zamieć czy też upał nastanie – ludzka głupota nigdy nieustanie… Nie jestem idealny staram się być wyrafinowany w swej prostocie, pisarzem o niskim locie… Pióro i kawałek kartki oto najlepsze zadatki na stworzenie siebie samego – tyle że trochę innego, lepszego a może gorszego. Zależy to od czasu, który nas zmienia, rozprzestrzenia nasze myśli, lecz niczego za nas nie wymyśli… Myślenie jest pozostawione nam – istotom najmniej do tego powołanych…  

VII
Oczy…

    Idąc po mieście widzę wiele wpatrzonych we mnie oczów. Poniekąd zauroczonych a nawet zmrożonych przez dreszcz emocji. Ludzie nie są jednak świadomi tego na kogo spoglądają. Nie spodziewają się prawdy, nie zauważają jej, nie chcą tego uczynić… Mijają nie człowieka, a jego wrak! Dziewczyny są zauroczone nie w normalnej osobie, a w człowieku rozbitym, wręcz przebitym na wylot smutkiem. Jestem tonącym statkiem… Tyle że zatonąć ani wynurzyć się nie mogę. Coś mnie trzyma, ale nie ma wystarczająco siły by mnie podnieść. Ale ludzie mylne mogą o mnie wrażenie odnieść. Tyle oczu, ale żadne nie potrafią zajrzeć w głąb człowieka… Zaraz! Widzę jak komuś drga powieka! Czy to znak? Ale tych oczu jest zbyt wiele, jakby ktoś rozsypał mak… Mnóstwo drobnych plamek, ale żadnej pomocnej dłoni. Może oni czekają na mój kres? Aż podwinie mi się noga…
    Nie jestem po winie, jeszcze kontaktuję! Wstanę i zaatakuję! Ale kogo? Zacznę od siebie! Sam sobie jestem wrogiem największym, sam sobie nie ufam i sam sobie nigdy nie pomogę! A może nie mogę? Tak! W rzeczy samej! Marnej to doczekałem się przyszłości…Zero wyrozumiałości! Mam w sobie siłę, ale jej nie wykorzystuję… A może zwyczajnie tu nie pasuję? Wszakże mentalnie jestem z przeszłości, lecz me myśli zwracam ku przyszłości! – Dla dobra ludzi, ale ciągle ktoś marudzi… Starań nie doceniają, do „sprawiedliwości” się uciekają… Jestem srogi, ale to są moje przestrogi, które wbijam Wam w boki niczym ostrogi… Prawda Was w oczy kole: „Ciągle gonicie w błędnym kole: pieniądze, władza, pieniądze…” Czemu to pieniądz zaślepia Wasze oczy? Życie dla Was sepia… – Póki nie macie pieniędzy, widzicie jak tarzacie się w nędzy… – Gdy macie fundusze, to wszyscy inni przy Was to słabeusze… Dziwna kolej rzeczy, wszakże czy biedniejszy nie może być bogatszy? Nie są Wam znane słowa: „uczucia”, „mądrość życiowa”, „prawdziwe szczęście”, „prawdziwi przyjaciele”, „prawdziwa miłość”…

VIII
Noc…

    Gdy przyjdzie noc, a swym mrokiem okryje moje myśli. To swym wzrokiem wybiegnę dalej niż zazwyczaj… A gdy wraz z nocą przyjdzie chłód i mój spokojny chód nikogo nie zbudzi, to przejdę się szukać myśli które za dnia pogubiłem… Czemu ich szukam? – Ponieważ zgubiłem się wraz z nimi… Noc przynosi mi spokój, którego za dnia zaznać nie mogę. Pokój, jego cztery ściany jest tak jak mój umysł – cały czarny – wszędzie mam zapisane jakieś notatki.  Oto całe moje manatki – życia zapisane kartki. W nocy spać nie mogę, myślę i myślę, dopóki ze zmęczenia nie padnę… Pomogę każdemu, ale sobie pomóc nie potrafię.

IX
Pożegnanie…

    Żegnam Cię zatem! Nie miej mi tego za złe… Muszę ruszyć przez życia szlaki – ale nie przy Tobie, a samotnie… Zmuszę się do życia, do zmienienia mego bycia… Ale nie obędzie się to bez uczuciowego odbicia… Słyszę już tylko paniczne serca bicia, ale wiem że serce to jest nie do zabicia! Smutki tego serca zaś są nie do zapicia… Miłość poszczuta nieszczęściem  to podłość… Uwolnić się od zła które niesie ta miłość – jest to rzecz mała… Lecz w swych konsekwencjach jest ona obrzmiała. Nie czuję już sponiewieranego przez los ciała, nie czuję radości, dzięki której nie widzę podłości, nie czuję miłości – pchną mną jedynie mdłości życia bez radości. Co robi me serce? Pości jedynie… Potrzebuję czasu, którego nie posiadam, potrzebuję . Okrutne knuję plany w mej głowie, w mowie tego nie przejawiam – Wciąż się czegoś obawiam… Wąż ze mnie przebiegły!
I tak oto biegły me myśli, szarpały się w serca rozpaczy. Tylko moje oczy mogą powiedzieć prawdę… Wiedzieć należy że to oczy odzwierciedlają nas samych – prawdziwych, kosmatych… Otartych o życia skały, przy nich człowiek jest taki mały… Śmiały zaś jest w swym działaniu, nie myśli o poddaniu się! Myśli o skradaniu się, życia podejściu, zetknięcia się z nim dopiera na zawiłym i ciasnym przejściu.. Człowiek nie myśli o odejściu od swych zamierzeń – ucieka się jedynie w stronę wierzeń. Wierzenia to nic innego jak marzenia – o tym jak stać się kimś, kim być sami  nie potrafimy…  Nie było mi dane wierzyć, bez tego potrafię mierzyć… Mierzę wysoko, tam gdzie ludzkie oko nie sięga, a człowiek się jedynie zagłębia w lekturze drugiego człowieka… Błogiego uczucia dane było mi dostąpić, ale nie potrafię od daru mego życia odstąpić! Czy godnie byłoby tak postąpić? Jedynie zostaje mi potępić to co jest we mnie złe, nieuleczalnie chore… Maniakalnie poszukuję sposobu na uratowanie obu naszych dusz… „Rusz się wreszcie!” – Powtarzam to nieustannie, przerwy są gdy przenikam z jednej pustki do następnej…
    Pustki – to przestrzeni niewypełnionej,  ciche i bezdenne wymiary jak otchłanie mego mózgu, w których sam się zatracam, lecz tak szybko z nich nie wracam… Jeżeli już powracam to tylko na moment, zaczerpnąć tchu i znów nurkuję w te martwe tonie… Robię to potencjalnie w swojej obronie, lecz ślepo zawierzam każdej wronie mych myśli… Wszystko to kieruje mnie ku kolejnej wojnie! – Znów pozostanę osaczony! Naznaczony przez tych którym nie jestem i nie będę podległy! Nigdy w stosunku do nich nie będę uległy!
    Nie jestem ślepy! Nie jestem też głuchy! Nie boje się żadnej kostuchy! Denerwują mnie jedynie muchy lgnące do tej kostuchy! Żadne duchy nie są mi straszne, marznę jedynie  w ich towarzystwie… Diabły z widłami nie są żadnymi straszydłami… Wszyscy są braćmi i siostrami, z którymi każdy się zbrata… Ale to nie jest jeszcze czas mojej przyjaźni z nimi! Waśni też nie potrzebuję… Wystarczy że im za nadto współczuję…  Czasem z nimi potajemnie współpracuję! Rozmawiam z nimi o życiu tak jak o drogi przebyciu w oparciu, lub natarciu podczas rozmowy… Nie mam żadnej wady wymowy, jednymi słowy ciągle w nocy słyszę sowy, widzę ścięte głowy – oto owy mój przypadek! Chore myśli… Domek z kart gotów runąć bezwładnie… Ja tylko czekam aż opadnie, załamie wewnątrz samego siebie… Tak jak ja – Załamany, zmiażdżony i poraniony przez natłok tego co na mnie upada… Jedna jest rada i jedna prawda! Trzeba wstać!
Psia moja mać! – Wszystko zniszczyłem sam i sam będę musiał ponieść tego konsekwencje!  Złe są me intencje! – Nie zwiążę się z nikim, nie ważę się skrzywdzić drugiej osoby… Lecz wiem, że samotnie nie spędzę choćby jednej doby… Nie chcę usłyszeć od Ciebie: „Kocham Cię mój luby” – ja nie chcę Twej zguby! Wsadźcie mnie w dyby i samotnie zostawcie: nie pomagajcie mi, nie litujcie się – odwróćcie się i pójdzie w swoją stronę…

X
Pragnienie życia…

    Żyć pragnę w spokoju niezachwianym, nutą tajemniczości owianym. Twórcą jestem marnym! Lecz w myśleniu niezażartym. Nie chowam się przed światem niezbadanym, w skomplikowanej prostocie niezjednanym…Jestem mistrzem w myśleniu niebanalnym! Obalam ówczesne stereotypy! Wszyscy inni przy mnie to nieudane prototypy… Ja jedynie życia nie potrafię złożyć do kupy. Dni to dla mnie mury nie do przeskoczenia, lata to chwile odosobnienia. Szykuję się do ciężkiego ciała podniesienia, mymi słowami do ludzi trafienia. Siebie samego potępienia w myśl mojego założenia: „Jestem drobinką miotaną przez życia wiatry”. Swe życie już dawno przegrałem ze śmiercią w karty, co sprawia iż już jestem nic nie warty… Śmierć – to dobry przyjaciel!  Rzecze do mnie: „Marzyciel z Ciebie, ruszaj zatem ścieżkami życia swobodnie i tak kiedyś staniesz po mej stronie… Masz plany, brak Ci jedynie w siebie wiary…”
Nękają mnie za to koszmary – niezliczone od życia dary! Jednego, najcenniejszego podarku niestety nie widzę! Widzę jedynie siebie siedzącego, zamyślonego… Wprawiłem się w rolę myśliwego – lecz zamiast zwierzyny staram się upolować uczucie! Mam dziwne przeczucie, że prędko mi się to nie uda… Pożre mnie krocząca za mną nuda i schematyczność mych działań – dziwna to przypadłość! Lekarstwem na nią jest podarek wcześniej wspomniany, którego wziąć samemu nie można – miłość… – To może dać jedynie oddana kobieta, wierna żona – wymarzona istota, odnaleźć taka trudno, lecz bez niej opadnę na samo dno… Zaraz! Ja już dna dosięgłem, zemstę na sobie poprzysięgłem, celu jednak dalej nie osiągnąłem. Na podium szczęścia nogi nie postawiłem, jedynie mym pragnieniom dzielnie czoła stawiałem! Ducha mego na zgubę posłałem! W ręce nieznanej miłości go oddałem! To od niej zależy czy ciało me nie stanie na skraju wieży, nie skoczę…
Po jasnej życia ścieżce kroczę, a gdy skoczę zatrę to co do chodzenia mnie zmuszało – to na czym mi zależało – stracę kontrolę nad wydarzeniami! Lecąc w dół zasłonię się ramionami, upadnę uderzając o ziemię kolanami… Nie paktuję z nieczystymi siłami, nie złagodzą one mego upadku! Pomalutku jednak dostrzegam, że z tym światem się tak prędko nie pożegnam! Nie spieszy mi się nigdzie, jedynie samotność mnie peszy… Cały mój majątek to kilka wierszy, parę stronic opowiadania i psychika do zbadania…
   Napisałem już na biegu stosowne pożegnania, jednak nie odzwierciedlają one prawdziwego przebiegu moich wyborów… Było to jedynie dla zachowania pozorów, ustalenia sobie jakiś wzorów… Były to plany, lecz co drugi wydawał się nierealny! Pozornie naturalny jak życia polany… Normalny był jeden – być sobą i według swego sumienia zakończyć wszystkie rzeczy rozpoczęte… Ucięte plany scalić, całe zaś bez śladu spalić… Tak oto siebie chcę obalić, z tronu podłości zrzucić, sznur na szyję dawnemu sobie zarzucić, nowemu i lepszemu   miejsca ustąpić! Wypić lampkę wina i tak zwycięstwo dobra uczcić, wszelkie złe myśli porzucić, tymi dobrymi się radować! – Wszystko to aby swe życie ratować…

XI
Wizje…

   Widzę przyszłość daleką… Będzie ona istną męką… Każde istnienie skazane będzie na śmierć… Każde istnienie będzie niewybaczalnym błędem w przyszłym systemie, zakłóceniem w prostym rytmie… – rytmie komputerów, taktowania ich procesorów, „oddychaniem” ich sensorów! To ostatnia szansa by walczyć o przyszłość ludzi! Niech każdy z nas choć przez chwile się myśleniem potrudzi! Rąk sobie tym nikt nie ubrudzi, zapewniam… Trzeba ochronić przyrodę, ludzka prawdziwa urodę, ustabilizować pogodę, wykreować nowa modę! Walczmy nie ze sobą wzajemnie, a przeciw naszym niecnym celom… Sobie lepszego życia nie zapewnimy, zapewnijmy je naszym dzieciom! Nie mogą one kontynuować naszych błędów, nie chcemy przecież ich wybitych zębów, nie chcemy zwiększać populacji wdów – Musimy ujrzeć nie słuszność naszych celów, tylko ich następstwa czasowe – czemuż winne i zadłużone jest każde niemowlę? Bardziej dbamy o „hodowlę” naszych arsenałów, nie myślimy nawet o dziecka dożywianiu… Nikt nie pomoże ludziom w tym zmaganiu, ludzie sami powinni sobie pomagać, lecz spada to na barki tych, którzy nie mają nic, a wiele potrafią ze swej strony ofiarować! Potrafią dawać nie żądając niczego w zamian! A Wy – psubraty ?! Potraficie kręcić jedynie na siebie baty – to Was nęci – zapisanie się ludziom w pamięci! Jestem zawiedziony postawą mego gatunku – człowieka istoty „mądrej” – Chcę tylko krzyczeć: „RATUNKU” Lecz to nie ja potrzebuję teraz pomocy, a ludzie głodujący…
Maszyny obliczą nam dawki jedzenia –wydzielą racje pożywienia… Świata skupienia chcą w swych złączach… Zawładnąć wolnością i umysłami – wielu jednak pogodzi się z  tą przyszłością, lecz ci nie grzeszą mądrością… Wiele za nich zrobić nie możemy, wszakże myśleć za nich nie będziemy! Do walki się przygotujemy,  działanie buntu rozpoczniemy i będziemy go prowadzić, póki wszyscy nie zginiemy! Może chociaż część naszego celu osiągniemy! Uda się to jedynie wtedy gdy ramię w ramie obok siebie staniemy! Razem po upadku powstaniemy! Jednak o tym czy przeżyjemy – sami zadecydujemy…
    Czytając to powiesz: „Mnie to nie dotyczy, w brednie nie wierzę!” Do wiary nikt Cię nie zmusza… Pytanie tylko czy interes świata Twe serce porusza… Wyjrzyj przez okno i zobacz ile osób siedzi przed komputerami – są oni w większej mierze nałogowcami! Komputery już teraz wpływają na ludzi, maszynom nigdy się to nie znudzi… Możesz się sprzeczać, nie dowierzać i wyzywać mnie, lecz to nie na mnie spadnie odpowiedzialność, lecz na wszystkich Tobie bliskich…
    Mam fantazję i bujną wyobraźnię! – Nie mogę tego zaprzeczyć… Lecz przyszłość przewidzieć nie jest rzeczą trudną… Boli mnie jedynie wizja wszystkich tych, którzy przez brak wolności chudną! Sami nie mają siły się wyrwać z wirtualnej i jednocześnie rzeczywistej sieci! – W głowie mi się to nie mieści… Naszym zadaniem jest oswobodzić rozum ludzki, uniezależnić go od komputera – Wsadzić na siedzenie skutera i wywieść z dala od technologii! Nauczyć takiego człowieka na nowo myśleć, słyszeć i patrzeć na świat – dojrzeć jego piękno… Otworzyć okno do nowego zdrowszego życia!
Są to wytyczne do zwycięstwa naszego… Pytanie jest jedno: „Czy zechcesz nimi podążyć, do walki się przyłączyć”. Być może jeszcze nie jesteście gotowi do tego, aby się „odłączyć” o tego co Was trzyma… Lecz pamiętajcie – im dłużej zwlekać będziecie, tym mocniej będą się w wasze ciała wrzynały macki  technologii… Powrócimy do początków greckiej mitologii – do chaosu który uporządkują maszyny! Nie zrobią one tego jednak bez przyczyny… Staną się bogami – nadadzą nam prawa, których same będą strzec, my zaś będziemy ich podwładnymi, niezależnie od tego jakimi kto funduszami będzie operował… – Nikt nie będzie maszyny sterował! Nikt maszyną nie będzie kontrolował! To maszyna człowiekiem będzie poniewierać!  Nigdy maszyna człowieka nie będzie wspierać – potrafi mu jedynie zdrowie i wolność odebrać…
   Skierujcie zatem wzrok ku naturze, patrzcie na nią choćby przez dziurę w murze! Natura pokaże Wam jak wygląda piękno prawdziwego życia, jest ono do zdobycia! Na wyciągnięcie ręki…  Przyroda jest lekarstwem na Wasze udręki, nie poda wam ręki, lecz da obie dłonie, a nawet całą siebie dla Was poświęci! Jedyne czego wymaga to chęci i opieki o jej dobro…

XII
Walka…

   Toczę walkę na wiele frontów, nie starcza mi czasu na zbudowanie fortów, wychylam zatem głowę jednie z okopów… Nie jest to bezpiecznie rozwiązanie, ale pozwala prowadzić jako takie wojenne działanie… Walczę w imię jakiejś słusznej idei? Walczę dla zatrzymania przy sobie nadziei – „Na co?” spytacie – Na lepsze jutro! Nie walczę o prezydenckie biuro… Walczę o wolność samego siebie, oraz innych mi podobnych… Ciągła podłość przerasta niejednego – spokoju dla takich ludzi pragnę błogiego! Walczę o lepszą przyszłość na tej do cna przenicowanej ziemi… Mam nadzieję iż życie tu się szybko zmieni… – Wystarczy kilka uśmiechów promieni! Walczę o względy dla piękna przyrody, nie chcę ustanawiać nowych kanonów mody, jedynie uczynić coś dla zgody – człowieka i natury! Dla niektórych są to tortury niemiłosierne, lecz serca maja oni zniszczone niezmiernie… Potęguje to moje zwątpienie! – Wątpię w sens prowadzenia wojen, dla nieszanujących tego osób… Obciążających mnie ciągle zarzutami i obelgami… Lecz tak to już jest – człowiek nie doceni drugiego człowieka, gdy ten nie ma z tego jakiś namacalnych korzyści… Mam nadzieję iż ulegnie to zmianie w przyszłości! Lecz nie ma przyszłości bez miłości, tak jak i bez niej nie ma wolności! Lecz od miłości do podłości droga krótka… Cóż człowiek jest w stanie poświęcić dla miłości?!
O prawdziwym uczuciu można mówić wtedy gdy ktoś potrafi być przy drugiej osobie nieustannie, jednocześnie będąc od tej osoby oddalonym, a przy tym od niej uzależnionym – wewnętrznie i intelektualnie! Nieaktualnie jest jednak mówić tak w owych czasach… Dziś miłość przybrała inną formę – Oderwała się od dawnych uczuciowych wzorców, straciła na wartości… Niczym postrzelona kuleje, aby za moment upaść całkowicie, swą niedolę zatopić w rzecznym korycie… Moja mentalność jednak nie pozwala mi przyjąć tej wiadomości. Zatracony jestem w kłamstwie, które w mej głowie gości… Przyjąłem własny ogląd na świat, niczym wariat doszukuję się we wszystkich znaczeń ukrytych, przepełnionych głębią przekazu! Robię to sam, bez czyjegoś nakazu… Brak mi mądrości, aby pojąć otaczająca mnie głupotę, brak mi wspomnianej ów głupoty, by zrozumieć życia nieustanne przewroty…
Dla tego walczę o życia zrozumienie – może to nada mym myślom spełnienie… Czy walka to jest słuszna? – Czas mi jedynie na to pytanie odpowie. Mam nadzieję iż będzie on dla mnie litościwy, wie on bowiem iż człowiek ze mnie mściwy, lecz w żadnym wypadku nie jestem chciwy… Dla siebie o wiele nie proszę! Żadnych dodatkowych praw co do siebie nie roszczę… Całe życie w duchu poszczę, teraz chcę jedynie pełnią sił nabrać szczęścia do płuc, byle nie stłuc przy tym czyjegoś serca! Nie potrafiłbym się cieszyć z czegoś, co zostało stworzone kosztem kogoś… Radość sprawi mi szczęście bliskiej mego serca osoby, nie ważne czy będzie ono związane ze mną, czy też z kimś innym! Widząc ich trzymających się za ręce, to sam się w duchu ucieszę! A moje serce? Walczyć będzie, nie zrozumie ono iż ja nie jestem najważniejszy, ważniejsza jest osoba którą się kocha i to czy jej życie dobrze się układa… A to czy i jak na nas spogląda, to już inna historia…

XIII
Rzeka smutków…

   Rzeka smutków, morze łez i wodospad myśli o Tobie! Tak właśnie niczym kropla będę drążył skały, żył aby do Ciebie trafić! Nie wiem ile mi to czasu zajmie, być może utknę na jakiejś tamie… – Nie do przebycia bramie! Lecz odległość nas dzieląca to nie żadna fosa! Zdaje się na węch mego nosa! – Trafię do Ciebie i żadna osa, żadna kosa oraz żadne ostrza skierowane w mą stronę mnie nie powstrzymają! Żywiołu wody nie zatrzymają! Piaskiem mnie dranie przysypują, lecz krople i przez piasek się przekopują – wszelkie piasku fragmenty nieustannie tratują i drogę do celu sobie torują! Drobne kałuże ślad mej drogi maskują, w świetle księżyca pięknie połyskują… Są niczym rtęć piękne lecz zabójcze, toksyczne wręcz dla nieprzyjaciół… Ale wody krople od pszczół roju Cię ochronią, jeżeli tylko jest wody dostatecznie dużo i Twe ciało pokryje, żadna pszczoła Cię nie odkryje!  
Woda niszczy, woda buduje, czasem rzeźbi, lecz przeważnie Twym decyzjom wtóruje! Woda potrafi wysłuchać , swym szumem jest chętna każdego uspokajać… Swą melancholią upajać, myślom odpowiedni kierunek nadawać… Życie zaś Twe w odpowiednią stronę kierować! Myśli swobodnie odblokować i zastać siebie samego! – Innego, lepiej wykreowanego…

XIV
Pożar sumienia…

   Płonę! Cały się palę… Sumienia mego pożaru nie jestem w stanie ugasić – swego ducha mogę stracić w tym pożarze! Czuję się jakobym był obecny w jakimś koszmarze, w niedomiarze wiem, że  cały się poparzę! Pali mnie wszystko! Płonie duszy mej wrzosowisko… Temperament mój zaognia sprawę! – To nie życie to agonia! Konwulsyjne odruchy mego sumienia zmieniają mój sposób na świat patrzenia! Szukam odosobnienia – najlepszego miejsca do pożaru ugaszenia! Sam na sam z wyzwaniem, zajmę się siebie samego deptaniem! Od wody dzieli mnie kawał drogi, a mnie palą się już nogi! Czuję za to spokój błogi… Cierpień niewiele mi zostało, nie wiem tylko jak długo to ciepło piekielne będzie miotało moją dumą i duchem nieutemperowanym – na porażkę od poczęcia skazanym! Kości trzaskają niczym gałązki w ognisku, właśnie się znalazłem na sumienia mego „trupowisku”!  Nikt nie ucieknie temu widowisku! Nikt też mi nie pomoże! Zostałem sam na życiowym ugorze, o tej najciemniejszej dla mnie porze…  Tak jak pociąg samotny na torze – jadę zerwanymi szynami, w końcu nieuchronnie wpadnę w morze… I tak oto nadejdzie kres mego wewnętrznego pożaru, ale do tego czasu, lecz teraz ciszę przerywa dźwięk hałasu – spowodowany chaosem  słów mych wykrzyczanych, bólu wypowiedzianego – słów człowieka straconego…

XV
Zamrożenie cierpienia…

   Zimno mnie przenika – zmroziło we mnie duszę wojownika, obudziło zaś mentalność cierpiętnika! Idę skrawkiem chodnika, chcę odnaleźć ochotnika, który zrzuci mnie z brzegu krawężnika… Zimno zabiło we mnie uczuć gorących masę, narzuciło nową życia trasę! Podłe to zjawisko w jednej chwili, przy jednym podmuchu – stracić wszystko… Dawnego siebie zagubić, nie móc nikogo polubić – życia swego chwile mogę jedynie cierpieniem okupić… Zimno zmieniło me serce w kamień – nie pamiętam już dokładnego przebiegu zdarzeń… Jest to bryła lodu – stojąca na środku ulicy, czekająca na potrącenie samochodu! W spadku pozostawię kilka oziębłych słów i bilet na pokład statku… A statek ten płynąć będzie daleko! Do krainy w której rządzi wyrozumiały nastolatek… Rządzi on sprawiedliwie, zawsze uczciwie, jednak i lód do jego serca sięga – Wy musicie mu pomóc! Ożywi go wartościowa księga – bo księga to zlekceważona potęga, a tego kto jej nie docenia – szybko kara surowa dosięga!  Nie ucieknie on spod katowskiego miecza, lód tylko na to czeka – szuka sposobów do człowieka w człowieku zabicia! Zatrzymania serca jego bicia… Chłód to wróg nieprzejednany, ciepłem radości i miłości odpychany… Strzeżcie się go! Nie chcecie spotkać się z nim, wolicie uciekać – wiem to doskonale! Nie nadajecie z nim na tym samym kanale, przynajmniej większość z was tego nie robi – większość skupia się na banale i to jest ich wadą! Podążą oni za każdą modą…
Nie czuję już dłoni! – Lecz wiem że i tak nikt mnie nie uchroni przez zgubnym końcem mej podróży – w krainie lodu nie uświadczę żadnej róży, nic tutaj nie położy kresu oziębłości ludzkiej…

XVI
Uziemienie myślenia…

   Widzę zgubność mego dążenia – potrzebuję mych myśli uziemienia… Ziemia przyjmie ich korzenie, obserwować będziemy je mogli w bujnej pomysłów koronie! Drzewo marzeń, drzewo pomysłów – doprowadzi do poruszenia ludzkich zmysłów! Obudzi pragnienie obcowania z naturą, nie przejmowania sią rzeczywistości burą – życiem chudym jak szkielet, ale szkielet ten potrafi odprawić balet nieziemski potem odejść z uściskiem ręki i do końca dnia składać dzięki za uwagę… Jakąż wagę ma przyrody znaczenie? – Ogromne! Do życia jej istnienie jest pożądane! Wszakże nic innego jak przyroda nie wpłynie tak na człowieka, nawet zgoda go tak nie poruszy, nie zmieni jego duszy… Przyroda nie szuka sobie następnego wroga, jest pomocna, bo chce żyć w przyjaźni ze wszelkimi istnieniami! Stworzeniami najdziwniejszymi nigdy nie gardzi! Na dobro człowieka sprowadzi, do zwycięstwa ze złymi nawykami poprowadzi – z innymi istnieniami się naradzi i na problemy ludzkie zawsze cos zaradzi. W swych osądach nigdy nie przesadzi – jest jak matka szczerze kochająca swe dziecię – nie pozwoli skrzywdzić go nikomu na świecie… Ale w zamian wymaga prostych rzeczy trochę opieki i szacunku dla jej pracy! – Jeżeli Cię to męczy, ona to zrozumie i spod swej opieki nie wyjmie!
Matka ziemia – proste słowa, a ich prostota wszystko zmienia… Świata ciekawość we mnie odkrywa, ciekawość też związana jest z tym co od niej mogę dostać! – Miłość – Ale niespotykana w świecie, można ją odczuć gdy położy się na trawie, zamknie oczy, a duchem poczuje się jedność… – Można odczuć w tym niesamowitą przyjemność! Moje myśli nabierają innego bardziej złożonego wymiaru, lecz brak mi zamiaru ich spisania, nie jest to potrzebne – nikt też tego nie zrozumie poza mną i zielenią bogatą w uczucia! To są zbyt głębokie odczucia! Nie potrzeba mi pośród zieleni myślenia – mam zamysł co do nowych drzew posadzenia, starych zaś uleczenia! Nie mam na pomoc uczulenia, w ten sposób jedynie spełnię swe marzenia! Na tym świecie jest jeszcze wiele do zrobienia, lecz mam powód do siebie samego spełnienia i na rzecz tego zamyślenia udaję się do lasów aby pozbyć się wszelakich chwastów – połaci jego obrastających…

XVII
Pełnia pustki…

   Dziwne to zjawisko – być jednocześnie nie istnieć, widzieć świat ale nie móc go dotknąć – widząc szczęście nie móc po nie sięgnąć… Nie jest to nic prócz pustki, ciągle czuję bóle trzustki… A może to ślepa kiszka?! – Może gdzieś zabłądziła? – W końcu ślepa jest nieustannie, lecz ślepoty jej nikt nie wygarnie… Błąka się ona zatem po dziwnej krainie, która ciałem potocznie zwiemy…  – Ślepej kiszce nie pomożemy! Śmiejemy się tylko z jej niedoli, słuchamy o czym wiecznie biadoli, ale drogi nie wskażemy – na wieczną wędrówkę kiszkę skażemy! Ale nie wiedząc o tym z kiszką nasz los ściśle zwiążemy… Jesteśmy ślepi jak i ona, w każdym człowieku dostrzegamy potwora – taka to jest właśnie ludzka zmora! Nie dostrzegamy tego, że sami w sobie chowamy stwora…
Może nie chcemy tego dostrzec? Cóż na to pytanie odrzec… Każdy sam zna prawdę, jak też każdy zna swą największą wadę… A gdy ktoś zobaczy wodę i przejrzy się w jej tafli, to szybko obaczy swe wnętrze! – Pytanie tylko czy osobie tej sił wystarczy, aby przyjąć rzeczy nieuniknione do wiadomości…
Czy osoba taka sprosta prawdy bezpośredniości? Czy człowiek jest w stanie oprzeć się swej podłości i przejść natychmiastowo do wyrozumiałości? Niewielu temu podoła, reszta włoży swój umysł do imadła! – Ale ta grupa już dawno w swym życiu się poddała… Grupa, która wygrała wielkie bogactwa od życia otrzymała! Trwają oni teraz w radości, prawdzie i miłości! – Tylko dla tego, że wytrwałość w ich sercach gości! Spytacie się: „Gdzie ja w tym wszystkim się znajduję?” – Otóż jestem wciąż po środku! Raz z łomotem upadam na samo dno, aby potem się podnieść! Wywindować się na szczyty doniosłości, dosięgnąć szczytu i znów opaść bez powodów do dalszego bytu… Jednak spaść z samej góry to wyczyn dosyć trudny… Pozornie wydawać by się mogło na odwrót… Lecz ci ludzie z dołu czekają na mój powrót! Dam im satysfakcję, uczynię dla nich tę akcję! Ale podczas spadania będę szukał nowych celów, do których będę dążył bez oporów…
    Spełnić me pragnienia jest trudno! Nie opuszcza mnie stan wiecznego roztargnienia – Zła to rzecz, gdy potrzebuję myśli w jednym miejscu skupienia – serca zaś na nowe drogi otworzenia. Chcę uniknąć uczuć stłoczenia, potrzebuję ran głębokich wypełnienia… Są to bardzo proste marzenia – uniknąć z nieszczęściem zderzenia! Ale uniknąć muszę też do siebie samego uprzedzenia – wszakże nie może dojść z mej strony do mych myśli wyprzedzenia i przyszłości podejrzenia… Nie mnie dane jest znać przebieg wydarzeń i tak nie powstrzymam w życiu złych zdarzeń Niezależnie od wierzeń człowiek nie odstąpi od swych zamierzeń… Tak i ja nie zmienię swego zdania! Będę postępował według własnych na świat spojrzeń!

XVIII
Głos rozsądku, a  system porządku…

    Od nieporządku kręci mnie w żołądku! Chaos wdarł się do mych myśli… Darł je na strzępki – podłe są chaosu występki! Ale w chaosie można doszukać się harmonii – grunt by je j nie dostrzec przy przedśmiertnej agonii! Nikt mnie nie goni, zatem chaos rozpracuję bardzo powoli – może do wzmożonego myślenia mnie to skłoni… Myśleć będę z zaciśnięciem obu dłoni – a spoczywać one będą na mej skroni… Może myśli to moje od zbędnego ciężaru uwolni!
Sumienie zaś mi mówi abym zbytecznie sienie trudził – nie rozum a zmysły pobudził, z prawdą się pogodził iż żem się nigdy nie oswobodził… Mówi jeszcze abym myśli swe ochłodził a sam siebie oprzytomnił! – Jest to niewykonalne i bardzo niebanalne – myśli me są niepoukładane! A bez odpowiedniego myślenia nie ma sensu do celu dążenia… Taki oto jest zgubny głos mego sumienia…
W rozsądku nie ma porządku, w ściśle określonym systemie nie ma rozsądku… Nie ma również jawnej granicy między nimi… – Są  wartościami względnymi, w zależności od sytuacji małymi lub dużymi!  Nie można się nimi wzorować, nie można się też na nich ściśle opierać – każdy sam prawdy musi się doszukać, siebie samego tylko na chwile da się oszukać… Można oszukać ciało, można oszukać rozum, ale serca i uczuć się nie oszuka! Oszustwo to nie sztuka! – Jest to jedynie w uporządkowanym systemie luka… Podstępnie w ufności Twej wrota stuka!

XIX
Ból przyjemności…

Słyszę trzask nadłamanej ufności, zatrzymuję się i pytam: „Czy nie zaznam już przyjemności?”… Utraciłem zaufanie do całego świata, doznałem stanu „wewnętrznego mata” – Jedyne rozwiązanie to znaleźć kata! Ale i u kata dostrzegę brata! Może mnie zrozumie, odczyta me myśli przed egzekucją… Ale z jaką spotkam się reakcją? Może topór mu się zachwiać… Lecz nie zamierzam go przez to potępiać – o co innego będziemy się spierać! O to, że źle swym życiem gospodarowałem! – Do śmierci po imieniu zawołałem… Czynu jednak swego nie żałowałem, potępiłem jedynie moją nadgorliwość! Czy kat mnie zrozumiał? – Głową jedyni potakiwał, ze swojego katowskiego fachu pokpiwał… Ze mną się zgadzał… Ale ja jestem łucznikiem, któremu zabrakło strzał – zdezorientowany i zagrożony… Chcę walczyć lecz nie mam czym, nikt mi miecza nie użyczy… Ktoś mi nad uchem ciągle krzyczy! Nie zniosę tego – Zaraz strącę z wierzy dowódcę mego…
    Zostanę wtedy sam, ale samotnie nie dostrzegę szczęścia bram – Obraz z mej głowy wytnę i jakoby mapę wsadzę do wysadzanych diamentami ram! Będę się nim kierował – kursem mej tułaczki sterował! Obym tylko po drodze z sił nie opadł… Bledł z braku należytego odżywienia… Może los uchroni mnie od zbędnego cierpienia, serce porzuci swe pożądania! Lecz nie mogę im zawierzyć, muszę wierzyć w rozum – jeżeli chcę przeżyć! Nie ma innego wyjścia, do szczęścia brak jasnego przejścia…
   Tułaczka moja prędko się nie zakończy, nikt też za mnie mojej drogi nie dokończy! Jestem zdany na siebie, idę przez góry słabości – o suchym chlebie… Wciąż poszukuję Ciebie, może mi się to uda niebawem… Gdy tylko się do Ciebie zbliżam, Ty prędko uciekasz, moim uczuciem się nikczemnie zabawiasz!  Zaprzestań czynów tych niecnych! Nie wykorzystuj przeciw mnie swych kształtów kobiecych! Nie mam siły dłużej się Tobie opierać… Nowe kursy na niespokojnym oceanie emocji muszę obierać! Zawładnęłaś mną, lecz tak nie pozostanie! Czas władzy nade mną jeszcze nie nastanie! Walczyć o swą swobodę będę nieustannie! Mam nadzieję iż szczęście mi nie przepadnie…

XX
Zniszczenia…

    Słyszę jak rozrywana jest bomba za bombą… Jedna kamienica za druga porywana w powietrze… Tam! Na siódmym piętrze! Mieszkał mój przyjaciel… Nie zastałem go dziś w domu… Mnie też w nim nie zastano, nie było do dane nikomu… Z mego serca potwornych czeluści zostałem bezprawnie wyrwany! Rozum mnie zaraz opuści, będę działał instynktownie… Myśleć będę gwałtownie! Nie przyjmę niczego z rozsądkiem – tylko z nowym, ustanowionym przeze mnie porządkiem! Słyszysz?! Wysadzili most! Nie mamy już jak wrócić… Możemy się zbytecznie kłócić, albo odbić to co nam odebrano! Jesteśmy najlepsi! – Podobno – Teraz się wykażmy! Porażkę od planów oddalmy! Strzały nasze podpalmy, granicę ich bólu zbadajmy! Wróg musi cierpieć!
Dosięgnie wroga rychła śmierć… Zostaliśmy sami, sami na tym cmentarzysku – powierzyliśmy nasze życia wosku… I co?! I teraz to od nas zależy czy zginiemy jak należy! Śmierć nasza jest nieunikniona… Jednak przed śmiercią padniemy sobie w ramiona, pożegnamy po przyjacielsku! Potem odwrócimy siew stronę nieprzyjaciela i jego pożegnamy, lecz nie w jego rodzimym języku, a po polsku! Niech wiedzą z kim walczą! Nie osłonią się pod żadną tarczą!
Moja ręka! Dostałem odłamkiem… Co tam ręka! Grunt że głowa cała! Odłamek nie rozciął poważnie ciała… Słyszę jęki rannych, niedobitych – twarzy nie poznaje żadnych… Gdzie jest moja jednostka? Muszę ich odnaleźć, lecz przeszkadza mi przebita ręka i skręcona kostka… Siądę na chwilę, rany opatrzę! Wroga nie ma w pobliżu… Zapewne dorwał się do spichrza i myszkuje w zbożu!
   Zaraz kto to?! Widzę jakiegoś mundurowego przy pręgierzu… Strój jego ciemny jest niczym woda w morzu… Krzyknę, może zrozumie… Lecz pistolet będę trzymał w pogotowiu! Nie będę na wroga żałował ołowiu… Ale teraz nie mogę tracić spokoju!  – Hej człowieku! – Odwrócił się znaczy ze usłyszał! Ale zaraz czemu broń do ramienia przystawia, kroczy w moją stronę… To nie rodak! Nie odezwał się ani słowem! Strzeliłem…  Nieprzyjaciel zrobił kilka kroków upadł i już tylko charczał…  Wypluł trochę krwi…
    Dobrze postępuję – tak mi coś mówi – lecz ja sobie nie wierzę! Czy należała się śmierć ów żołnierzowi? Teoretycznie podczas wojny śmierć należy się każdemu nieprzyjacielowi… Ale to jest wbrew prawą natury! To nie człowiekowi dane jest odbierać życie, przelewać krew ludzi mniej lub bardziej winnych! Ale teraz zginął człowiek o nieprzyjaznej, wręcz wrogiej twarzy i oczach piwnych…
Myśli tajemnicą owianych nie zrozumiem, rozkazów mi przekazanych nie zdradzę – lecz czy przy torturach sobie poradzę? Trzeba iść! – Nie ma rady… Zewsząd otaczają mnie wrogie gady, co nie zaprzestały miasta ostrzeliwać… Nie ma kto im się sprzeciwiać… Poległem wraz z mym honorem – ale czy to nie jest mej zguby pozorem? Zali żyję jeszcze, polegli póki co liczni wieszcze… Zacni to byli przyjaciele, było ich tak wiele… Teraz jedynie garstka się ostała – reszta w forcie stworzonym z własnych tworów przepadła! Tam czują się bezpieczni! – Nie czują tego jedynie ich podopieczni…
   Czym jest fort z papieru? – Niczym! Możesz szukać  jego upadku przyczyn, lecz ta jest jedna – dobrze wszystkim znana… Fort potrafi zniszczyć przechodząca nieopodal młoda i piękna panna… I tak oto rozpoczyna się toczona przez nią ofensywa – dobrze ona pływa, więc przez fosę się przeprawi… Słyszę hałas spowodowany odlotem stada żurawi – I w moich myślach coś chce uciec, coś się wali – w sercu zaś płonień miłości za moment się zapali…
Syndrom sztokholmski – to dziad pieroński! Zakradł się niespodziewanie, spowodował w nieznajomej zakochanie – lecz miłość to nie moje powołanie… Szczególnie teraz gdy wszystko się  posypało, spokoju na moment nic mi nie przywiało! Dręczy mnie ostatnio jeszcze więcej pytań niż zazwyczaj! Dziwny jest mój obyczaj – na pytania poszukiwanie odpowiedzi, lecz do czego to prowadzi?
    Z czym ja tak naprawdę walczę? Kim jest ów najeźdźca? Wiem jedno – serce me niczym owe miasto – zniszczone jest doszczętnie przez miłości bombardowania… Przybrało to formę dziwnego opowiadania… Lecz nie tylko miłość mnie atakuje! A osoba która mnie nią torturuje! Jest to uczucie zbyt czyste, zbyt piękne abym na nie zasłużył…  Zatem miotam się jak opisany żołnierz – poraniony i samotny, do zwierzęcych zachowań zmuszony… Teraz jestem niczym śliwka – zewnętrznie i wewnętrznie ususzony! Dziwna to rzecz – uciekać od miłości jednocześnie do niej dążyć – miłością darzyć drugą osobę, lecz nie móc ścierpieć jej miłości do mnie… Może to przez to, że wiem jakie będą uczucia tego konsekwencje – wiążą się z tym liczne prewencje! Nie mogę pozwolić aby moja słabość do Ciebie przerodziła się w karę! Wierz mi, wypijesz tej goryczy czarę, niepotrzebnie całkiem – ja nie jestem człowiekiem – jestem niczym pusty orzech – z zewnątrz twarda skorupa, lecz w środku niewypełniony, nawet rzekłbym skamieniały i bezuczuciowy! Czy takiego mnie pragniesz?! Sama najlepiej to wiesz… Potrzebujesz ciepła i miłości, których ja Ci dać nie mogę – jedynie jako najlepszy przyjaciel zawsze Ci pomogę, doradzę… Ale w życiu Ci ani raz nie zawadzę! Do lepszej przyszłości –beze mnie – zaprowadzę…

XXI
Górska przeprawa –
Na koniec świata wyprawa…

    Widzę piękno wznoszącej się przede mną góry! W myślach jedynie tworzy mi mury, bariery – lecz przeprawy nie odwlekę! Na sam szczyt się dowlekę… Sam na sam z naturą, uciekam przed maturą! Nie zależy mi na tym czy ktoś uważa mnie za dojrzałego – a tym bardziej zwykły świstek papieru o tym nie przeświadczy! Każdy swa dojrzałość obaczy gdy na szczycie góry w dół popatrzy… Raz! Dwa! Trzy! – I teraz dochodzi do przełomu – Góra okazuje się kupą złomu… Nic nie znaczącą stertą kamieni, która niczego nie zmieni… – Czemu tak człowiek płytki pomyśli? Ponieważ brakuje mu powietrza zanieczyszczonego, na łonie przyrody zmieniło się jego ego… Dotknął krańca świata – samego siebie, a to go przestraszyło, a nawet zgubiło! Nie był gotowy aby swój świat na lepszy zmienić – całe zło w sobie potępić…
Gdy jest się zmęczonym, lecz jednocześnie zauroczonym, gdy jest się na szczycie i wie co znaczy życie – oznacza to, że przyroda nawróciła, zmysł życia przywróciła – serce ze złych przeżyć wyczyściła… Tak wygląda piękno świata niepowtarzalnego, lecz przez rozwój ludzi zanieczyszczonego… Zielonego lecz zaniedbanego…

XXII
Ptak…

   Runąłem na kamienie po długim szybowaniu… Oddałem się rozkosznemu spadaniu…
Serce me miłością do Ciebie było wypełnione, lecz Ty tej miłości pozwoliłaś zginąć… Ból towarzyszy mi niesamowity… Teraz leżę – JA – ptak rozbity… Roztrzaskałem się przy uderzeniu – nikt nie podoła mych myśli ugaszeniu… Uczucia już zanikły! Zmilkły one na wieki – teraz samotność przed śmiercią pokochałem, a i z ową kostuchą –siostrą przyrodnią – na nawo się zbratałem… Gniazdo me porzuciłem, nikomu w spadku go nie pozostawiłem – samą myślą odejścia się cieszyłem, lecz wiem czym to odejście się skończy… Zjadłem stos kwaśnych pomarańczy, a smutków się nie pozbyłem!  
  Drogę męczącą przebyłem, po tygodniu od uderzenia ożyłem… Tak… Wróciło do mnie życie, ale jakieś inne – co było temu winne? Upadek, czy może coś większego? Głębszego w swych korzeniach… Może to że całe me życie spoczęło na marzeniach – a teraz zostałem z nich nikczemnie wyrwany! Człowiek ze mnie narwany, realista nieprzebrany – Leciałem twardo, stąpałem jeszcze ciężej – bez marzeń nie będzie mi lżej, tak jak ma być… Pełnym realizmem chcę żyć – chcę być pewny tego co mnie czeka, lecz jest to temat rzeka – niekończący się!
   I tak oto dostrzegam że i mój lot nigdy się nie skończy, nie chcę jednak wiedzieć jaki czyn metę uwieńczy… Co się kończy a co się zaczyna? W czym leży mojego potępienia przyczyna? – Nie wiem, nie odpowiem sobie, jedyne co teraz zrobię – to jako zranione pisklę powierzę się Tobie…

XXII
Ucieczka rymów
Ujrzenie nostalgii przypływów…

    Coś dziwnego się stało – nie odpowiem, wszakże sam odpowiedzi gubię… Znikają też i rymy, ale dokąd się wybrały? – Tego też nie wiem – Nie wiem zbyt wielu rzeczy, ma niewiedza zbyt ogromną się stała… Rozbiłem się o ostre brzegi skał głupoty! Nigdy już nie będę taki jak dotychczas, nigdy nie będę już sobą… Zawsze będę odbiegał od pierwowzoru, będę siebie klonował, lecz to będą nieudolne próby odnalezienia właściwego „ja”

Nigdy tego nie czytałem – po co?
Szczęście swe już odnalazłem

Ale na ironię… Przeżyłem wiele ciężkich chwil za młodu, nigdy nie miałem lekko – kto mnie zna ten potwierdzi – a zniszczyło mnie coś tak niewinnego, tak błahego… Przeżyłem wielki upadek, bolesny upadek – kto mnie zna ten potwierdzi -  piłem dzień po dniu, bez ustanku… Na samym dnie będąc zrozumiałem – że trzeba wstać. Czemu wstawiłem ten tekst? Bo ostrzega – może kogoś ostrzeże, by z dystansem podejść do wszystkiego… Czemu wstawiam ten tekst? Bo ja swoje szczęście – prawdziwe szczęście odnalazłem, a owy tekst jest pomnikiem dawnego mnie – teraz jestem inny… Czy lepszy? Czy gorszy? Kocham szczerze i jestem szczerze kochany – niczego i nikogo więcej nie chcę, prócz właśnie miłości do mojej Joanny

Kto mnie zna ten potwierdzi – jestem już szczęśliwy i nikt mi tego szczęścia nie odbierze

Krew, wapiry, pielęgniarki…

   Dzisiaj zrobiłem to, czego nie robiłem przez długi czas… Chodziło mi to po głowie, nie powiem… Nie, nie wypiłem niczyjej krwi, a mógłbym! Pielęgniarki też nie zabiłem! Zrobiłem coś innego. Nie będzie to przechwalaniem się, a raczej zachętą dla innych.

wampir
    Do czego więc dzisiaj doszło? Wybrałem się oddać krew – powiem już na wstępie NICZEGO NIE ŻAŁUJĘ! Planowałem oddać krew odkąd skończyłem 18 lat, trochę czasu minęło nim się jednak zdecydowałem na przerodzenie myśli w czyn. „Zdecydowałem” jest tutaj złym słowem, wszakże zdecydowany byłem już wcześniej, ale wciąż mi coś wypadało. Teraz mam do siebie pretensję o to, że wcześniej już nie oddałem krwi.

   Otóż byłem tak zaciekawiony jak to wszystko się odbędzie, że zamiast wejść do przychodni, to wszedłem do ośrodka adopcyjnego. Myślę sobie „no no, ciekawe miejsce na miejsce poboru krwi”… Patrzę się na tabliczki oznaczające szereg drzwi, jednak nigdzie nie udało mi się dostrzec punktu krwiodawstwa… Zapytałem się o drogę jakiejś kobiety patrzącej na mnie ze sporym zdziwieniem. Powiedziała żebym wyszedł przed drzwi i skręcił w lewo… Te słowa okazały się zwodnicze! Wychodząc z ośrodka adopcyjnego wparowałem jak gdyby nigdy nic do magazynu aptecznego… Tutaj też wyszła mi na przeciw zdziwiona pani z zapytaniem czego szukam w jej magazynie… Miałem ponownie wyjść i owszem skręcić w lewo dopiero za przystankiem autobusowym… No nic, wszedłem do przychodni (tym razem już we właściwe miejsce) i pierwsze co się rzuca w oczy podczas zwiedzania przychodni – to kolejki oczekujących na przyjęcie przez lekarzy… I tutaj musiałem się trochę pokręcić szukając punktu poboru krwi. Z tym poszło szybciej, wszak TAKICH drzwi nie sposób było przegapić. Oszklone drzwi z wielką czerwoną kropelką, oraz to co za nimi…

…Następna kolejka.
kolejka
     Pierwszy etap to rejestracja odbywająca się na podstawie dowodu. Etap trochę trwa ponieważ pielęgniarka wpisuje wszystkie dane bardzo skrupulatnie. Zaraz po tym wydaje ankietę dotyczącą przebytych w ostatnim czasie chorób, brania narkotyków, uprawiania seksu, uprawiania seksu z partnerami chorymi… I tak dalej i dalej. Podczas wypełniania ankiety zostałem wezwany na drugi etap… Teraz uwaga – wszystkim nieletnim zarania się czytać dalej!! Otóż co tam mnie czekało… Zostałem ukuty w palca! Swoją drogą bardzo ciekawy element, spodziewałem się czegoś bolesnego, a to było tylko takie pstryk i już (Maszynka zwalniała igłę w sposób pół automatyczny – ta wbijała się w palca a sam przyrząd trafiał do odpadków biologicznych). Potem ta sama pani nabierała krew na płytkę w celu szybkiego jej przebadania. Zostałem zwolniony i mogłem już w spokoju dokończyć swoją ankietę. Trzeci etap to wizyta z ankietą u lekarza. Ten badał ciśnienie, chwile ze mną porozmawiał pogratulował odwagi i powiedział, że śmiało mogę oddać krew. Już od tej chwili czułem się wyróżniony… Wiedziałem, że za moment zrobię coś, dzięki czemu przyczynię się do uratowania czyjegoś życia. To bardzo ważna myśl – bardzo motywująca do oddania krwi. Czwarty i ostatni etap to wspomniane właśnie oddanie krwi. Nakazano mi umyć ręce i zdezynfekować je specjalnymi preparatami (jedną rękę – ale jak mogłem to czemu nie miałem zdezynfekować obu?!). Czułem się jak chirurg przed operacją… I zostałem zaproszony do wspaniałego, miękkiego fotela. Wspaniale się na tym leżodziało  (nie wiem, czy jeszcze siedziałem, czy może już leżałem – dlatego taki wyraz leżodziało). Nogi miałem dość wysoko zaś całe ciało było wygodnie oparte w pozycje półleżącej. Ręce oparłem na podłokietnikach i tak o to czekałem na woreczek. Prawie jak przy oddaniu moczu tylko lepiej! (No chyba że ktoś sobie sika po rękach to w takim razie będzie kiepskim porównaniem…) Worek został umieszczony w maszynce kołyszącej, wielka gruba igła przebiła wybrzuszoną żyłę przy zgięciu ręki… Nie bolało to nawet, tylko głupim jest uczucie posiadania ciała obcego… Krew wypełniła gumowe okablowanie i trafiła wpierw do mniejszego woreczka. Z niego właśnie krew była wyciskana niczym soczek do małych probówek, w celu poddania dalszym testom mojej krwi. (Swoją drogą podobno za takie badanie płaci się 500 zł, podczas oddawania krwi jest robione za darmo i do tego o wszelkich nieprawidłowościach informuje się dawcę telefonicznie – ile w tym jest prawdy, tego nie wiem…)Krew po znalezieniu się w czterech probówkach została oznaczona, a przy jednej części kabla pani pielęgniarka jakby coś połamała – słyszałem trzask… Było to konieczne do przelania krwi do zbiornika głównego. I tak oto musiałem czekać aż upłynie blisko 7 minut – tyle czasu trzeba było bo napełnienia worka. Potem kazano mi usiąść i powiedzieć jak się czuję – tutaj pozwoliłem sobie na drobny żarcik… Powiedziałem tak – ” Proszę pani, wszystko byłoby całkiem dobrze, gdyby nie widok wampira przed moimi oczyma!” Czemu tak? No ponieważ gdy już usiadłem,  to pierwszym co zobaczyłem,  był naklejony na drzwi wampir z ociekającymi krwią kłami… Ci to mają poczucie humoru… Tak przyszło mi wstać i odebrać mój dowód razem z upominkiem! Otrzymałem pakiet 9 czekolad (2 gorzkie, 2 orzechowe, 2 bakaliowe, 2 kokosowe i jedną śmietankową), oraz smycz do kluczy z napisem Twoje krew-Moje życie. Wszyscy przyjezdni otrzymują jeszcze 13 zł za przejazd (niestety mnie ten zaszczyt ominął, wszak jestem bezpośrednio z miasta). Dalej to już nic tylko grzecznie się ukłonić i wyjść.

   Jak się czułem zaraz po oddaniu krwi? Tak jak wcześniej! Pełen sił, tylko o jakieś pół kilograma lżejszy… Oddałem jedną jednostkę krwi – to jest 450 ml + materiał do probówek (czyli około pół litra), następne oddawanie krwi odbędzie się najwcześniej za dwa miesiące. Teraz kilka godzin po oddaniu czuję się dalej bez zmian. Tryskam energią, i cieszę się z tego co zrobiłem.

To nie boli, a mogę przyczynić się do uratowania życia,
To nic nie kosztuje, a ktoś może bardzo wiele zyskać,
Czy Ty oddajesz krew?
Jeżeli nie, to gorąco polecam!

   Aaaa i bym zapomniał – każdemu pracującemu przy oddawaniu krwi przysługuje odrębne płatne wolne, oraz każdemu uczniowi dzień wolny od szkoły. Nagrody za oddawanie zmieniają się co jakiś czas, jednak nagroda główna jest stała – czyjeś uratowane życie…

krew

Tradycja – wolność czy skrępowanie

    Kwestia przypadku czy przemyślana decyzja? Oczywiście mówię o poście, którego mogę teraz pisać, i którego (może) Ty zaraz przeczytasz. Tematów mi brakuje i ukrywać tego nie mogę, często pisze na siłę, ale teraz… Jakoś tak miałem wystąpić w konkursie: MISTRZ MOWY POLSKIEJ, miałem ponieważ kandydatury w tym roku jeszcze nie zgłosiłem.  Do jutra mam czas na podjęcie decyzji, na chwile obecną piszę bloga czyż nie? No tak by wychodziło z ostatnich moich informacji. W każdym razie do tego posta przyczynił się jeden z tematów na owy konkurs…

    Nie będzie dziś czegoś przełomowego, tylko kilka prostych myśli, parę zdań. Tradycja, bo o niej dziś będzie, często jest elementem ciążącym bądź też pomagającym się wybić na znanym w jednostce bądź masie schemacie. Mówię Tutaj o tradycjach mentalnych i kulturowych, lecz często powtarzane zachowania też wkraczają w pewną schematyczność i tym samym stają się w pewnym stopniu tradycjonalnymi. Tak więc dla kogoś tradycją będzie poranna kawa, sztuka jej parzenia czy też sposoby jej picia – znajomość gatunków w tym przypadku stanowi podstawę do zaznajomienia się z tajnikami pozyskiwania ziaren kawy i sposobu ich przyrządzania. To jest chyba najlepszy obraz tego, jak podstawy myślowe, czy podstawy działań tworzą pewne granice późniejszych działań. Możemy bazować na jednym wzorcu, bądź tworzyć własne – nieuniknionym wręcz jest stwierdzenie, że wszystko co zrobimy ze wspomnianą kawą bazuje na starych tradycjach jej pozyskiwania. Czy można zrywać ziarna inaczej? Czy można wypalać je w inny sposób? To będzie to samo zerwanie, i ten sam płomień je potem nadtrawi (wszak nie strawi ich całkowicie). Tak teraz zupełnie na moment odchodząc od tematu – nie wiem czemu się tak przyczepiłem do tej kawy, sam jej nie pijam, nienawidzę nawet zapachu zaparzonej kawy! Tak samo będzie w przypadku innych zjawisk, czynności czy zasad.  Moją tradycją jest wykorzystywanie wolnego czasu do maksimum, zajmuję sie wieloma rzeczami – rozwijam się w ten sposób z jednej strony, lecz ograniczam z drugiej. Moja tradycja zagrzebana jest w impasie… To dość śmiałe słowa, ale maja one pokrycie – w czynach najlepiej to widać. Robię wiele rzeczy jednocześnie co sprawia iż nie mogę dojść do perfekcji w jednej/ dwóch czynnościach, tylko wszystkich powiedzmy dziesięć mam na poziomie przeciętnym (bądź jeszcze gorszym). Tak wiec sztuka rysunku słabo łączy się z pisaniem, grą na instrumentach, tworzeniem rzeczy z dostępnych surowców, i tak dalej i dalej… Oczywiście można też to naprzemiennie wyliczyć sens jednak pozostanie ten sam.
   No a co jeżeli chodzi o tradycje mentalne/społeczne? Te są (przynajmniej były) narzucane przez rodziców, państwo, szkoły, czasem nawet przez system religijny. Teraz w owych czasach odchodzi się od wszelkich pozostałości, może inaczej… Wszystkie zasady umierają w społeczeństwie przez poszanowania dla tradycji lub tego co ze sobą niosła. Jeżeli się od czegoś odchodzi, to należy wiedzieć od czego się odsuwa. Ginie coś takiego jak tradycja społeczna – tu mam na myśli uszanowanie osób starszych, choćby ze względu na ich wiek. Teraz można by rzec tradycją są drwiny z osób niedołężnych, schorowanych… Coś poszło nie tak w systemie wychowawczym. Następną kwestią jest zachowanie czystości seksualnej – czasy sie zmieniły nie popierałem takowej czystości do momentu zawarcia ślubu, jest to bezmyślny wymysł panów w czarnych kieckach, którzy sami normalnie nie mogą obcować kobietą bo nałożyli na siebie celibat. Nie mówię, że sama czystość jest zła… Jednak patrząc przez pryzmat obecnych czasów można to opacznie zrozumieć… Chodzi mi przede wszystkim o zachowanie czystości do pewnego ROZSĄDNEGO wieku. Mamy inne czasy i stare tradycje do nich nie pasuję, ale mnie samego razi to jak czytam, że trzynastolatki zachodzą w ciąże… Są pewne granice a my w tych czasach upadamy coraz niżej łamiąc wszystkie szczeble dopuszczalnych norm.

Konflikt tradycji z praktycznością często na wstępie jest już przegrany – porzucając tradycję należy pamiętać o zachowaniu czujności zmysłów i bystrości umysłu

Sprzątanie…

   Zdaję sobie sprawę, ba! Nawet doskonale o tym wiem… O czym konkretnie? Tym, że nie dotrzymałem tempa i mam braki w tym blogu – przepraszam za to, wiem też że wszystkiego nie nadrobię ale za to część może pchnę do przodu. Mam teraz trzy luźniejsze dni i tak postaram się je częściowo spożytkować na tworzeniu postów.
Może dlatego kilka spraw organizacyjnych bardziej:
porzadek
Mam zamieszanie niezłe! Nie przypuszczałem, że szkoła może być taka czasochłonna! No nic, jakoś się ona rozkręciła, ja do niej dopasowałem i oto mam chwilę na pisanie. To tak w roli wyjaśnienia.

   Niektórzy pytają się mnie dlaczego nie ma starszych postów – otóż znikają one bodajże co 10 wpisów ale można je zobaczyć w każdej chwili; w każdym miejscu, o każdej porze. Co należy zrobić? Zjechać na sam dół strony i tam bodajże jest taki „przycisk” – przejdź do poprzedniej strony/ zobacz starsze wpisy (nie pamiętam dokładnie). Poszukacie i znajdziecie.  Można też szukać po kategoriach poziomych lub pionowych (chyba będę musiał coś z tym zrobić, wszak robi mi się pewien burdel z tymi kategoriami – nachodzą na siebie, nie wygląda to estetycznie, utrudnia odnajdywanie poszczególnych wpisów)

   Padło stwierdzenie, że wszędzie widzę kosmitów – fakt widzę ich ale nie wszędzie – patrząc na postęp starożytnych ciężko jest mieć inne wrażenie – szczególnie mając takie informacje, które ja posiadam. Wystarczy spojrzeć na stare malowidła, wydać tam samoloty/statki, w niektórych nawet latające spodki. To samo jest na rzeźbach i innych tworach. Co ciekawe w Wielkiej Brytanii można za pozwoleniem śmiało przeglądać akta o przelatywaniu latających spodków. Czemu tak? Wielka Brytania była punktem, przez który przelatywało wiele niezidentyfikowanych obiektów latających (UFO) oraz wiele niezidentyfikowanych obiektów pływających (USO). Rząd przyglądał się im przez blisko 50 lat potem jednak stwierdził iż nie stanowią one zagrożenia – przez co dalsze obserwacje zostały wstrzymane a akta odtajniono. Wiele przypadków zgłaszanych przez ludzi było żartem/fałszem – było też jednak bardzo wiele rzetelnych informacji i dowodów – zdjęcia, nagrania, zeznania. Poza tym tak jak mówiłem i mówię za każdym razem: kosmos jest zbyt duży na to, byśmy mogli być tylko sami – jest to dość egoistyczne podejście do otaczającej nas rzeczywistości.

   Spytano się mnie również co lubię robić w wolnym czasie – albo w zasadzie co robię. Otóż nie mam jakichś ściśle wytyczonych terminów – nie myślę o teraz wezmę pomedytuję, potem trzasnę sweet focie na fejsa – nie… Wszystko dzieje się pod wpływem danej chwili, czuję się na siłach coś napisać? To będę siedział tyle póki czegoś nie napiszę, choćby jednego zdania. To jest tylko przykład rzecz jasna, no ale odnosi się głównie do całego mnie.

   Za jakiś czas podam link do strony, na której umieszczać będę wiersze – może nawet i tutaj jakieś wstawię – nie wiem jeszcze. Zobaczymy co czas przyniesie i jak właśnie owy czas mną pokieruje.

clean

O człowieku cz.2 i cz.3

Mózg

   Wcześniej pisałem o zachowaniach, teraz jednak przejdę do samego mózgu. Czas mnie nagli, mam sporo tematów do nadrobienia, tak więc nie ma na co czekać, tylko trzeba ruszać z koksem.

Mózg jest zagadką, setki miliardów informacji do potęgi nieokreślonej – daje niesamowity przedsmak tego do czego jesteśmy zdolni. Potrafimy zapamiętywać ważne rzeczy, te mniej ważne również potrafią utknąć nam w głowie – chodzi mi o to, jak bardzo przydatnym jest zagłębienie się w przeszłość. Wspomnienia, zadania, myśli – To wszystko krąży gdzieś pod czaszką, jest potrzebne do stworzenia obrazu, który pozwoli nam uzmysłowić sobie co się stało, bądź do czego zmierzamy. Przeszłość to tylko fragment tego co potrzebne jest nam do odbioru teraźniejszości… By ocenić aktualne zdarzenia nasz mózg przewiduje trzy kroki do przodu (jednocześnie pozostawiając harmonię wykonywania obecnej czynności). Tak więc na prostym przykładzie zaobserwować można np. że pisząc na klawiaturze, naciskam klawisze z opóźnieniem biorąc pod uwagę myśli, które mam w głowie. Słowa nie są tym samym bardziej przemyślane, one jedynie czekają na potwierdzenie, a raczej wykonanie ich zapisu poprzez pracę dłoni.

Teraz ciekawostka jest taka, że nie potrzeba mieć pełnego mózgu, by funkcjonować normalnie. Pełność mózgu to nic innego jak brak uszczerbków na jego powierzchni, bądź w jego strukturze. Zdarzenia losowe – wypadki – bądź zdarzenia biologiczne -braki naturalne/mutacje/choroby- często nie mają wpływu na funkcjonowanie organizmu. Szacuje się że człowiek wykorzystuje łącznie do 30% maksymalnie rozumu, zatem 70% w ogóle jest mu niepotrzebna – czyż nie? Wypadki doprowadzające do uszkodzenia mózgu ze stratami pokazują, że to nie uszczerbek a krwotok śródczaszkowy może zabić. Są ludzie, którzy nadziali się na harpuny, mieli noże w głowach, gwoździe, był też boss mafii, który dostał dwanaście kulek w tył czaszki wstał zabił napastnika i doszedł o własnych siłach do szpitala. Wszystkie tego typu przypadki bez krwotoku wewnętrznego nie kończą się śmiercią. Ludzie mówią, poruszają się dalej tak samo – o dziwo nie mają też  luk pamięciowych… Tak więc cieżko orzec czy uszkodzenie nieistotnej części mózgu powoduje jakieś konsekwencje. Pewne jest to, że Ci ludzie żyją i funkcjonują jak wszyscy inni.

Wątroba

Wątroba – wątrobę lekarze dzielą na 6-8 segmentów (w zależności od jej wielkosci) jedak wątroba ma silne zdolności regeneracyjne co pozwala usunąć jej cztery płaty a one i tak odrosną. Jednakże ciągłe uszkadzanie tego samego fragmentu doprowadza do bezpowrotnego utracenia go. Dzieję się tak na zasadzie wielokrotnej ingerencji. Momórki zbyt świeże nie będą basowały do układu podstawowego wątroby – coś podobnego dzieje się gdy ktoś cierpi na marskość wątroby lub zatruje ją silnymi toksynami. 
Przeszczep wątroby od zwierzęcia również jest możliwy ale nie jest wykonywany na zachodzie. próbowano ustalić prawdopodobieństwo odrzucenia owego materiału – co się okazuje… Tkanki świni bardziej pasują do nas niż tkanki drugiego człowieka, występuje mniejsze prawdopodobieństwo nie przyjęcia się przeszczepu. O tym się nie mówi dość głośno, ale ludzie (bogaci ludzie) wyłożyli sporo pieniędzy na tworzenie własnych kolnów, konowanie owiec było bardzo efektowne pod względem podobieństwa genetycznego. A sklonowanie samego siebie to nic innego jak tylko utworzenie banku organów potrzebnego do przeżycia – raczej jego ratowania. Projekt ten ma prawo bytu, ponieważ pracę nad klonami trwały od początków 1940 roku. Amerykanie, Niemcy, Rosjanie pragnęli mieć żołnierzy doskonałych – tanich w utrzymaniu, siejących postrach i oddanych na śmierć… Wojny przeminęły w Europie (przynajmniej te większe) ale badania pozostały. Kontynuowano je długi czas oczywiście z dopiskiem – ściśle tajne…

O człowieku cz.1

Ludzki rozum

   Trzeba się na moment zatrzymać i rozejrzeć dookoła, by zdać sobie sprawę z tego jak wiele człowiek potrafi osiągnąć. Bez przerwy myśli, owe myśli napędzają go – zaczyna tworzyć, wznosić konstrukcje, kreować siebie i otoczenie. Wszystko potrafi dojrzeć nie robiąc nawet kroku. Rozum jest pewnego rodzaju kameleonem – potrafi się idealnie dopasować do otoczenia, lub umie też nas przed nim blokować…

   Zaskakujące jest to jak zachowujemy się sami (bez niczego i nikogo w pobliżu), w gromadzie znajomych, lub będąc samemu pośród tłumu. Jeden człowiek a trzy jego zachowania w normalnych codziennych sytuacjach. Jeden człowiek a trzy jego odzwierciedlenia…
Będąc samemu, kompletnie samemu – nie myślimy o tym, co nas otacza… My prowadzimy dialogi z samym sobą, robimy to cicho lub głośno,  czasem lubimy śpiewać lub rozważać jakieś mało istotne kwestie. Jednak pozwalamy sobie na odrobinę swobody i nie przejmujemy się tym, że ktoś nas zobaczy, usłyszy… Jesteśmy we własnym świecie, z własnym rozumem i tylko nam wiadomymi myślami. Często sam potrzebuję pogadać ze sobą, siadam wtedy gdzieś na uboczu, myślę nad tym co jest, co się do tego przyczyniło, – tworzę plany i obrysy mojej rzeczywistości, ścieżki wyborów czy margines popełnionych przeze mnie błędów. Widzę świat w sposób bardziej ułożony przez siebie, każdy późniejszy mój krok zdaje się być pewniejszy, a droga zaś lżejsza. Wiem czego od siebie wymagać, czy jak postępować, lub długo nad czymś myśląc odnajduję pewne rozwiązania wcześniej jakby niewidoczne, zakryte przed moimi oczyma. Wszystko jest tutaj – w głowie – dalej nie trzeba sięgać…
Ale teraz w gromadzie znajomych czy po prostu przy jednej osobie jesteśmy już inni – zmienia się nam nastrój, myśli zmieniają format a wypowiedzi mają inny ton, niosą inny przekaz. W zależności od towarzystwa w jakim się znajdujemy postępujemy tak, by być osobą otwartą i rozmowną. Nie chcemy uchodzić za milczka, odszczepieńca – outsidera. Wraz z towarzystwem przychodzi do nas inny nastrój, wyraz twarzy czy wcześniej założone plany potrafią ulec zmianie.  Tak ja np. planowałem zrobić kolację o 19 i o 20 obejrzeć Plebanię… Nagle przychodzi ciocia, wujek,babcia, dziadek i z mojej Plebanii nici! Jednak pomimo niezadowolenia z przegapionego odcinka serialu należy się uśmiechać (i choćby na siłę), powinno się robić dobrą minę do złej gry… Bo jaka to gra bez Plebanii?! No dobrze dobrze. Inaczej też zachowujemy się przy rodzinie, a inaczej przy znajomych. Znika taka otoczka powściągliwości, zrzuca się z szyi smycz i można szaleć… Pogadać na luzie, wyjść się napić czy coś w tym guście. Nie zastanawiamy się nad tym co będzie, interesuje nas to co jest.
W trzecim wypadku będąc pośród tłumu każdy zachowuje się inaczej jednak wyróżnić można pewne zachowania łączące nas wszystkich, Czujemy ścisk i jesteśmy okrążeni, czasem widzimy spojrzenia innych co tylko drożni. Przychodzą do głowy różne myśli – poddajemy ocenie nie siebie, a właśnie tych, którzy nas otaczają! „Ale ta babka się ubrała! Co ona z cyrku wyszła czy co?!”, „Czemu ona się tak gapi, zaraz wydziabię jej te oczki!”, „Gdzie ona kupiła takie zajebiste szpilki?! Muszę mieć takie same!” No tak mniej więcej wygląda to u płci piękniej, ale u nas brzydali nie jest inaczej… „Co on się tak wozi?!”, „Co się tak gapisz?! Wpierdol dostaniesz to przestaniesz!” „Oooo Ale dupa, ruchałbym” Oczywiście jest to zapis myśli dość uproszczony – ale nie ukrywam, że w większości przypadków (po obu stronach) jest dosłownie identycznie… Będąc w tłumie potrafimy się wtopić, jednak wewnętrznie jesteśmy bardziej agresywni – nieznane otoczenie i ludzie, nieznane twarze i przeszywający wzrok. Też nie mogłem zrozumieć czemu się każdy na mnie gapi, dopóki nie pojąłem, że zamiast krótkich spodenek ubrałem tylko bokserki… Nie no a tak na poważnie ludzie mają dziwną minę gdy widza mnie chodzącego bez butów… Uwielbiam chodzić boso szczególnie w lecie gdy asfalt* czy chodzik są niewyobrażalnie nagrzane.

   To były tylko zachowania nas łączące – teraz jak do rozumu podchodzili inni? Każdy ból głowy kiedyś leczono wyrobieniem dziury w czaszce i zaklejenie jej złotem – umieralność była wysoka, ale przy udanych zabiegach zmniejszenie ciśnienia śródczaszkowego pomagało (jak to mówiono „wypędzić demony”) Potem na długi czas zapomniano o tym, do czasu gdy w okresie renesansu człowiek zaczął się rozwijać intelektualnie, rozum bym mylony z duszą i odwrotnie. Wiek XVIII, XIX i XX dały najwięcej informacji o rozumie, jednak pozwoliło to wyjaśnić tylko jeden procent naszego mózgu. Nie wyjaśniło to zachowań do jakich jesteśmy zmuszanie przez rozum, lub przez samych siebie wykorzystując go. Badania na umysłowo chorych i zwłokach niewiele przynosiły. Zrozumiano czym są nerwy, że przewodzi im impuls ale nie wiadomo było skąd się bierze. Nauczono się wpływać na umysły ludzi – było to tak zwane „prania mózgów” coś idealnego dla wojska – mnóstwo pieniędzy w to władowano. Zrozumiano ten mechanizm i wykorzystywano go do cna. Szczególnie po okresie wojennym.

   Ale na dzień dzisiejszy znamy tylko maksymalnie 10% tego co skrywa i za co odpowiada ludzki umysł, nie wykorzystujemy go nigdy w całości – jest to ułamek, kropla w morzu wręcz. Jednak ta niewiedza nas nie ogranicza w działaniach. Badamy zjawiska jakie w nas zachodzą licząc, że to właśnie od umysłu wszystko zależy. Często się mawia, że przeżycie nie jest kwestią siły fizycznej a zachowań do jakich zmuszany jest nasz umysł. Instynkt pierwotny jaki posiadamy, potrafi się obudzić w najmniej oczekiwanym momencie – i niejednokrotnie ratuje życie nasze często kosztem innego…

   Tak na koniec dodam o pewnym projekcie- Był śmiałek, któremu lekarze odcięli wszystkie zmysły od mózgu – tak więc wzrok, słuch, dotyk i odczuwanie bólu były „wyłączone” mógł tylko mówić – specjalna aparatura podtrzymywał go przy życiu i jak się okazuje człowiek ten niemalże martwy zaczął słyszeć głosy, mówił, że nie jest sam… Nikt mu nie wierzył, dopóki owe głosy nie zaczęły mówić mu o sekretach naukowców będących w laboratorium… Chciano przerwać test jednak władze odgórne się na to nie zgodziły. Człowiek ten prosił o śmierć, nie mógł spać, znieść tych głosów – jego rozum stale pracował. Teoretycznie pozbawiony czucia zaczął wydrapywać sobie oczy – wszyscy oniemieli, przywiązano go do stołu… Od dalej twierdził ,ze rozmawia ze zmarłymi potem zaczął bełkotać i milczał jakiś czas. Gdy chciano go już odłączyć i zabić jednocześnie odwrócił głowę w stronę lekarzy i powiedział – rozmawiałem z Bogiem, ale on nas opuścił. Zmarł bez ustalenia przyczyn (zapewne przez wycieńczenie lub jego mózg sam się wyłączył) **

*Dla nudzących się proszę odnaleźć pierwszą kropkę – by być w pełni poprawnym politycznie powinienem ten wyraz zamienić na Afroamerykanin (jednak zburzyłoby to sens wypowiedzi)
** Czytałem dwie wersje owej historii w jednej on cały czas leżał,  w drugiej rzucał się o ścianę – lub badania prowadzili ateiści, a w drugiej zaś ludzie bardzo wierzący jednak sens wypływał z nich ten sam – rozum jest definitywnie połączony z ciałem i bez tego połączenia potrafi funkcjonować i dalej przesyła informacje człowiekowi

Koniec cz.1