Z humorem

Wiedza szkolna i wiedza faktyczna

Nie ukrywam faktu, że szkoła potrafi tylko ogłupiać – w sposób podobny do telewizji. Działa to tylko na nieco inną skalę. Programy nauczania zmieniają się jak programy telewizyjne - każdy kolejny jest jeszcze większym badziewiem! Trzeba powiedzieć jasno – żaden nowy program nie wnosi niczego, co mogłoby poprawić edukację polskich szkół. Nie wspomnę już o wychowaniu młodzieży. Kiedyś szkołą miała za zadanie spełniać funkcję edukacyjno-wychowawczą!
szkola

Wiedza, którą się zdobywało niegdyś w szkole miała za zadanie przygotować do dorosłego życia. Wpajała podstawową wiedzę geograficzną, ale na tyle dobrze, by wiedzieć sporo na tematy powiązane z państwami, wiedzę przydatną. To samo z matematyki – materiały były przygotowywane w sposób ciągły – powiązany. Teraz skaczemy po materiale jak wszy po głowie licząc, że uda nam się coś uszczknąć… No niestety! Sposób nauczania jest nieprzemyślany jeżeli chodzi o każdy inny przedmiot. Biologia pokazuje odległość tematów – zaczynamy coś w pierwszej klasie, a wracamy do tego w trzeciej…  Jest to totalny bezsens stworzony przez zmieniających się ministrów.

Skoki po książce to jedno – drugim jest to, że wiedza książkowa często nijak odnosi się do życia. Jedynie zajęcia z techniki wniosły coś pozytywnego. Uczyły myślenia przestrzennego, wprowadzały zastosowania różnych narzędzi, metody planowania i kreślenia planów. Moim ulubionym przykładem jest obliczanie pierwiastków – szczególnie ciekawie wychodzi gdy mamy zadanie, w którym to trzeba obliczyć pole do zamalowania trójkąta i wychodzi nam ono dajmy 5 pierwiastków z 5! Liczba w ten sposób nie pokazuje nam dokładnego zużycia farby, bo nie odejmiemy pierwiastka od litrów farby!! Szukanie liczby X też nie ma sensu, zawsze gdy już ją znajdziemy, to będzie ona inna od poprzedniej! Czy ma to za zadanie pomóc w odkrywaniu świata za pomocą matematyki? Akurat sam z matematyki najgorszy nie jestem, ale znam wiele osób, które nie rozumieją jej – i słusznie! Matematyki nie da się nauczyć, można tylko wiedzieć jak coś obliczyć jednak dalej nie przynosi to nam żadnej korzyści, nie wnosi nic nowego i pozytywnego do życia. Czy ktokolwiek w dorosłym życiu obliczał coś mając dwie niewiadome? Chyba tylko w przypadku: „Gdzie kupię piwo w niedzielę jako X i za ile jako Y” podstawiając to pod wzór: tangens z cosinusa razy bagietka dzielone przez patelnię…

Istny obłęd!  Pójdźmy dalej tym tropem! Mamy fizykę… Oo widzę te uśmiechy! Obliczanie prędkości kosmicznych, ruchu obrotowego planet… Jeszcze ciekawszą sprawą jest zamienianie prędkości z kilometrów/godzinę na metry/sekundę. Po co to komu?! Lepiej jest znać prędkość w wartościach ogólno wykorzystywanych! Przeliczanie stopni Kelvina na Celcjusze też nie ma sensu jeżeli odnosimy się do badania substancji w stanie podstawowym – do innych układów odniesień także można wykorzystywać skalę pana Celcjusza – po co komplikować sobie życie?! Anglikami nie jesteśmy!
Chemia, bo i o nią pragnąłem zahaczyć powinna odnosić się do substancji i   przeciwdziałania na ich wpływ (czy to na środowisko czy na otoczenie). Pojęcia chemii powinny być przydatne i przygotować nas na kontakt z różnymi czynnikami. Szczerze mówiąc ja już teraz nie pamiętam czym jest kwas dimetyloazotanowy – czy jakiejkolwiek innej stu członowej nazwy

Jeżeli to ma nas czegoś nauczyć to jestem ciekaw czego…
WDŻ i lekcje religii – to dopiero potrafi nauczyć, jeno mówi prezerwatywy są cacy, drugie, że to dzieło szatana! To ma nas uczyć samodzielnego myślenia i podejmowania rozważnych decyzji!
pieklo

Myśli pogubione

Rozdział I
Rozterki wewnętrzne…

   Miłość – czymże ona jest? Słowem bez pokrycia w uczuciach? Jeżeli tak to czemu miota tak mymi myślami, targa uczuciami?! Wariuję przez nią, w spokoju nie usiedzę… Szukam miejsca, w którym mógłbym się schować, zapomnieć…  Czy miejsce takie istnieje? Czy ucieknę przed czymś co i tak jest nieuniknione? Czy można porzucić to co było, to co jest – siebie samego potępić, ale w imię czego?  W imię uczucia, które nas łączy, w imię myśli które nas spajają?!  
Czy przeskoczenie granic pozwoli nam cieszyć się sobą wzajemnie? Jeżeli nasza miłość jest zła? NIE! Tej myśli nie zdzierżę! Chcę być z Tobą! – Muszę! – Pragnę tego! Zali jest dla nas inna przyszłość niźli ta miłość?! Blokuje mnie umysł, blokuje mnie ciało, duch mój jest wolny, gna do Ciebie nieustannie! Jest blisko, czuję to! Czy zostanie przyjęty? Czy odnajdzie Cię idąc tędy? To od Ciebie zależy! – Daj mu drogowskazy; niech dotrze do Ciebie, lub niech błądzi przez wieki! Niech do mnie nie wraca – to trud jego zbyteczny!
    Czemu te pytania mnie tak męczą, żyć mi nie dadzą – Tylko dręczą! Dręczą nieustannie ! – Takie w mym sercu budzą przesłanie „ Kocham, pamiętam!  –  Niech te słowa, te myśli duszę Twą trudzą!”  Duszę się pośród zgiełku mych myśli to co na papier przeleję wnet mi się przyśni! A może to nie sen, może to jawa! Lecz nawiedza mnie niczym zjawa, niczym mara straszna! Pojawia się i znika! Ściany mego umysłu przenika… Ręką mą każe chwycić za pióro i kreślić litery, zdania, wyrazy – całe poprzednie me myśli czarnym atramentem skreślić… Nie jestem sobą,  pośród mórz i wzgórz jestem Tobą, a Ty mną!
    Serce me! Czemu mi dyktujesz warunek ten! Czemu każesz kłaść mi się z bólu?! – To nie jest ból wynikający z trudu! To cierpienie wynikające z tęsknoty! Serce me – nie stworzymy wspólnoty! Rzucę się wraz z rozumem w tonie miłości, nie potrzebuję żadnych włości! Me pragnienie miłości nie wyrządzi nikomu przykrości! Zrozum to Serce, tak jak ja rozumiem Ciebie! Daj mi wytchnienie! Na moment, na sekundę – więcej sam nie potrzebuję!
    Rozumie! Serce goni mnie ku trumnie! Wstaw się za mną – powiedz tylko DOŚĆ! Czemu mnie nie słyszysz mój drogi? Czyżbyś i Ty się ode mnie odwrócił?! Powiedz że jest to nieprawdą! Zawsze po ziemi kroczyliśmy twardo! Wybieraliśmy najtwardszą drogę, a Ty mi teraz podstawiasz nogę?!  Zawsze sobie radziliśmy, a Ty mi dziś mówisz: „Już skończyliśmy…”?!
Losie! Zatrać się w mym głosie! To rozpacz mnie do ciebie przysyła! – Rozpacz mnie wyżyma! Czyżbyś i Ty maczał palce w tym  i odcisnął je na mej kartce?  Karcie życia, mej historii… O czym mówię?! O miłości nie do spełnienia, nie mam predyspozycji do samouwielbienia… Skąd bierze się mój osąd? – Z intrygi którą wspólnie stworzyliście na mą niedole! O zorze! O niebiosa! Czas chwycić za wiosła! Przyszedł początek mej mordęgi, mej drogi! Czy samotnie jestem w stanie przebrnąć przez me życiowe męki?  
Wszystko jest inne niż było do tej pory! Me myśli, me życie… Kim ja teraz jestem? – Rozbitkiem na tratwie ! – Wolałbym być na najgorszej łajbie, ale czemu jestem na tej tonącej tratwie? –Jestem rozbitkiem  poszukującym zaczepienia, odpowiedniego kierunku… Zaraz! Znalazłem! Patrząc się na Ciebie dostrzegłem szczęście! Szczęście, którego mi przez cały czas brakowało! Ale cóż to?! Mój rozum, me serce, mój los… – Czemu dzierżysz to w swych pięknych dłoniach?! Czyżbyś spodziewała się mych uczuć? Czyżbyś specjalnie paktowała o me życie z nimi?
     Dość! Biegnę w Twą stronę bez obawy! – Czemu biegnę w miejscu, cóż to za żarty? Może jestem po prostu niezdarny?! Nie!  -To znów te czary!  Chcę uciec od Twej mary! Życie mi miłe, ale będzie takowe dopiero przy Tobie, a nie przy Twym sennym wytworze!  Czemu wszyscy mną pogrywają? Cóżem komu zawinił? Czyżem kogoś o coś niepotrzebnie obwinił? A może kogoś żem potępił przedwcześnie i teraz mści się na mnie nikczemnie…  Nie potrafię sobie odpowiedzieć, może to czas by zajrzeć w przeszłość i się tego dowiedzieć… Czemu się dręczę? Czyżbym miał sobie coś do zarzucenia? Może to była chwila zbędnego uniesienia…
Dość tego myślenia! Trzeba się wziąć do pisania niniejszego dzieła! Może zbiorę kilka myśli, ewentualnie coś się mi przyśni. Na dziś koniec myślenia, tym samym smutnego i bezowocnego biadolenia!

II
Wewnętrzne rozbieżności

    Mówię sobie w duchu: „Już po strachu!” – minęła ciężka noc. Wyglądając przez okno dopatruję słońca promieni -  jednego chociaż promyka który życie me na lepsze zmieni, rozweseli choć trochę… Lecz zamiast radości dopatrzyłem się powodów do złości… Skąd bierze się ma złość? – Przez miłość i moją niemoc jej spełnienia. Czuję jakby spod stóp uciekała mi ziemia… Zmienia się bowiem bez przerwy mój punkt widzenia… Niezmienne pozostają jedynie moje nerwy. Czas, który powinien leczyć rany tylko je pogłębia – mam teraz w sercu bruzdy nie do wypełnienia…  Żyję i przeżywam miłość nie do spełnienia. Lecz czy tak jest naprawdę? Czy to tylko umysł podpowiedział mi tę chorą gadkę? To wszystko zależy ode mnie! – To jakich ma osoba decyzji się podejmie! Czy dotrę do miłości, czy zaniecham swej wolności… – Bo w końcu nie ma wolności bez miłości. Każdy dzień rodzi pytanie: „Czy czas naszej miłości wreszcie nastanie?”
    Co ja tu robię? Czemu nie szukam tego co zagubione? Zatracone w toniach smutków – Może znajdę Cię przechodząc obok tych starych buków, które pamiętają wiele zakochanych par. Może to dar! Czuję Twą obecność przechodząc przez ten jar. Zapach rosy, mchu, drzew, budzą we mnie pewien zew… Chce ze mnie wyskoczyć lew, ostać na tych zboczach, na zawsze zapatrzyć się w Twych pięknych oczach…  

III
Więzień własnego umysłu…

   Czemu me oczy są podkrążone? Czemu zasnąć nie mogę? Co zaprząta swobodę mą? Ciągły potok myśli, kilka prostych słów aby te myśli opisać… To nie talent, to nie dar – to pułapka! Strzeż się jej… Ludzie mi gratulują, wtórują mym pomysłom, urąga to mym zmysłom… Nie potrzebuję pochwał, zasług, orderów, masy wyznawców! – Pragnę mieć choćby jednego, ale wiernego czytelnika, który pojmie mój problem, wspomoże… Może to być jedna czytelniczka, byle bliska niczym ma siostrzyczka. Jako jedynak zbratałem się jedynie z mym umysłem (przyrodnim bratem) – to był dobry pomysł! – lecz tylko pozornie… Umysł, który miał oświetlać mi drogę pośród ciemnych zaułków głupoty, próżniactwa, odgonić złe myśli – inny, mroczniejszy plan sobie obmyślił… Zawładnął mną nikczemnik! Dyktuje zdania nierealne, nie wiem teraz co jest jawne, a co powinno zostać zakopane pod ziemią tajemniczą… Ale on spokojnie mnie zatruwa, by na koniec zaproponować układ: „Pisz co rozkażę,  a dam Ci wolność…” Lecz w obietnicy tej jest pewien haczyk – kruczek pisany drobnym maczkiem – ma wolność jest chwilowa, a gdy znów zapragnę nie złota a uczucia ten przyjdzie i odbierze co mi pozornie dał! A to cham! Ale złota mi nie potrzeba, ono nie da mi spełnienia, nie oczyści sumienia, nie zaznam przez nie wyzwolenia. Czy to taka moja dola? Być buntownikiem w samym sobie aby sercu dać chorągwie? Chorągwie wolności i miłości – niech się prości tej miłości… Gdy bez sił padnę na kolana, zapnę ostatnie guziki mego fraka, aby odejść z godnością podczas tej walki nierównej, od przechodniów jedynie usłyszę:  „Ludzie patrzcie co za pokraka! – Nie wyprasował swego fraka!”. Czy mam prawo dziwić im się? W zupełności nie… Cóż to za wojownik, który walczy o wolność i ginie bez wieści w wygniecionym stroju?! Nie poprawi nic już mego nastroju!

IV
Odnaleźć siebie
w swym więzieniu…

   Całe życie chylę się ku zadumie… Zaraz! Czemu leżę w trumnie?!  Chyba myślenie mi nie służy… Może lekarstwem jest drogi zmienienie… W trumnie się kłaść to jeszcze nie czas! Teoretycznie mógłbym z czegoś spaść… Ale skąd? Może z mego łóżka! – Co tam zwichnięta nóżka! Muszę choć na moment ograniczyć myślenie, cóż tam  wewnętrzne spełnienie! Potrzebuję chwili spokoju… Co do mnie mówisz? Nie jestem dziś w nastroju… Wybacz, przebacz swego gniewu na mnie zaniechaj! Nie gniewaj się, tylko uśmiechaj! Bo śmiech to zdrowie, lecz nie przy mojej chorobie… – Ja po prostu muszę być przy Tobie! Widzisz inne rozwiązanie? – Wyjaw mi je skarbie… Czemu szykujesz mi posłanie? Czyżbyś takie widziała rozwikłanie? Mój koniec przewidujesz i perfidnie mówisz: „Swe życie finiszujesz!”
Stop! Miał być koniec myślenia! Czemu ciągle szukam powodów do siebie zadręczenia? Ciągle zadaję pytania, lecz brak mi obadania w odpowiedziach… Może zbyt mała jest ma wiedza? Kto to pytanie stwierdza? To nie pytanie! – To twierdza! A twierdzy tej murów nikt nie obali! Nikt z tutaj obecnych na sali! A miecza kto dobędzie, swym istnieniem dowiedzie jedynie jakim błędem jest w tym trybie…
   O jakim trybie mowa? Tryb to życia wolna droga! Skoro taka Twoja wola podnieść miecza ciężką klingę! Spróbuj ostrze skierować jego ku soborze – życia sprawiedliwość Cię dopadnie! Gdy przyjdzie Ci mieszkać w oborze i tam życia ostatnie fragmenty wypełnić . Życie rzuci Cię w swe odmęty, tylko tyle w locie krzykniesz:” Życie sądzi sprawiedliwie!” Ale już za późno będzie! Odleciały już łabędzie a wraz z nimi smutna Twa dusza…
    Co Cię oswobodzić może? Dobra kusza, która łabędzie zestrzeli a Ciebie na poły rozdzieli: na dobre i złe Twe uczynki podzieli… Lecz nie jest to festyn ani dożynki, tutaj zbawienia nie wygrasz… Skąd ma rozległa wiedza? To nie wiedza a niewiedza nas tutaj bracie przygnała… Dała drugą szansę, ale ja jej nie widzę, może Ty ją dostrzeżesz nim w nieznane krainy odejdziesz… Jak mam na imię? Nie wiem sam, tyle spędziłem tu lat… Ta pustka, ta cisza i to ciche wołanie utworzyły w mym mózgu zdanie: „Czy ja jestem prawdziwy? Czy żyję? To nie sen to nie życie – to dziwy najdziwniejsze!”
I tak oto jesteśmy zawieszeni w tej dziwnej przestrzeni… Nic nas nie uchroni, chyba że podjęcie drogi właściwej! Drogi ciężkiej ale nie zbytecznej – bo to w jej ciężarze leży nasze odkupienie. Odrzucić musimy myślenie, poddać się temu co w nas drzemie i swe życie przejść na nowo – nie podchodząc do niego tak rozumowo a trochę bardziej uczuciowo…
  To są me przemyślenia, odkąd trafiłem do tego więzienia… Jakiego więzienia spytacie? Do więzienia mego rozumu – i oto  odpowiedź macie. Rozum mnie więzi, nie pozwala utworzyć z nikim więzi, a serce temu przeciwne buntuje się, ale niczym to nie skutkuje…  Rozum nie próżnuje w tej walce – cała sytuacja nie zmierza ku bajce i jej szczęśliwego zakończenia – serce z rozumem nie będzie mieć porozumienia… Oto podstawy  mego więzienia – brak porozumienia! A czy próbowałem wyrwać się z baszty i mej komnaty? Tak! – Lecz były to tylko żarty… Nie da się uciec, jestem zbyt zażarty by się do tego przyznać i ciągle próbuję… Jedyne co zyskuję to myśli, którymi się stresuję. Już nad tym nie panuję tylko nieustannie się dołuję. Me nadzieje są złudne, dla mnie samego jest to zbyt trudne! – Może Ty zechcesz mi pomóc?

V
Gdy poznałem Ciebie…

    Wciąż marzyłem o tej chwili! Nie myślałem jednak że może się ona spełnić… Popełnić teraz błąd… – Uciekniesz mi stąd, daleko… Gdy Cię spłoszę to zapewne poproszę abyś wróciła, znów się tu osiedliła. Lecz czy mnie wysłuchasz? W rytm mego serca się wsłuchasz i pojmiesz me uczucia? A jeżeli tak się nie stanie? W mym sercu pozostanie jedynie rozczarowanie… Ale czemu zrazu zakładam najgorsze? Może to wydaje mi się najprostsze… Muszę dać cos od siebie! W końcu i tak wszystko co robię, robię dla Ciebie! Bronię się przed prostotą – jestem osobą wymagającą nie tyle od innych, co od siebie samego.  To nie wysokie ego – to wiara we własne siły!
Deszcz zaczął padać, a Ty się uśmiechasz… Czy na coś czekasz? Chodźmy! Ty pod mym płaszczem, a ja sobie jakoś poradzę… Czemu skaczem my? Z radości! Drwijmy z posępności! Mamy siebie, cóż nam więcej potrzeba do spełnienia? Może jedynie kilku słońca promieni, co nas jeszcze bardziej rozweseli! Ale my już jesteśmy najszczęśliwsi, po co nam inne myśli…
Jestem przy Tobie, a Ty przy mnie! Swymi włosami mnie okrywasz, ja jedynie myślę „Chłopie! Życie na nowo wyrywasz!”.  Ja się Tobą zaopiekuję, a na pewno ze wszystkich sił spróbuję! Pragnę Twej bliskości! Nie mam żadnych posiadłości, cennych włości, majątków nieocenionych mam jedynie kilka pomysłów niedocenionych i uczucie, którym mogę Cię obdarzyć… Jeżeli Ci to wystarczy i zechcesz mi pomóc tworzyć, postaram się otworzyć dla Ciebie drzwi do lepszego świata. Świata w którym nikt nikim nie pomiata, gdzie uczucia to nie matnia, gdzie nikt nie wie czym jest apatia. Miejsce to jest bez stresu z jednego tylko powodu – nikt nikomu nie sprawia tam zawodu…
Ludzie cierpią przez brak opanowania, a wystarczy inicjatywa porozmawiania. Większość konfliktów prędko można zażegnać, jeżeli nie – ludziom przychodzi się pożegnać… Nie robią jednak oni tego z klasą, myślą jak uciec by zabrać się z jak największą kasą…

VI
Czas…

   Czas nieustannie nas gonni… Kimże jesteśmy w tej pogoni? Wciąż zapominamy o naszej roli… Nie pomożemy przechodniowi… Zaraz! Sami sobie pomóc nie potrafimy, sami do celu nigdy nie trafimy! Myślimy, że jesteśmy wyjątkowi, a tak naprawdę poddajemy się zwykłemu przypadkowi… Jedyne co nas różni to sposób myślenia – dla wielu jest to ciężar nie do uniesienia… Jedyne co nas łączy to działanie czasu na mnogość naszych złączy… Czas nas nie połączy, sami musimy tego dokonać! Wszelkie bariery pokonać, nie możemy się jedynie klonować! Swe życia raz jeden przewędrować… Po co nam kilka szans skoro i tak stracimy czas na analizowanie naszych błędów, lub będziemy szukać wykrętów, aby o tych błędach zapomnieć… Nie ważne czy zamieć czy też upał nastanie – ludzka głupota nigdy nieustanie… Nie jestem idealny staram się być wyrafinowany w swej prostocie, pisarzem o niskim locie… Pióro i kawałek kartki oto najlepsze zadatki na stworzenie siebie samego – tyle że trochę innego, lepszego a może gorszego. Zależy to od czasu, który nas zmienia, rozprzestrzenia nasze myśli, lecz niczego za nas nie wymyśli… Myślenie jest pozostawione nam – istotom najmniej do tego powołanych…  

VII
Oczy…

    Idąc po mieście widzę wiele wpatrzonych we mnie oczów. Poniekąd zauroczonych a nawet zmrożonych przez dreszcz emocji. Ludzie nie są jednak świadomi tego na kogo spoglądają. Nie spodziewają się prawdy, nie zauważają jej, nie chcą tego uczynić… Mijają nie człowieka, a jego wrak! Dziewczyny są zauroczone nie w normalnej osobie, a w człowieku rozbitym, wręcz przebitym na wylot smutkiem. Jestem tonącym statkiem… Tyle że zatonąć ani wynurzyć się nie mogę. Coś mnie trzyma, ale nie ma wystarczająco siły by mnie podnieść. Ale ludzie mylne mogą o mnie wrażenie odnieść. Tyle oczu, ale żadne nie potrafią zajrzeć w głąb człowieka… Zaraz! Widzę jak komuś drga powieka! Czy to znak? Ale tych oczu jest zbyt wiele, jakby ktoś rozsypał mak… Mnóstwo drobnych plamek, ale żadnej pomocnej dłoni. Może oni czekają na mój kres? Aż podwinie mi się noga…
    Nie jestem po winie, jeszcze kontaktuję! Wstanę i zaatakuję! Ale kogo? Zacznę od siebie! Sam sobie jestem wrogiem największym, sam sobie nie ufam i sam sobie nigdy nie pomogę! A może nie mogę? Tak! W rzeczy samej! Marnej to doczekałem się przyszłości…Zero wyrozumiałości! Mam w sobie siłę, ale jej nie wykorzystuję… A może zwyczajnie tu nie pasuję? Wszakże mentalnie jestem z przeszłości, lecz me myśli zwracam ku przyszłości! – Dla dobra ludzi, ale ciągle ktoś marudzi… Starań nie doceniają, do „sprawiedliwości” się uciekają… Jestem srogi, ale to są moje przestrogi, które wbijam Wam w boki niczym ostrogi… Prawda Was w oczy kole: „Ciągle gonicie w błędnym kole: pieniądze, władza, pieniądze…” Czemu to pieniądz zaślepia Wasze oczy? Życie dla Was sepia… – Póki nie macie pieniędzy, widzicie jak tarzacie się w nędzy… – Gdy macie fundusze, to wszyscy inni przy Was to słabeusze… Dziwna kolej rzeczy, wszakże czy biedniejszy nie może być bogatszy? Nie są Wam znane słowa: „uczucia”, „mądrość życiowa”, „prawdziwe szczęście”, „prawdziwi przyjaciele”, „prawdziwa miłość”…

VIII
Noc…

    Gdy przyjdzie noc, a swym mrokiem okryje moje myśli. To swym wzrokiem wybiegnę dalej niż zazwyczaj… A gdy wraz z nocą przyjdzie chłód i mój spokojny chód nikogo nie zbudzi, to przejdę się szukać myśli które za dnia pogubiłem… Czemu ich szukam? – Ponieważ zgubiłem się wraz z nimi… Noc przynosi mi spokój, którego za dnia zaznać nie mogę. Pokój, jego cztery ściany jest tak jak mój umysł – cały czarny – wszędzie mam zapisane jakieś notatki.  Oto całe moje manatki – życia zapisane kartki. W nocy spać nie mogę, myślę i myślę, dopóki ze zmęczenia nie padnę… Pomogę każdemu, ale sobie pomóc nie potrafię.

IX
Pożegnanie…

    Żegnam Cię zatem! Nie miej mi tego za złe… Muszę ruszyć przez życia szlaki – ale nie przy Tobie, a samotnie… Zmuszę się do życia, do zmienienia mego bycia… Ale nie obędzie się to bez uczuciowego odbicia… Słyszę już tylko paniczne serca bicia, ale wiem że serce to jest nie do zabicia! Smutki tego serca zaś są nie do zapicia… Miłość poszczuta nieszczęściem  to podłość… Uwolnić się od zła które niesie ta miłość – jest to rzecz mała… Lecz w swych konsekwencjach jest ona obrzmiała. Nie czuję już sponiewieranego przez los ciała, nie czuję radości, dzięki której nie widzę podłości, nie czuję miłości – pchną mną jedynie mdłości życia bez radości. Co robi me serce? Pości jedynie… Potrzebuję czasu, którego nie posiadam, potrzebuję . Okrutne knuję plany w mej głowie, w mowie tego nie przejawiam – Wciąż się czegoś obawiam… Wąż ze mnie przebiegły!
I tak oto biegły me myśli, szarpały się w serca rozpaczy. Tylko moje oczy mogą powiedzieć prawdę… Wiedzieć należy że to oczy odzwierciedlają nas samych – prawdziwych, kosmatych… Otartych o życia skały, przy nich człowiek jest taki mały… Śmiały zaś jest w swym działaniu, nie myśli o poddaniu się! Myśli o skradaniu się, życia podejściu, zetknięcia się z nim dopiera na zawiłym i ciasnym przejściu.. Człowiek nie myśli o odejściu od swych zamierzeń – ucieka się jedynie w stronę wierzeń. Wierzenia to nic innego jak marzenia – o tym jak stać się kimś, kim być sami  nie potrafimy…  Nie było mi dane wierzyć, bez tego potrafię mierzyć… Mierzę wysoko, tam gdzie ludzkie oko nie sięga, a człowiek się jedynie zagłębia w lekturze drugiego człowieka… Błogiego uczucia dane było mi dostąpić, ale nie potrafię od daru mego życia odstąpić! Czy godnie byłoby tak postąpić? Jedynie zostaje mi potępić to co jest we mnie złe, nieuleczalnie chore… Maniakalnie poszukuję sposobu na uratowanie obu naszych dusz… „Rusz się wreszcie!” – Powtarzam to nieustannie, przerwy są gdy przenikam z jednej pustki do następnej…
    Pustki – to przestrzeni niewypełnionej,  ciche i bezdenne wymiary jak otchłanie mego mózgu, w których sam się zatracam, lecz tak szybko z nich nie wracam… Jeżeli już powracam to tylko na moment, zaczerpnąć tchu i znów nurkuję w te martwe tonie… Robię to potencjalnie w swojej obronie, lecz ślepo zawierzam każdej wronie mych myśli… Wszystko to kieruje mnie ku kolejnej wojnie! – Znów pozostanę osaczony! Naznaczony przez tych którym nie jestem i nie będę podległy! Nigdy w stosunku do nich nie będę uległy!
    Nie jestem ślepy! Nie jestem też głuchy! Nie boje się żadnej kostuchy! Denerwują mnie jedynie muchy lgnące do tej kostuchy! Żadne duchy nie są mi straszne, marznę jedynie  w ich towarzystwie… Diabły z widłami nie są żadnymi straszydłami… Wszyscy są braćmi i siostrami, z którymi każdy się zbrata… Ale to nie jest jeszcze czas mojej przyjaźni z nimi! Waśni też nie potrzebuję… Wystarczy że im za nadto współczuję…  Czasem z nimi potajemnie współpracuję! Rozmawiam z nimi o życiu tak jak o drogi przebyciu w oparciu, lub natarciu podczas rozmowy… Nie mam żadnej wady wymowy, jednymi słowy ciągle w nocy słyszę sowy, widzę ścięte głowy – oto owy mój przypadek! Chore myśli… Domek z kart gotów runąć bezwładnie… Ja tylko czekam aż opadnie, załamie wewnątrz samego siebie… Tak jak ja – Załamany, zmiażdżony i poraniony przez natłok tego co na mnie upada… Jedna jest rada i jedna prawda! Trzeba wstać!
Psia moja mać! – Wszystko zniszczyłem sam i sam będę musiał ponieść tego konsekwencje!  Złe są me intencje! – Nie zwiążę się z nikim, nie ważę się skrzywdzić drugiej osoby… Lecz wiem, że samotnie nie spędzę choćby jednej doby… Nie chcę usłyszeć od Ciebie: „Kocham Cię mój luby” – ja nie chcę Twej zguby! Wsadźcie mnie w dyby i samotnie zostawcie: nie pomagajcie mi, nie litujcie się – odwróćcie się i pójdzie w swoją stronę…

X
Pragnienie życia…

    Żyć pragnę w spokoju niezachwianym, nutą tajemniczości owianym. Twórcą jestem marnym! Lecz w myśleniu niezażartym. Nie chowam się przed światem niezbadanym, w skomplikowanej prostocie niezjednanym…Jestem mistrzem w myśleniu niebanalnym! Obalam ówczesne stereotypy! Wszyscy inni przy mnie to nieudane prototypy… Ja jedynie życia nie potrafię złożyć do kupy. Dni to dla mnie mury nie do przeskoczenia, lata to chwile odosobnienia. Szykuję się do ciężkiego ciała podniesienia, mymi słowami do ludzi trafienia. Siebie samego potępienia w myśl mojego założenia: „Jestem drobinką miotaną przez życia wiatry”. Swe życie już dawno przegrałem ze śmiercią w karty, co sprawia iż już jestem nic nie warty… Śmierć – to dobry przyjaciel!  Rzecze do mnie: „Marzyciel z Ciebie, ruszaj zatem ścieżkami życia swobodnie i tak kiedyś staniesz po mej stronie… Masz plany, brak Ci jedynie w siebie wiary…”
Nękają mnie za to koszmary – niezliczone od życia dary! Jednego, najcenniejszego podarku niestety nie widzę! Widzę jedynie siebie siedzącego, zamyślonego… Wprawiłem się w rolę myśliwego – lecz zamiast zwierzyny staram się upolować uczucie! Mam dziwne przeczucie, że prędko mi się to nie uda… Pożre mnie krocząca za mną nuda i schematyczność mych działań – dziwna to przypadłość! Lekarstwem na nią jest podarek wcześniej wspomniany, którego wziąć samemu nie można – miłość… – To może dać jedynie oddana kobieta, wierna żona – wymarzona istota, odnaleźć taka trudno, lecz bez niej opadnę na samo dno… Zaraz! Ja już dna dosięgłem, zemstę na sobie poprzysięgłem, celu jednak dalej nie osiągnąłem. Na podium szczęścia nogi nie postawiłem, jedynie mym pragnieniom dzielnie czoła stawiałem! Ducha mego na zgubę posłałem! W ręce nieznanej miłości go oddałem! To od niej zależy czy ciało me nie stanie na skraju wieży, nie skoczę…
Po jasnej życia ścieżce kroczę, a gdy skoczę zatrę to co do chodzenia mnie zmuszało – to na czym mi zależało – stracę kontrolę nad wydarzeniami! Lecąc w dół zasłonię się ramionami, upadnę uderzając o ziemię kolanami… Nie paktuję z nieczystymi siłami, nie złagodzą one mego upadku! Pomalutku jednak dostrzegam, że z tym światem się tak prędko nie pożegnam! Nie spieszy mi się nigdzie, jedynie samotność mnie peszy… Cały mój majątek to kilka wierszy, parę stronic opowiadania i psychika do zbadania…
   Napisałem już na biegu stosowne pożegnania, jednak nie odzwierciedlają one prawdziwego przebiegu moich wyborów… Było to jedynie dla zachowania pozorów, ustalenia sobie jakiś wzorów… Były to plany, lecz co drugi wydawał się nierealny! Pozornie naturalny jak życia polany… Normalny był jeden – być sobą i według swego sumienia zakończyć wszystkie rzeczy rozpoczęte… Ucięte plany scalić, całe zaś bez śladu spalić… Tak oto siebie chcę obalić, z tronu podłości zrzucić, sznur na szyję dawnemu sobie zarzucić, nowemu i lepszemu   miejsca ustąpić! Wypić lampkę wina i tak zwycięstwo dobra uczcić, wszelkie złe myśli porzucić, tymi dobrymi się radować! – Wszystko to aby swe życie ratować…

XI
Wizje…

   Widzę przyszłość daleką… Będzie ona istną męką… Każde istnienie skazane będzie na śmierć… Każde istnienie będzie niewybaczalnym błędem w przyszłym systemie, zakłóceniem w prostym rytmie… – rytmie komputerów, taktowania ich procesorów, „oddychaniem” ich sensorów! To ostatnia szansa by walczyć o przyszłość ludzi! Niech każdy z nas choć przez chwile się myśleniem potrudzi! Rąk sobie tym nikt nie ubrudzi, zapewniam… Trzeba ochronić przyrodę, ludzka prawdziwa urodę, ustabilizować pogodę, wykreować nowa modę! Walczmy nie ze sobą wzajemnie, a przeciw naszym niecnym celom… Sobie lepszego życia nie zapewnimy, zapewnijmy je naszym dzieciom! Nie mogą one kontynuować naszych błędów, nie chcemy przecież ich wybitych zębów, nie chcemy zwiększać populacji wdów – Musimy ujrzeć nie słuszność naszych celów, tylko ich następstwa czasowe – czemuż winne i zadłużone jest każde niemowlę? Bardziej dbamy o „hodowlę” naszych arsenałów, nie myślimy nawet o dziecka dożywianiu… Nikt nie pomoże ludziom w tym zmaganiu, ludzie sami powinni sobie pomagać, lecz spada to na barki tych, którzy nie mają nic, a wiele potrafią ze swej strony ofiarować! Potrafią dawać nie żądając niczego w zamian! A Wy – psubraty ?! Potraficie kręcić jedynie na siebie baty – to Was nęci – zapisanie się ludziom w pamięci! Jestem zawiedziony postawą mego gatunku – człowieka istoty „mądrej” – Chcę tylko krzyczeć: „RATUNKU” Lecz to nie ja potrzebuję teraz pomocy, a ludzie głodujący…
Maszyny obliczą nam dawki jedzenia –wydzielą racje pożywienia… Świata skupienia chcą w swych złączach… Zawładnąć wolnością i umysłami – wielu jednak pogodzi się z  tą przyszłością, lecz ci nie grzeszą mądrością… Wiele za nich zrobić nie możemy, wszakże myśleć za nich nie będziemy! Do walki się przygotujemy,  działanie buntu rozpoczniemy i będziemy go prowadzić, póki wszyscy nie zginiemy! Może chociaż część naszego celu osiągniemy! Uda się to jedynie wtedy gdy ramię w ramie obok siebie staniemy! Razem po upadku powstaniemy! Jednak o tym czy przeżyjemy – sami zadecydujemy…
    Czytając to powiesz: „Mnie to nie dotyczy, w brednie nie wierzę!” Do wiary nikt Cię nie zmusza… Pytanie tylko czy interes świata Twe serce porusza… Wyjrzyj przez okno i zobacz ile osób siedzi przed komputerami – są oni w większej mierze nałogowcami! Komputery już teraz wpływają na ludzi, maszynom nigdy się to nie znudzi… Możesz się sprzeczać, nie dowierzać i wyzywać mnie, lecz to nie na mnie spadnie odpowiedzialność, lecz na wszystkich Tobie bliskich…
    Mam fantazję i bujną wyobraźnię! – Nie mogę tego zaprzeczyć… Lecz przyszłość przewidzieć nie jest rzeczą trudną… Boli mnie jedynie wizja wszystkich tych, którzy przez brak wolności chudną! Sami nie mają siły się wyrwać z wirtualnej i jednocześnie rzeczywistej sieci! – W głowie mi się to nie mieści… Naszym zadaniem jest oswobodzić rozum ludzki, uniezależnić go od komputera – Wsadzić na siedzenie skutera i wywieść z dala od technologii! Nauczyć takiego człowieka na nowo myśleć, słyszeć i patrzeć na świat – dojrzeć jego piękno… Otworzyć okno do nowego zdrowszego życia!
Są to wytyczne do zwycięstwa naszego… Pytanie jest jedno: „Czy zechcesz nimi podążyć, do walki się przyłączyć”. Być może jeszcze nie jesteście gotowi do tego, aby się „odłączyć” o tego co Was trzyma… Lecz pamiętajcie – im dłużej zwlekać będziecie, tym mocniej będą się w wasze ciała wrzynały macki  technologii… Powrócimy do początków greckiej mitologii – do chaosu który uporządkują maszyny! Nie zrobią one tego jednak bez przyczyny… Staną się bogami – nadadzą nam prawa, których same będą strzec, my zaś będziemy ich podwładnymi, niezależnie od tego jakimi kto funduszami będzie operował… – Nikt nie będzie maszyny sterował! Nikt maszyną nie będzie kontrolował! To maszyna człowiekiem będzie poniewierać!  Nigdy maszyna człowieka nie będzie wspierać – potrafi mu jedynie zdrowie i wolność odebrać…
   Skierujcie zatem wzrok ku naturze, patrzcie na nią choćby przez dziurę w murze! Natura pokaże Wam jak wygląda piękno prawdziwego życia, jest ono do zdobycia! Na wyciągnięcie ręki…  Przyroda jest lekarstwem na Wasze udręki, nie poda wam ręki, lecz da obie dłonie, a nawet całą siebie dla Was poświęci! Jedyne czego wymaga to chęci i opieki o jej dobro…

XII
Walka…

   Toczę walkę na wiele frontów, nie starcza mi czasu na zbudowanie fortów, wychylam zatem głowę jednie z okopów… Nie jest to bezpiecznie rozwiązanie, ale pozwala prowadzić jako takie wojenne działanie… Walczę w imię jakiejś słusznej idei? Walczę dla zatrzymania przy sobie nadziei – „Na co?” spytacie – Na lepsze jutro! Nie walczę o prezydenckie biuro… Walczę o wolność samego siebie, oraz innych mi podobnych… Ciągła podłość przerasta niejednego – spokoju dla takich ludzi pragnę błogiego! Walczę o lepszą przyszłość na tej do cna przenicowanej ziemi… Mam nadzieję iż życie tu się szybko zmieni… – Wystarczy kilka uśmiechów promieni! Walczę o względy dla piękna przyrody, nie chcę ustanawiać nowych kanonów mody, jedynie uczynić coś dla zgody – człowieka i natury! Dla niektórych są to tortury niemiłosierne, lecz serca maja oni zniszczone niezmiernie… Potęguje to moje zwątpienie! – Wątpię w sens prowadzenia wojen, dla nieszanujących tego osób… Obciążających mnie ciągle zarzutami i obelgami… Lecz tak to już jest – człowiek nie doceni drugiego człowieka, gdy ten nie ma z tego jakiś namacalnych korzyści… Mam nadzieję iż ulegnie to zmianie w przyszłości! Lecz nie ma przyszłości bez miłości, tak jak i bez niej nie ma wolności! Lecz od miłości do podłości droga krótka… Cóż człowiek jest w stanie poświęcić dla miłości?!
O prawdziwym uczuciu można mówić wtedy gdy ktoś potrafi być przy drugiej osobie nieustannie, jednocześnie będąc od tej osoby oddalonym, a przy tym od niej uzależnionym – wewnętrznie i intelektualnie! Nieaktualnie jest jednak mówić tak w owych czasach… Dziś miłość przybrała inną formę – Oderwała się od dawnych uczuciowych wzorców, straciła na wartości… Niczym postrzelona kuleje, aby za moment upaść całkowicie, swą niedolę zatopić w rzecznym korycie… Moja mentalność jednak nie pozwala mi przyjąć tej wiadomości. Zatracony jestem w kłamstwie, które w mej głowie gości… Przyjąłem własny ogląd na świat, niczym wariat doszukuję się we wszystkich znaczeń ukrytych, przepełnionych głębią przekazu! Robię to sam, bez czyjegoś nakazu… Brak mi mądrości, aby pojąć otaczająca mnie głupotę, brak mi wspomnianej ów głupoty, by zrozumieć życia nieustanne przewroty…
Dla tego walczę o życia zrozumienie – może to nada mym myślom spełnienie… Czy walka to jest słuszna? – Czas mi jedynie na to pytanie odpowie. Mam nadzieję iż będzie on dla mnie litościwy, wie on bowiem iż człowiek ze mnie mściwy, lecz w żadnym wypadku nie jestem chciwy… Dla siebie o wiele nie proszę! Żadnych dodatkowych praw co do siebie nie roszczę… Całe życie w duchu poszczę, teraz chcę jedynie pełnią sił nabrać szczęścia do płuc, byle nie stłuc przy tym czyjegoś serca! Nie potrafiłbym się cieszyć z czegoś, co zostało stworzone kosztem kogoś… Radość sprawi mi szczęście bliskiej mego serca osoby, nie ważne czy będzie ono związane ze mną, czy też z kimś innym! Widząc ich trzymających się za ręce, to sam się w duchu ucieszę! A moje serce? Walczyć będzie, nie zrozumie ono iż ja nie jestem najważniejszy, ważniejsza jest osoba którą się kocha i to czy jej życie dobrze się układa… A to czy i jak na nas spogląda, to już inna historia…

XIII
Rzeka smutków…

   Rzeka smutków, morze łez i wodospad myśli o Tobie! Tak właśnie niczym kropla będę drążył skały, żył aby do Ciebie trafić! Nie wiem ile mi to czasu zajmie, być może utknę na jakiejś tamie… – Nie do przebycia bramie! Lecz odległość nas dzieląca to nie żadna fosa! Zdaje się na węch mego nosa! – Trafię do Ciebie i żadna osa, żadna kosa oraz żadne ostrza skierowane w mą stronę mnie nie powstrzymają! Żywiołu wody nie zatrzymają! Piaskiem mnie dranie przysypują, lecz krople i przez piasek się przekopują – wszelkie piasku fragmenty nieustannie tratują i drogę do celu sobie torują! Drobne kałuże ślad mej drogi maskują, w świetle księżyca pięknie połyskują… Są niczym rtęć piękne lecz zabójcze, toksyczne wręcz dla nieprzyjaciół… Ale wody krople od pszczół roju Cię ochronią, jeżeli tylko jest wody dostatecznie dużo i Twe ciało pokryje, żadna pszczoła Cię nie odkryje!  
Woda niszczy, woda buduje, czasem rzeźbi, lecz przeważnie Twym decyzjom wtóruje! Woda potrafi wysłuchać , swym szumem jest chętna każdego uspokajać… Swą melancholią upajać, myślom odpowiedni kierunek nadawać… Życie zaś Twe w odpowiednią stronę kierować! Myśli swobodnie odblokować i zastać siebie samego! – Innego, lepiej wykreowanego…

XIV
Pożar sumienia…

   Płonę! Cały się palę… Sumienia mego pożaru nie jestem w stanie ugasić – swego ducha mogę stracić w tym pożarze! Czuję się jakobym był obecny w jakimś koszmarze, w niedomiarze wiem, że  cały się poparzę! Pali mnie wszystko! Płonie duszy mej wrzosowisko… Temperament mój zaognia sprawę! – To nie życie to agonia! Konwulsyjne odruchy mego sumienia zmieniają mój sposób na świat patrzenia! Szukam odosobnienia – najlepszego miejsca do pożaru ugaszenia! Sam na sam z wyzwaniem, zajmę się siebie samego deptaniem! Od wody dzieli mnie kawał drogi, a mnie palą się już nogi! Czuję za to spokój błogi… Cierpień niewiele mi zostało, nie wiem tylko jak długo to ciepło piekielne będzie miotało moją dumą i duchem nieutemperowanym – na porażkę od poczęcia skazanym! Kości trzaskają niczym gałązki w ognisku, właśnie się znalazłem na sumienia mego „trupowisku”!  Nikt nie ucieknie temu widowisku! Nikt też mi nie pomoże! Zostałem sam na życiowym ugorze, o tej najciemniejszej dla mnie porze…  Tak jak pociąg samotny na torze – jadę zerwanymi szynami, w końcu nieuchronnie wpadnę w morze… I tak oto nadejdzie kres mego wewnętrznego pożaru, ale do tego czasu, lecz teraz ciszę przerywa dźwięk hałasu – spowodowany chaosem  słów mych wykrzyczanych, bólu wypowiedzianego – słów człowieka straconego…

XV
Zamrożenie cierpienia…

   Zimno mnie przenika – zmroziło we mnie duszę wojownika, obudziło zaś mentalność cierpiętnika! Idę skrawkiem chodnika, chcę odnaleźć ochotnika, który zrzuci mnie z brzegu krawężnika… Zimno zabiło we mnie uczuć gorących masę, narzuciło nową życia trasę! Podłe to zjawisko w jednej chwili, przy jednym podmuchu – stracić wszystko… Dawnego siebie zagubić, nie móc nikogo polubić – życia swego chwile mogę jedynie cierpieniem okupić… Zimno zmieniło me serce w kamień – nie pamiętam już dokładnego przebiegu zdarzeń… Jest to bryła lodu – stojąca na środku ulicy, czekająca na potrącenie samochodu! W spadku pozostawię kilka oziębłych słów i bilet na pokład statku… A statek ten płynąć będzie daleko! Do krainy w której rządzi wyrozumiały nastolatek… Rządzi on sprawiedliwie, zawsze uczciwie, jednak i lód do jego serca sięga – Wy musicie mu pomóc! Ożywi go wartościowa księga – bo księga to zlekceważona potęga, a tego kto jej nie docenia – szybko kara surowa dosięga!  Nie ucieknie on spod katowskiego miecza, lód tylko na to czeka – szuka sposobów do człowieka w człowieku zabicia! Zatrzymania serca jego bicia… Chłód to wróg nieprzejednany, ciepłem radości i miłości odpychany… Strzeżcie się go! Nie chcecie spotkać się z nim, wolicie uciekać – wiem to doskonale! Nie nadajecie z nim na tym samym kanale, przynajmniej większość z was tego nie robi – większość skupia się na banale i to jest ich wadą! Podążą oni za każdą modą…
Nie czuję już dłoni! – Lecz wiem że i tak nikt mnie nie uchroni przez zgubnym końcem mej podróży – w krainie lodu nie uświadczę żadnej róży, nic tutaj nie położy kresu oziębłości ludzkiej…

XVI
Uziemienie myślenia…

   Widzę zgubność mego dążenia – potrzebuję mych myśli uziemienia… Ziemia przyjmie ich korzenie, obserwować będziemy je mogli w bujnej pomysłów koronie! Drzewo marzeń, drzewo pomysłów – doprowadzi do poruszenia ludzkich zmysłów! Obudzi pragnienie obcowania z naturą, nie przejmowania sią rzeczywistości burą – życiem chudym jak szkielet, ale szkielet ten potrafi odprawić balet nieziemski potem odejść z uściskiem ręki i do końca dnia składać dzięki za uwagę… Jakąż wagę ma przyrody znaczenie? – Ogromne! Do życia jej istnienie jest pożądane! Wszakże nic innego jak przyroda nie wpłynie tak na człowieka, nawet zgoda go tak nie poruszy, nie zmieni jego duszy… Przyroda nie szuka sobie następnego wroga, jest pomocna, bo chce żyć w przyjaźni ze wszelkimi istnieniami! Stworzeniami najdziwniejszymi nigdy nie gardzi! Na dobro człowieka sprowadzi, do zwycięstwa ze złymi nawykami poprowadzi – z innymi istnieniami się naradzi i na problemy ludzkie zawsze cos zaradzi. W swych osądach nigdy nie przesadzi – jest jak matka szczerze kochająca swe dziecię – nie pozwoli skrzywdzić go nikomu na świecie… Ale w zamian wymaga prostych rzeczy trochę opieki i szacunku dla jej pracy! – Jeżeli Cię to męczy, ona to zrozumie i spod swej opieki nie wyjmie!
Matka ziemia – proste słowa, a ich prostota wszystko zmienia… Świata ciekawość we mnie odkrywa, ciekawość też związana jest z tym co od niej mogę dostać! – Miłość – Ale niespotykana w świecie, można ją odczuć gdy położy się na trawie, zamknie oczy, a duchem poczuje się jedność… – Można odczuć w tym niesamowitą przyjemność! Moje myśli nabierają innego bardziej złożonego wymiaru, lecz brak mi zamiaru ich spisania, nie jest to potrzebne – nikt też tego nie zrozumie poza mną i zielenią bogatą w uczucia! To są zbyt głębokie odczucia! Nie potrzeba mi pośród zieleni myślenia – mam zamysł co do nowych drzew posadzenia, starych zaś uleczenia! Nie mam na pomoc uczulenia, w ten sposób jedynie spełnię swe marzenia! Na tym świecie jest jeszcze wiele do zrobienia, lecz mam powód do siebie samego spełnienia i na rzecz tego zamyślenia udaję się do lasów aby pozbyć się wszelakich chwastów – połaci jego obrastających…

XVII
Pełnia pustki…

   Dziwne to zjawisko – być jednocześnie nie istnieć, widzieć świat ale nie móc go dotknąć – widząc szczęście nie móc po nie sięgnąć… Nie jest to nic prócz pustki, ciągle czuję bóle trzustki… A może to ślepa kiszka?! – Może gdzieś zabłądziła? – W końcu ślepa jest nieustannie, lecz ślepoty jej nikt nie wygarnie… Błąka się ona zatem po dziwnej krainie, która ciałem potocznie zwiemy…  – Ślepej kiszce nie pomożemy! Śmiejemy się tylko z jej niedoli, słuchamy o czym wiecznie biadoli, ale drogi nie wskażemy – na wieczną wędrówkę kiszkę skażemy! Ale nie wiedząc o tym z kiszką nasz los ściśle zwiążemy… Jesteśmy ślepi jak i ona, w każdym człowieku dostrzegamy potwora – taka to jest właśnie ludzka zmora! Nie dostrzegamy tego, że sami w sobie chowamy stwora…
Może nie chcemy tego dostrzec? Cóż na to pytanie odrzec… Każdy sam zna prawdę, jak też każdy zna swą największą wadę… A gdy ktoś zobaczy wodę i przejrzy się w jej tafli, to szybko obaczy swe wnętrze! – Pytanie tylko czy osobie tej sił wystarczy, aby przyjąć rzeczy nieuniknione do wiadomości…
Czy osoba taka sprosta prawdy bezpośredniości? Czy człowiek jest w stanie oprzeć się swej podłości i przejść natychmiastowo do wyrozumiałości? Niewielu temu podoła, reszta włoży swój umysł do imadła! – Ale ta grupa już dawno w swym życiu się poddała… Grupa, która wygrała wielkie bogactwa od życia otrzymała! Trwają oni teraz w radości, prawdzie i miłości! – Tylko dla tego, że wytrwałość w ich sercach gości! Spytacie się: „Gdzie ja w tym wszystkim się znajduję?” – Otóż jestem wciąż po środku! Raz z łomotem upadam na samo dno, aby potem się podnieść! Wywindować się na szczyty doniosłości, dosięgnąć szczytu i znów opaść bez powodów do dalszego bytu… Jednak spaść z samej góry to wyczyn dosyć trudny… Pozornie wydawać by się mogło na odwrót… Lecz ci ludzie z dołu czekają na mój powrót! Dam im satysfakcję, uczynię dla nich tę akcję! Ale podczas spadania będę szukał nowych celów, do których będę dążył bez oporów…
    Spełnić me pragnienia jest trudno! Nie opuszcza mnie stan wiecznego roztargnienia – Zła to rzecz, gdy potrzebuję myśli w jednym miejscu skupienia – serca zaś na nowe drogi otworzenia. Chcę uniknąć uczuć stłoczenia, potrzebuję ran głębokich wypełnienia… Są to bardzo proste marzenia – uniknąć z nieszczęściem zderzenia! Ale uniknąć muszę też do siebie samego uprzedzenia – wszakże nie może dojść z mej strony do mych myśli wyprzedzenia i przyszłości podejrzenia… Nie mnie dane jest znać przebieg wydarzeń i tak nie powstrzymam w życiu złych zdarzeń Niezależnie od wierzeń człowiek nie odstąpi od swych zamierzeń… Tak i ja nie zmienię swego zdania! Będę postępował według własnych na świat spojrzeń!

XVIII
Głos rozsądku, a  system porządku…

    Od nieporządku kręci mnie w żołądku! Chaos wdarł się do mych myśli… Darł je na strzępki – podłe są chaosu występki! Ale w chaosie można doszukać się harmonii – grunt by je j nie dostrzec przy przedśmiertnej agonii! Nikt mnie nie goni, zatem chaos rozpracuję bardzo powoli – może do wzmożonego myślenia mnie to skłoni… Myśleć będę z zaciśnięciem obu dłoni – a spoczywać one będą na mej skroni… Może myśli to moje od zbędnego ciężaru uwolni!
Sumienie zaś mi mówi abym zbytecznie sienie trudził – nie rozum a zmysły pobudził, z prawdą się pogodził iż żem się nigdy nie oswobodził… Mówi jeszcze abym myśli swe ochłodził a sam siebie oprzytomnił! – Jest to niewykonalne i bardzo niebanalne – myśli me są niepoukładane! A bez odpowiedniego myślenia nie ma sensu do celu dążenia… Taki oto jest zgubny głos mego sumienia…
W rozsądku nie ma porządku, w ściśle określonym systemie nie ma rozsądku… Nie ma również jawnej granicy między nimi… – Są  wartościami względnymi, w zależności od sytuacji małymi lub dużymi!  Nie można się nimi wzorować, nie można się też na nich ściśle opierać – każdy sam prawdy musi się doszukać, siebie samego tylko na chwile da się oszukać… Można oszukać ciało, można oszukać rozum, ale serca i uczuć się nie oszuka! Oszustwo to nie sztuka! – Jest to jedynie w uporządkowanym systemie luka… Podstępnie w ufności Twej wrota stuka!

XIX
Ból przyjemności…

Słyszę trzask nadłamanej ufności, zatrzymuję się i pytam: „Czy nie zaznam już przyjemności?”… Utraciłem zaufanie do całego świata, doznałem stanu „wewnętrznego mata” – Jedyne rozwiązanie to znaleźć kata! Ale i u kata dostrzegę brata! Może mnie zrozumie, odczyta me myśli przed egzekucją… Ale z jaką spotkam się reakcją? Może topór mu się zachwiać… Lecz nie zamierzam go przez to potępiać – o co innego będziemy się spierać! O to, że źle swym życiem gospodarowałem! – Do śmierci po imieniu zawołałem… Czynu jednak swego nie żałowałem, potępiłem jedynie moją nadgorliwość! Czy kat mnie zrozumiał? – Głową jedyni potakiwał, ze swojego katowskiego fachu pokpiwał… Ze mną się zgadzał… Ale ja jestem łucznikiem, któremu zabrakło strzał – zdezorientowany i zagrożony… Chcę walczyć lecz nie mam czym, nikt mi miecza nie użyczy… Ktoś mi nad uchem ciągle krzyczy! Nie zniosę tego – Zaraz strącę z wierzy dowódcę mego…
    Zostanę wtedy sam, ale samotnie nie dostrzegę szczęścia bram – Obraz z mej głowy wytnę i jakoby mapę wsadzę do wysadzanych diamentami ram! Będę się nim kierował – kursem mej tułaczki sterował! Obym tylko po drodze z sił nie opadł… Bledł z braku należytego odżywienia… Może los uchroni mnie od zbędnego cierpienia, serce porzuci swe pożądania! Lecz nie mogę im zawierzyć, muszę wierzyć w rozum – jeżeli chcę przeżyć! Nie ma innego wyjścia, do szczęścia brak jasnego przejścia…
   Tułaczka moja prędko się nie zakończy, nikt też za mnie mojej drogi nie dokończy! Jestem zdany na siebie, idę przez góry słabości – o suchym chlebie… Wciąż poszukuję Ciebie, może mi się to uda niebawem… Gdy tylko się do Ciebie zbliżam, Ty prędko uciekasz, moim uczuciem się nikczemnie zabawiasz!  Zaprzestań czynów tych niecnych! Nie wykorzystuj przeciw mnie swych kształtów kobiecych! Nie mam siły dłużej się Tobie opierać… Nowe kursy na niespokojnym oceanie emocji muszę obierać! Zawładnęłaś mną, lecz tak nie pozostanie! Czas władzy nade mną jeszcze nie nastanie! Walczyć o swą swobodę będę nieustannie! Mam nadzieję iż szczęście mi nie przepadnie…

XX
Zniszczenia…

    Słyszę jak rozrywana jest bomba za bombą… Jedna kamienica za druga porywana w powietrze… Tam! Na siódmym piętrze! Mieszkał mój przyjaciel… Nie zastałem go dziś w domu… Mnie też w nim nie zastano, nie było do dane nikomu… Z mego serca potwornych czeluści zostałem bezprawnie wyrwany! Rozum mnie zaraz opuści, będę działał instynktownie… Myśleć będę gwałtownie! Nie przyjmę niczego z rozsądkiem – tylko z nowym, ustanowionym przeze mnie porządkiem! Słyszysz?! Wysadzili most! Nie mamy już jak wrócić… Możemy się zbytecznie kłócić, albo odbić to co nam odebrano! Jesteśmy najlepsi! – Podobno – Teraz się wykażmy! Porażkę od planów oddalmy! Strzały nasze podpalmy, granicę ich bólu zbadajmy! Wróg musi cierpieć!
Dosięgnie wroga rychła śmierć… Zostaliśmy sami, sami na tym cmentarzysku – powierzyliśmy nasze życia wosku… I co?! I teraz to od nas zależy czy zginiemy jak należy! Śmierć nasza jest nieunikniona… Jednak przed śmiercią padniemy sobie w ramiona, pożegnamy po przyjacielsku! Potem odwrócimy siew stronę nieprzyjaciela i jego pożegnamy, lecz nie w jego rodzimym języku, a po polsku! Niech wiedzą z kim walczą! Nie osłonią się pod żadną tarczą!
Moja ręka! Dostałem odłamkiem… Co tam ręka! Grunt że głowa cała! Odłamek nie rozciął poważnie ciała… Słyszę jęki rannych, niedobitych – twarzy nie poznaje żadnych… Gdzie jest moja jednostka? Muszę ich odnaleźć, lecz przeszkadza mi przebita ręka i skręcona kostka… Siądę na chwilę, rany opatrzę! Wroga nie ma w pobliżu… Zapewne dorwał się do spichrza i myszkuje w zbożu!
   Zaraz kto to?! Widzę jakiegoś mundurowego przy pręgierzu… Strój jego ciemny jest niczym woda w morzu… Krzyknę, może zrozumie… Lecz pistolet będę trzymał w pogotowiu! Nie będę na wroga żałował ołowiu… Ale teraz nie mogę tracić spokoju!  – Hej człowieku! – Odwrócił się znaczy ze usłyszał! Ale zaraz czemu broń do ramienia przystawia, kroczy w moją stronę… To nie rodak! Nie odezwał się ani słowem! Strzeliłem…  Nieprzyjaciel zrobił kilka kroków upadł i już tylko charczał…  Wypluł trochę krwi…
    Dobrze postępuję – tak mi coś mówi – lecz ja sobie nie wierzę! Czy należała się śmierć ów żołnierzowi? Teoretycznie podczas wojny śmierć należy się każdemu nieprzyjacielowi… Ale to jest wbrew prawą natury! To nie człowiekowi dane jest odbierać życie, przelewać krew ludzi mniej lub bardziej winnych! Ale teraz zginął człowiek o nieprzyjaznej, wręcz wrogiej twarzy i oczach piwnych…
Myśli tajemnicą owianych nie zrozumiem, rozkazów mi przekazanych nie zdradzę – lecz czy przy torturach sobie poradzę? Trzeba iść! – Nie ma rady… Zewsząd otaczają mnie wrogie gady, co nie zaprzestały miasta ostrzeliwać… Nie ma kto im się sprzeciwiać… Poległem wraz z mym honorem – ale czy to nie jest mej zguby pozorem? Zali żyję jeszcze, polegli póki co liczni wieszcze… Zacni to byli przyjaciele, było ich tak wiele… Teraz jedynie garstka się ostała – reszta w forcie stworzonym z własnych tworów przepadła! Tam czują się bezpieczni! – Nie czują tego jedynie ich podopieczni…
   Czym jest fort z papieru? – Niczym! Możesz szukać  jego upadku przyczyn, lecz ta jest jedna – dobrze wszystkim znana… Fort potrafi zniszczyć przechodząca nieopodal młoda i piękna panna… I tak oto rozpoczyna się toczona przez nią ofensywa – dobrze ona pływa, więc przez fosę się przeprawi… Słyszę hałas spowodowany odlotem stada żurawi – I w moich myślach coś chce uciec, coś się wali – w sercu zaś płonień miłości za moment się zapali…
Syndrom sztokholmski – to dziad pieroński! Zakradł się niespodziewanie, spowodował w nieznajomej zakochanie – lecz miłość to nie moje powołanie… Szczególnie teraz gdy wszystko się  posypało, spokoju na moment nic mi nie przywiało! Dręczy mnie ostatnio jeszcze więcej pytań niż zazwyczaj! Dziwny jest mój obyczaj – na pytania poszukiwanie odpowiedzi, lecz do czego to prowadzi?
    Z czym ja tak naprawdę walczę? Kim jest ów najeźdźca? Wiem jedno – serce me niczym owe miasto – zniszczone jest doszczętnie przez miłości bombardowania… Przybrało to formę dziwnego opowiadania… Lecz nie tylko miłość mnie atakuje! A osoba która mnie nią torturuje! Jest to uczucie zbyt czyste, zbyt piękne abym na nie zasłużył…  Zatem miotam się jak opisany żołnierz – poraniony i samotny, do zwierzęcych zachowań zmuszony… Teraz jestem niczym śliwka – zewnętrznie i wewnętrznie ususzony! Dziwna to rzecz – uciekać od miłości jednocześnie do niej dążyć – miłością darzyć drugą osobę, lecz nie móc ścierpieć jej miłości do mnie… Może to przez to, że wiem jakie będą uczucia tego konsekwencje – wiążą się z tym liczne prewencje! Nie mogę pozwolić aby moja słabość do Ciebie przerodziła się w karę! Wierz mi, wypijesz tej goryczy czarę, niepotrzebnie całkiem – ja nie jestem człowiekiem – jestem niczym pusty orzech – z zewnątrz twarda skorupa, lecz w środku niewypełniony, nawet rzekłbym skamieniały i bezuczuciowy! Czy takiego mnie pragniesz?! Sama najlepiej to wiesz… Potrzebujesz ciepła i miłości, których ja Ci dać nie mogę – jedynie jako najlepszy przyjaciel zawsze Ci pomogę, doradzę… Ale w życiu Ci ani raz nie zawadzę! Do lepszej przyszłości –beze mnie – zaprowadzę…

XXI
Górska przeprawa –
Na koniec świata wyprawa…

    Widzę piękno wznoszącej się przede mną góry! W myślach jedynie tworzy mi mury, bariery – lecz przeprawy nie odwlekę! Na sam szczyt się dowlekę… Sam na sam z naturą, uciekam przed maturą! Nie zależy mi na tym czy ktoś uważa mnie za dojrzałego – a tym bardziej zwykły świstek papieru o tym nie przeświadczy! Każdy swa dojrzałość obaczy gdy na szczycie góry w dół popatrzy… Raz! Dwa! Trzy! – I teraz dochodzi do przełomu – Góra okazuje się kupą złomu… Nic nie znaczącą stertą kamieni, która niczego nie zmieni… – Czemu tak człowiek płytki pomyśli? Ponieważ brakuje mu powietrza zanieczyszczonego, na łonie przyrody zmieniło się jego ego… Dotknął krańca świata – samego siebie, a to go przestraszyło, a nawet zgubiło! Nie był gotowy aby swój świat na lepszy zmienić – całe zło w sobie potępić…
Gdy jest się zmęczonym, lecz jednocześnie zauroczonym, gdy jest się na szczycie i wie co znaczy życie – oznacza to, że przyroda nawróciła, zmysł życia przywróciła – serce ze złych przeżyć wyczyściła… Tak wygląda piękno świata niepowtarzalnego, lecz przez rozwój ludzi zanieczyszczonego… Zielonego lecz zaniedbanego…

XXII
Ptak…

   Runąłem na kamienie po długim szybowaniu… Oddałem się rozkosznemu spadaniu…
Serce me miłością do Ciebie było wypełnione, lecz Ty tej miłości pozwoliłaś zginąć… Ból towarzyszy mi niesamowity… Teraz leżę – JA – ptak rozbity… Roztrzaskałem się przy uderzeniu – nikt nie podoła mych myśli ugaszeniu… Uczucia już zanikły! Zmilkły one na wieki – teraz samotność przed śmiercią pokochałem, a i z ową kostuchą –siostrą przyrodnią – na nawo się zbratałem… Gniazdo me porzuciłem, nikomu w spadku go nie pozostawiłem – samą myślą odejścia się cieszyłem, lecz wiem czym to odejście się skończy… Zjadłem stos kwaśnych pomarańczy, a smutków się nie pozbyłem!  
  Drogę męczącą przebyłem, po tygodniu od uderzenia ożyłem… Tak… Wróciło do mnie życie, ale jakieś inne – co było temu winne? Upadek, czy może coś większego? Głębszego w swych korzeniach… Może to że całe me życie spoczęło na marzeniach – a teraz zostałem z nich nikczemnie wyrwany! Człowiek ze mnie narwany, realista nieprzebrany – Leciałem twardo, stąpałem jeszcze ciężej – bez marzeń nie będzie mi lżej, tak jak ma być… Pełnym realizmem chcę żyć – chcę być pewny tego co mnie czeka, lecz jest to temat rzeka – niekończący się!
   I tak oto dostrzegam że i mój lot nigdy się nie skończy, nie chcę jednak wiedzieć jaki czyn metę uwieńczy… Co się kończy a co się zaczyna? W czym leży mojego potępienia przyczyna? – Nie wiem, nie odpowiem sobie, jedyne co teraz zrobię – to jako zranione pisklę powierzę się Tobie…

XXII
Ucieczka rymów
Ujrzenie nostalgii przypływów…

    Coś dziwnego się stało – nie odpowiem, wszakże sam odpowiedzi gubię… Znikają też i rymy, ale dokąd się wybrały? – Tego też nie wiem – Nie wiem zbyt wielu rzeczy, ma niewiedza zbyt ogromną się stała… Rozbiłem się o ostre brzegi skał głupoty! Nigdy już nie będę taki jak dotychczas, nigdy nie będę już sobą… Zawsze będę odbiegał od pierwowzoru, będę siebie klonował, lecz to będą nieudolne próby odnalezienia właściwego „ja”

Nigdy tego nie czytałem – po co?
Szczęście swe już odnalazłem

Ale na ironię… Przeżyłem wiele ciężkich chwil za młodu, nigdy nie miałem lekko – kto mnie zna ten potwierdzi – a zniszczyło mnie coś tak niewinnego, tak błahego… Przeżyłem wielki upadek, bolesny upadek – kto mnie zna ten potwierdzi -  piłem dzień po dniu, bez ustanku… Na samym dnie będąc zrozumiałem – że trzeba wstać. Czemu wstawiłem ten tekst? Bo ostrzega – może kogoś ostrzeże, by z dystansem podejść do wszystkiego… Czemu wstawiam ten tekst? Bo ja swoje szczęście – prawdziwe szczęście odnalazłem, a owy tekst jest pomnikiem dawnego mnie – teraz jestem inny… Czy lepszy? Czy gorszy? Kocham szczerze i jestem szczerze kochany – niczego i nikogo więcej nie chcę, prócz właśnie miłości do mojej Joanny

Kto mnie zna ten potwierdzi – jestem już szczęśliwy i nikt mi tego szczęścia nie odbierze

Krew, wapiry, pielęgniarki…

   Dzisiaj zrobiłem to, czego nie robiłem przez długi czas… Chodziło mi to po głowie, nie powiem… Nie, nie wypiłem niczyjej krwi, a mógłbym! Pielęgniarki też nie zabiłem! Zrobiłem coś innego. Nie będzie to przechwalaniem się, a raczej zachętą dla innych.

wampir
    Do czego więc dzisiaj doszło? Wybrałem się oddać krew – powiem już na wstępie NICZEGO NIE ŻAŁUJĘ! Planowałem oddać krew odkąd skończyłem 18 lat, trochę czasu minęło nim się jednak zdecydowałem na przerodzenie myśli w czyn. „Zdecydowałem” jest tutaj złym słowem, wszakże zdecydowany byłem już wcześniej, ale wciąż mi coś wypadało. Teraz mam do siebie pretensję o to, że wcześniej już nie oddałem krwi.

   Otóż byłem tak zaciekawiony jak to wszystko się odbędzie, że zamiast wejść do przychodni, to wszedłem do ośrodka adopcyjnego. Myślę sobie „no no, ciekawe miejsce na miejsce poboru krwi”… Patrzę się na tabliczki oznaczające szereg drzwi, jednak nigdzie nie udało mi się dostrzec punktu krwiodawstwa… Zapytałem się o drogę jakiejś kobiety patrzącej na mnie ze sporym zdziwieniem. Powiedziała żebym wyszedł przed drzwi i skręcił w lewo… Te słowa okazały się zwodnicze! Wychodząc z ośrodka adopcyjnego wparowałem jak gdyby nigdy nic do magazynu aptecznego… Tutaj też wyszła mi na przeciw zdziwiona pani z zapytaniem czego szukam w jej magazynie… Miałem ponownie wyjść i owszem skręcić w lewo dopiero za przystankiem autobusowym… No nic, wszedłem do przychodni (tym razem już we właściwe miejsce) i pierwsze co się rzuca w oczy podczas zwiedzania przychodni – to kolejki oczekujących na przyjęcie przez lekarzy… I tutaj musiałem się trochę pokręcić szukając punktu poboru krwi. Z tym poszło szybciej, wszak TAKICH drzwi nie sposób było przegapić. Oszklone drzwi z wielką czerwoną kropelką, oraz to co za nimi…

…Następna kolejka.
kolejka
     Pierwszy etap to rejestracja odbywająca się na podstawie dowodu. Etap trochę trwa ponieważ pielęgniarka wpisuje wszystkie dane bardzo skrupulatnie. Zaraz po tym wydaje ankietę dotyczącą przebytych w ostatnim czasie chorób, brania narkotyków, uprawiania seksu, uprawiania seksu z partnerami chorymi… I tak dalej i dalej. Podczas wypełniania ankiety zostałem wezwany na drugi etap… Teraz uwaga – wszystkim nieletnim zarania się czytać dalej!! Otóż co tam mnie czekało… Zostałem ukuty w palca! Swoją drogą bardzo ciekawy element, spodziewałem się czegoś bolesnego, a to było tylko takie pstryk i już (Maszynka zwalniała igłę w sposób pół automatyczny – ta wbijała się w palca a sam przyrząd trafiał do odpadków biologicznych). Potem ta sama pani nabierała krew na płytkę w celu szybkiego jej przebadania. Zostałem zwolniony i mogłem już w spokoju dokończyć swoją ankietę. Trzeci etap to wizyta z ankietą u lekarza. Ten badał ciśnienie, chwile ze mną porozmawiał pogratulował odwagi i powiedział, że śmiało mogę oddać krew. Już od tej chwili czułem się wyróżniony… Wiedziałem, że za moment zrobię coś, dzięki czemu przyczynię się do uratowania czyjegoś życia. To bardzo ważna myśl – bardzo motywująca do oddania krwi. Czwarty i ostatni etap to wspomniane właśnie oddanie krwi. Nakazano mi umyć ręce i zdezynfekować je specjalnymi preparatami (jedną rękę – ale jak mogłem to czemu nie miałem zdezynfekować obu?!). Czułem się jak chirurg przed operacją… I zostałem zaproszony do wspaniałego, miękkiego fotela. Wspaniale się na tym leżodziało  (nie wiem, czy jeszcze siedziałem, czy może już leżałem – dlatego taki wyraz leżodziało). Nogi miałem dość wysoko zaś całe ciało było wygodnie oparte w pozycje półleżącej. Ręce oparłem na podłokietnikach i tak o to czekałem na woreczek. Prawie jak przy oddaniu moczu tylko lepiej! (No chyba że ktoś sobie sika po rękach to w takim razie będzie kiepskim porównaniem…) Worek został umieszczony w maszynce kołyszącej, wielka gruba igła przebiła wybrzuszoną żyłę przy zgięciu ręki… Nie bolało to nawet, tylko głupim jest uczucie posiadania ciała obcego… Krew wypełniła gumowe okablowanie i trafiła wpierw do mniejszego woreczka. Z niego właśnie krew była wyciskana niczym soczek do małych probówek, w celu poddania dalszym testom mojej krwi. (Swoją drogą podobno za takie badanie płaci się 500 zł, podczas oddawania krwi jest robione za darmo i do tego o wszelkich nieprawidłowościach informuje się dawcę telefonicznie – ile w tym jest prawdy, tego nie wiem…)Krew po znalezieniu się w czterech probówkach została oznaczona, a przy jednej części kabla pani pielęgniarka jakby coś połamała – słyszałem trzask… Było to konieczne do przelania krwi do zbiornika głównego. I tak oto musiałem czekać aż upłynie blisko 7 minut – tyle czasu trzeba było bo napełnienia worka. Potem kazano mi usiąść i powiedzieć jak się czuję – tutaj pozwoliłem sobie na drobny żarcik… Powiedziałem tak – ” Proszę pani, wszystko byłoby całkiem dobrze, gdyby nie widok wampira przed moimi oczyma!” Czemu tak? No ponieważ gdy już usiadłem,  to pierwszym co zobaczyłem,  był naklejony na drzwi wampir z ociekającymi krwią kłami… Ci to mają poczucie humoru… Tak przyszło mi wstać i odebrać mój dowód razem z upominkiem! Otrzymałem pakiet 9 czekolad (2 gorzkie, 2 orzechowe, 2 bakaliowe, 2 kokosowe i jedną śmietankową), oraz smycz do kluczy z napisem Twoje krew-Moje życie. Wszyscy przyjezdni otrzymują jeszcze 13 zł za przejazd (niestety mnie ten zaszczyt ominął, wszak jestem bezpośrednio z miasta). Dalej to już nic tylko grzecznie się ukłonić i wyjść.

   Jak się czułem zaraz po oddaniu krwi? Tak jak wcześniej! Pełen sił, tylko o jakieś pół kilograma lżejszy… Oddałem jedną jednostkę krwi – to jest 450 ml + materiał do probówek (czyli około pół litra), następne oddawanie krwi odbędzie się najwcześniej za dwa miesiące. Teraz kilka godzin po oddaniu czuję się dalej bez zmian. Tryskam energią, i cieszę się z tego co zrobiłem.

To nie boli, a mogę przyczynić się do uratowania życia,
To nic nie kosztuje, a ktoś może bardzo wiele zyskać,
Czy Ty oddajesz krew?
Jeżeli nie, to gorąco polecam!

   Aaaa i bym zapomniał – każdemu pracującemu przy oddawaniu krwi przysługuje odrębne płatne wolne, oraz każdemu uczniowi dzień wolny od szkoły. Nagrody za oddawanie zmieniają się co jakiś czas, jednak nagroda główna jest stała – czyjeś uratowane życie…

krew

Kilka dziwnych sytuacji… cz.2

    Ostatnio mówiłem iż czasem w tym temacie przekroczymy granice dobrego smaku czyż nie? No to właśnie dzisiaj nastał czas przełamania Twojej psychiki! OSTRZEŻENIE!! : Jeżeli nie masz mocnego żołądka oraz spokoju czy zrozumienia przestań czytać natychmiast – dalej będzie już tylko gorzej (oczywiście tylko w tym poście). No cóż… Jesteś gotowa bądź gotowy? Rozsiądź się wygodnie w fotelu, popcornu Ci nie dam z obawy przed szybkim jego zwróceniem… I przygotuj się na…

gacie

     Jak wiadomo internet to niebezpieczne miejsce… Już pomijam istnienie w nim takiego mnie – chodzącej chamskiej bomby zegarowej. Internet to złe miejsce pełne zboczeńców – pomijam również w tej chwili siebie samego rzecz jasna! Tak… Mogłem się przekonać, że są ludzie bardziej zboczeni, mający bardziej skrzywioną psychikę od mojej (a to wydaje się dla Ciebie nieprawdopodobnym już teraz!). Ale co się stało? Wolę nawet tego nie wspominać… Siedzę sobie na zwykłym czacie o ogólnym temacie, każdy gada z mim chce i o czym chce, napisała do mnie pewna dziewczyna, być może kobieta… Do tej pory wszystko byłoby normalne gdyby nie fakt iż chciała ze mną handlować – no dobra dobra, handel też jeszcze ujdzie – gdy ktoś chce sprzedać NORMALNE rzeczy!! Całe zajście po przywitaniu wyglądało tak, że wspomniana wyżej osoba starała się mi sprzedać swoje trzytygodniowe (noszone dzień po dniu jak podkreśliła) gacie, które były częściowo osrane i brudne o kobiecego śluzu… Z nieukrywanym oburzeniem i obrzydzeniem zarazem spytałem po co mi takie coś – wszak wtedy jeszcze nie podejrzewałem tego co mi odpowie! Tak, a odpowiedź była jedna: No jak to po co? Żebyś mógł je oglądać i wąchać… Teraz takie fetysze są modne!  – Tutaj się załamałem, myślałem iż ludzie uprawiający sex w końskich maskach to przegięcie… Widocznie człowiek uczy się całe życie… Ale teraz wspominam to ze śmiechem, bo wraz ze wspomnieniami przychodzi mi do głowy pewien morał wynikający z owej sytuacji:

  Noś gacie przez trzy tygodnie dzień po dniu – potem je po prostu sprzedaj i kup sobie czyste by znów na nich zarobić… Istne perpetuum mobile!

Tak w roli wyjaśnienia – żeby wyzbyć się niepewności z Twojej strony – nie, nie byłem zainteresowany zakupem i nie, nie zakupiłem tego jakże kolekcjonerskiego towaru!!

Wniosek jest jednak jeden – my ludzie, dosięgnęliśmy teoretycznie szczytów rozwojowych, a tak naprawdę stoczyliśmy się na samo dno

Kilka dziwnych sytuacji… cz.1

    Zapewne każdemu, nawet Tobie – przydarzyło się mnóstwo dziwnych sytuacji… Ja jednak jestem chyba chodzącym dowodem ich prześladowań! Tutaj przykładów mógłbym wymieniać całą masę, i zapewne ten wątek będę kontynuował jeżeli tylko poprzypominam sobie co trzeba. Nie zawsze będzie to dla Ciebie śmieszne, nie zawsze będzie miało dobry smak – sam jednak podczas wspominania owych faktów śmieję się, niekiedy nawet do łez… Ale jak wcześniej wspominałem moje poczucie humoru odstaje od normy. Nie ma co dłużej wprowadzać w ten temat, przecież wiesz wystarczająco, teraz biorę się do opowiadania!

sklep

     Całkiem niedawno, bodaj ze trzy miesiące temu (w przybliżeniu mówiąc), szukałem prezentu na osiemnastkę – był on upatrzony, wiedziałem co chcę nabyć… Niestety nigdzie nie było poszukiwanej przeze mnie rzeczy! Przeszukałem wszystkie kwiaciarnie, na allegro było za późno (wszystko zawsze zostawiam na ostatnią chwilę), ostatnim ratunkiem był sex shop w moim mieście… Cała sytuacja wydała mi się już wtedy komiczna – zawsze ze znajomymi byliśmy ciekawi jak jest we wnętrzu takiego sklepu, ja swoją ciekawość zaspokoiłem nie wiem jednak czy mnie ta wiedza zadowoliła, czy też przeraziła… Wracając jednak do mojej wyprawy – schodzę do piwnicy, drzwi otwiera dziwny z wyglądu facet… Rozglądam się i rozglądam- na półkach leżą sztuczne penisy, na ścianach wiszą erotyczne stroje, gdzieś w kącie walają się płyty z pornosami, pod sufitem wiszą bicze pejcze i kajdanki… Normalnie bym rzekł – dla każdego coś miłego – jednakże ograniczę się do zwykłego NIGDY WIĘCEJ! Ekspedient jednak zapytał się mnie czego potrzebuję, no to ja grzecznie stanowczo i bez strachu w głosie mówię:
-Poszukuję kości miłości, tylko tej wersji mniej perwersyjnej, to ma być prezent na osiemnastkę dla koleżanki i nigdzie go już nie ma…
-Dobrze, zaraz poszukam, bo pamiętam, że było to gdzieś tutaj, ale na urlop wyjechałem i nie wiem czy dalej to mamy na składzie. – Tutaj zajął się szukaniem, jednak po chwili dodał – Nie ma tego, no niestety… Ale może jakąś bieliznę pan jej kupi, przecież to też fajny prezent, nie mówię tutaj o jakiejś zboczonej tylko zwykłej zmysłowej czarnej albo czerwonej…
- Nie! Bielizna odpada! Nie wiem jaki rozmiar kupić to raz, dwa za słabo się na takie rzeczy znamy, to niech pan mi czegoś innego poszuka!
- Może coś z tego? – Powiedział wskazując na półkę ze sztucznymi penisami…
- Nie. Odpada… A to czym jest? – I wziąłem do ręki słoik z „musztardą”
- Proszę otworzyć, może to pan weźmie?
    Tutaj odkręciłem słoik, a z niego wyskoczył wprost na mnie penis na sprężynie – myślę sobie „z braku laku dobre i to” – biorę! I teraz chyba najlepszy motyw, wychodzę już z tej piwnicy „przyjemności”, a może raczej rozkoszy rzec powinienem… No dobrze dobrze, wychodzę już, jestem na powierzchni – a sprzedawca za mną krzyczy „dobrej zabawy!!!” Ludzie w pobliżu się zatrzymują, gapią jakbym nie wiadomo co w tym sklepie nabył – tutaj moja duma poszła na wczasy i musiałem wracać cały czerwony na pysku…  Radzę wszystkim i każdemu z osobna – nie łaźcie do takich miejsc, no przynajmniej nie w dzień…

Było trochę wstydu, ale też masa zabawy – nie było źle!

Za błędy przepraszam, ale z rana nie jestem do końca przytomny.

Wpis specjalny!! Z okazji zerowej liczby czytelników…

    Taki można by rzec blogerski żarcik ode mnie – zapewne swym poziomem i kunsztem nie powali ale zawsze coś! Trzeba się cieszyć z małych rzeczy, a ta niewątpliwie wielką nie jest – i taką nie będzie – wszak czymże jest to zero? Niczym! Gdyby to była chociażby jedna osoba… Wtedy to by jeszcze było dla kogo pisać, a tak to póki co tworzę podwaliny dla tego bloga jednocześnie pisząc z samym sobą! Zakrawa to na pewne objawy jakiejś psychicznej choroby, no ale trudno! „Tylko wariaci są coś warci” Z tym tekstem nawet nie ma co dyskutować, powiem więcej! Bezpośrednio tyczy się mnie, no dobrze dobrze, w pewien sposób (chociaż…).

Skoro już mam zaszczyt pisać ze sobą, to jeszcze pozwolę sobie życzyć jak największej liczby czytających, mnogości tematów i przede wszystkim humoru! Ba! Jeszcze dalej pójdę w mych zamysłach i potykając się o niemałe obłąkanie zmuszę siebie do przyjęcia owych życzeń i złożenia serdecznych podziękowań, rzecz jasna sobie samemu! Tylko gdzie ja do cholery położyłem swój prezent z tej właśnie okazji? No nic, potem go sobie wręczę, o ile tylko przezwyciężę lenistwo i zechcę go poszukać…

O! Znalazłem! Jeszcze raz dziękuję sobie – być może w przyszłości podziękuję Tobie czytelniku lub czytelniczko