Pisane gdzieś tam na boku

Cyganie, złodziejstwo, pieprzeni domokrążcy…

No cóż, ten temat sam się przypałętał przez ostatnie wydarzenia… Można go wykorzystać, bo i tak chyba nie mam nic ciekawszego. Nie ma co czekać, trzeba pisać, ponieważ sprawa wydaje się być w mojej ocenie dość ciekawa.
cygan

Idąc na targ zawsze napotykam grupę cyganów. Klęczą tylko niemalże szarpiąc nogawki od spodni błagając o pieniądze… I nie byłoby w tym nic zabawnego, gdyby nie pewien fakt – mianowicie jest to jedna rodzina rozciągnięta na drodze od centrum po bramy targu… Od babci która prosi o pieniądze za modlitwę, przez ojca rodziny rzekomo kalekiego (kalectwo u tych rumunów to pojęcie względne) i matkę z niemowlakiem na rękach, wyróżnić można też dziewczynę z gimnazjum, aż po dzieci w wieku „podstawówkowym” – które także klęczą w sposób taki, by żaden wchodzący lub wychodzący z targu nie mógł przejść nie zauważając ich… Klęczą tylko i krzyczą „daj! daj!” – ręce zdrowe mają to niech skarpetki na drutach dziergają, a nie… Ktoś powie iż lepiej jest jak klęczą sobie i żebrają, niż żeby mieli kraść! Fakt, zgodziłbym się, gdyby było właśnie tak… Ale te cholery do południa żebrają, a popołudniem kradną! Dzieciaków mają tyle naklepanych, że mogliby spokojnie przedszkole prowadzić…  Rozumiem oburzenie części osób, która to czyta – jednakże zaraz dojdziemy do czegoś jeszcze bardziej interesującego więc proszę o spokój! Na spełnienie moich słów nie musiałem czekać! Faktycznie popołudniu zadzwonił domofon, w słuchawce dało się słyszeć tylko „Moja siostra! Pomocy! Ratunku!”, dalej słuchawkę wypełnił tylko trzask i szumy. Sam nie wiem dlaczego – ale odruchowo otworzyłem drzwi na klatkę… Dla ciekawości spojrzałem przez judasza by zobaczyć czy nikt nie idzie… A tam co? Ta cyganka z targu, która chwilę temu żebrała teraz przyszła pod moje drzwi… Otworzyłem je, prosiła o wodę dla siostry, która ma padaczkę (sic?) – raczej woda, by je nie pomogła… Ale jestem przecież miłym człowiekiem prawda? Zawołałem mamę i poprosiłem ją, by nalała szybko wody do butelki. Dziewczyna stałą oniemiała – liczyła iż odejdę od drzwi i tym samym ona będzie mogła zabrać jakieś rzeczy z przedpokoju (ludzie bardzo często- w tym ja także- trzymają portfel w sionku/przedpokoju żeby nie zapomnieć go idąc na zakupy)…  Nie wiedziała co ma robić, czekała jeszcze chwilę póki nie usłyszała odkręcanej wody – wtedy szybko zaczęła uciekać krzycząc do kogoś na dole „uciekamy, nic z tego!”. To jest właśnie wdzięczność za chęć okazania pomocy. To cygańskie kurestwo, bo inaczej tego nie można nazwać, jest cholernym wrzodem na dupie! Nawet zaraz po tym zdarzeniu pomyślałem sobie „wot paranoja… cygan w domu piniędzy brok”… Nie mówię, że tylko cyganie tak postępują, kradną czarni, kradną żółci, biali, politycy. Jednakowoż bezspornym jest iż najczęściej da się słyszeć o kradnących cyganach – ja sam znałem tylko jedną osobę narodowości romskiej, która była w porządku, a cała reszta to pieprzeni złodzieje (lub chodzące przekręty)…
Czasy mamy takie a nie inne, to nie podlega dyskusji – ale złodziejstwa nienawidzę! Potępiam wszystkich, którzy się do tego posuwają…
cyganka

Teraz w ramach poruszenia tego tematu przedstawię kilka najczęstszych sposobów wykorzystywanych przez kradziejów chodzących po domach:

1) Sposób na sprzedaż zasłon/dywanów/koców – Działanie na trzy osoby – dwie wchodzą do domu rozkładają materiał celem przedstawienia go klientowi i wtedy dziecko po cichu wchodzi do najbliższego pokoju plądrując go. Dwie panie tak długo będą obracały i zagadywały ofiarę, póki dziecko nie opuści domu – wszystko zaplanowanie jest czasowo. Działają przez około 5-10 minut by dać czas na kradzież czegoś drogocennego. Potem jak łatwo się domyślić uciekają tak szybko jak przyszły.
2) Sposób na” karteczkę” – Przychodzi młoda osoba dość śpiesząca się, prosi o kartkę i długopis, lub o napisanie kartki z pewną informacją – argumentując to pilną sprawą do sąsiadki z góry, której teraz aktualnie w domu nie ma, jak też i nie ma z nią kontaktu, ale informację musi otrzymać. Dlatego gdy osoba odchodzi chcąc pomóc wtedy złodziejka/złodziej woła drugą osobę i wchodzą do mieszkania poszukując portfeli/ kluczy/ cennych rzeczy… Działanie wymaga precyzji – przecież znaleźć coś i napisać nie zajmie więcej niż 2-4 minuty! W tym czasie zdążą ukraść co trzeba, okaże się też iż kartka była niepotrzebna…
3) Sposób na stary piecyk gazowy – przychodzi ktoś rzekomo z gazowni i na chama wlatuje do łazienki oglądając piecyk/bojler informując iż jest to stary model, a gazownia ma podpisane umowy z firmami tanio wymieniającymi piecyki na nowe (ale piecyk ten nie jest ani nowy, ani tani – można zatem zapłacić do 7000 zł za  starego grata tylko lekko odnowionego). To też jest forma naciągania i kradzieży jednak nie tak perfidnej jak w przypadku wtargnięcia do domu i zabrania czegoś. Tutaj jest bardziej kradzież poprzez oszustwo.
4) Sposób na abonament telefoniczny/kablówkę/itp. – Wszystko odbywa się jak w punkcie 3). Dochodzi do pośredniej kradzieży tudzież wymuszenia.
5) Sposób na „hardcora dwuosobowego” – Jedna osoba zagaduje właściciela domu, druga wchodzi do domu przez otwarte okno/tylne drzwi/ kurwa choćby i przez komin! Nie ważne! Jesteśmy zagadywani a ktoś spokojnie sobie plądruje nasze domowe zaplecze… Słyszałem o częstych przypadkach trzymania pieniędzy w kuchni (np. w słoikach czy pustych opakowaniach po płatkach).
6) Sposób na hardcorową rodzinkę… – To już jest sposób totalnie wyjechany w kosmos!! Twój dom jest obserwowany dłuższy czas - najczęściej w nocy lub gdy nikogo nie ma dochodzi do włamania i łupienia całego domu – nikt nawet nie zdąży policji wezwać – bo złodzieje będą wszędzie! Co ciekawe… Złodzieje nie porywają się na domy ubogie, lub przesadnie bogate – w tych pierwszych nic nie ma, a tych drugich nie złupią przed przyjazdem policji czy firmy chroniącej dom! Dlatego na cel wybierają domy pospolite – „średniaki”.

Pytania tematu:
Kto najczęściej jest okradany?
Wykorzystuje się przeważnie ludzi starszych – bardzo ufnych i pomocnych, których łatwo można okraść/oszukać. Wykorzystuje się też pomoc dzieci – np. gdy dziecko otworzy drzwi (i siedzi samotnie w domu), wtedy złodziejowi już wiele nie trzeba…
Jak zatem należycie chronić się przed złodziejami?
Nie ufać zbytnio, korzystać z judasza przed otwarciem drzwi jak też dodatkowo zabezpieczyć się łańcuchem w drzwiach z grubym ciężkim do przesunięcia mechanizmem blokującym. Trzeba też pamiętać, by nie oddalać się od drzwi przed ich zamknięciem. Zainwestować też można w alarmy – ale to kosztowna zabawa…
Gdzie szukać pomocy w razie kradzieży?
Nie łudźmy się… Policja wiele nie zdziała. Szukanie złodzieja to jak szukanie igły w stogu siana (chyba, że dany złodziej jest już policji znany i go rozpoznamy na zdjęciach) Zarzutów jednak dużych nie będzie – szczególnie teraz po zmianie przepisów… O odzyskaniu pieniędzy tym bardziej nie ma co mówić! Zarzuty nawet jak się pojawią to i tak tylko zawiasy bądź niewielka kara pieniężna/pozbawienia wolności. Pomoc udzielić nam mogą tylko przyjaciele czy rodzina – np. pożyczając trochę gotówki na przeżycie miesiąca…

 telewizor

 UWAGA!! Jeżeli uważasz, że jestem nietolerancyjną osobą – to fakt, masz rację! Jestem nietolerancyjny szczególnie dla złodziei!
Wszelkie zastrzeżenia, lub spostrzeżenia proszę kierować w komentarzu. Jeżeli też byłeś/aś świadkiem bądź ofiarą kradzieży w jakikolwiek sposób – również proszę o podzielenie się tym :)

Załamanie pogody – czyli piękna wiosna w styczniu

   pogoda
Ciekawe i jednocześnie straszne zjawisko ma miejsce tej zimy. Załamanie pogody w sposób nieoczekiwany zagraża zwierzętom, roślinom i ludziom… Jesteśmy pozbawieni jakichkolwiek większych mrozów czy opadów śniegu. Gdzieniegdzie popada i zaraz owy śnieg znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, to ma znaczące konsekwencje. Rośliny potrzebują przymrozków, tej śnieżnej pierzyny by mogły odpowiednio wyrastać, ale jej brak powoduje przedwczesny wzrost i niewyrastanie w pełni. Ostatnio idąc do szkoły zauważyłem kwitnące stokrotki! Trawa jest zielona, zobaczyć też można iż nawet drzewa mają liście. Ptactwo już pomału odlatuje, ale ze dwa tygodnie temu obserwowałem jak leciały w jedną stronę od rana by wieczorem wrócić w to samo miejsce. Niektóre zimujące okazy mają problemy z zapadnięciem w sen zimowy – one tylko drzemią i budzą się. Brzmi to niesamowicie. Sama pogoda zatrzymuje się pomiędzy późną jesienią a wczesną wiosną. Słońce świeci jak podczas wiosennych dni, bezchmurne niebo tylko temu wtóruje. Poranki zdają się być odmienne – są dżdżyste i mgliste, z lekkim przymrozkiem. Czasem popołudniu przez chwilę popada, lecz następnego dnia niebo znów nie ma ani  jednej chmurki. To pogłębia depresyjne nastroje wśród ludzi. Ciągłe wahania zdają się być przytłaczające, odbierają też siły. Człowiekowi jest ciężko przystosować się do tych zmian. Jesteśmy przyzwyczajeni do mrozu, i pośpiechu jaki wyznacza. Nikt nie chce marznąć dłużej niż powinien – a teraz? Na wszystko jest czas… Ociągamy się, bez pośpiechu. Właśnie ten czas, który rzekomo mamy, ucieka nam przez palce jak powietrze.  Potem ocknąć się możemy i powiedzieć „oo to już ta godzina?!”, „to już ten miesiąc?!”… Z wielkim szokiem i niemałym zdziwieniem zauważamy jak wszystko potrafi się szybko kręcić, gdy my na moment zatrzymamy się chcąc zaczerpnąć tchu. 

   Najgorzej jest wtedy, gdy dzień za dniem mija podobnie – zamknięci w czterech ścianach zakładu pracy czy szkoły… Wtedy dni się zlewają i są już nie do odróżnienia. Jeżeli jest się w domu, to stanowi najmniejszy problem – zawsze się gdzieś wyjdzie, zrobi to co lubi. Nie jest się przywiązanym do siedzenia i można się wyrwać z okowów monotonii. Można być samemu albo z kimś, lecz zawsze można się dobrze bawić, spędzać czas realizując marzenia i z uśmiechem podchodzić do każdej chwili, lub siedzieć z zawieszona głową i mieć do siebie tylko pretensje… Najgorsze są chwile, które świadomie zaprzepaszczamy i dopiero później dochodzi do nas ile mogły one znaczyć. Coś pozornie niewielkiego da naprawdę wiele radości. Przykładem pierwszym z brzegu może być lodowisko. Czemu? Moja dziewczyna bardzo chciała tam pójść, nauczyć mnie czegoś w zamian za to iż ja ją uczyłem pływać np.. W tajemnicy i wielkiej konspiracji zabrałem ją tam, nieświadomą przyszłych wydarzeń mówiąc, że czeka ją kabaret, w którym mam dziś główną rolę… Nie umiem jeździć, spodziewałem się efektów tej wyprawy, bo nigdy nie stałem na lodzie w łyżwach! Człowiek uczy się całe życie, dlaczego więc nie mogłem nauczyć się tego? Poza tym jazda na lodzie nie była dla mnie priorytetem. Chciałem mile spędzić czas z osobą, którą kocham – dać jej powody do uśmiechu, radości, chwilę szczęścia tak znaczącą… Jak się okazało jazda nie szła mi w ogóle, chociaż podobno robię świetne piruety gdy staram się złapać równowagę! Ja się cieszę, że nikogo nie pobiłem podczas wymachiwania łapskami… Ale naprawdę zaczynałem tracić wiarę w siebie widząc jak ci wszyscy ludzie zaczynali odsuwać się ode mnie. Jednakże wiem iż chwile spędzone na lodzie były chwilami spędzonymi z uśmiechem, w śmiechu, ba! Z jajami bym powiedział. Zresztą czy może być inaczej gdy humor mi zawsze dokazuje? Zatem nie był to czas zmarnowany! Wręcz przeciwnie… Miło wspominam go nie tylko ja. I właśnie to, że zrobiłem coś więcej niż tylko siedziałem przed komputerem, czy zamknięty w czterech ścianach dało mi pamiątkę na bardzo długi czas.
lyzw

   To nie do końca jest więc tak, że to TYLKO pogoda wpływa na nasze samopoczucie, na nasz nastrój czy chęć do działania. Musimy sami od siebie wymagać, wziąć los we własne ręce. Nikt nie przeżyje za nas naszego życia, prócz nas samych… To od nas zależy, czy będziemy szczęśliwi, czy zdołowani. Zamiast o sobie, często trzeba pomyśleć też o drugiej osobie – jej uśmiech może przynieść nam więcej radości niż cokolwiek innego.

 

 

 

 

 

 

 

Oddawanie krwi – raz już drugi

     krew

 

    30 grudnia roku poprzedniego ponownie wybrałem się na oddawanie krwi. I byłem zdziwiony kilkoma faktami. Drugi raz wyglądał nieco inaczej – teoretycznie wiedziałem czego się spodziewać, ale i tak zostałem zaskoczony! Otrzymałem legitymację honorowego dawcy krwi, i ankietę do wypełnienia (moim zdaniem jest to zbędne tracenie papieru – ale z racji tego iż ekolog ze mnie żaden to zbytnio nie protestowałem) Pytania były te same, jedyne co się zmieniło w wypełnionym przeze mnie druku to podanie daty przy pytaniu o wcześniejsze pobieranie krwi. Tym razem nie byłem sam – towarzyszyła mi ukochana. Podczas wypełniania ankiety robiłem sobie jaja jak zawsze, mówiąc że: „oo narkotyki… te to biorę codziennie”, „niebezpieczna praca – kierowca autobusu, to mnie zawsze rozwala”, „Ej miesiączkuję? (Badawcze spojrzenie zawiesiłem na dziewczynie) Eeee chyba nie!”. I niestety zacząłem zaznaczać część przeznaczoną tylko dla kobiet, przez roztargnienie i niewystarczające skupienie. Podczas wypełniania zostałem zaproszony do wstępnego pobrania krwi – a tu co? Kolejna zmiana! Nie pobrano kropli krwi z palca tak jak za pierwszym razem, tylko zaczęto ściągać krew z drugiej ręki!! Tego się nie spodziewałem – trzy małe fiolki krwi do badań wstępnych. Dokończenie ankiety i hajda do gabinetu lekarza. Liczyłem, że przyjmie mnie znów starszy uśmiechnięty jegomość, lubiący pożartować. Była na jego miejscu kobieta, spojrzała na ankietę i powiedziała z uśmiechem „cooo pytań się nie czytało, hę?”…  Taaa weź się człowieku tłumacz z tego, że nie miesiączkujesz! Badania wyszły wzorowo, tylko z ciśnieniem jakieś problemy miałem. To jednak niczego nie zmieniło – zostałem odesłany do poczekalni w celu wyczekania swojej kolejki. Tak jak ostatnio pielęgniarka pytała się o kawę i herbatę, każdy z obecnych jednak odmówił. I nastała ta chwila – upragnione odsysanie! Położyłem się na tym samym miejscu co za pierwszym razem, obsługiwały mnie te same panie co za pierwszym razem. Znów leżosiedziałem z poczuciem spełnienia w jakimś drobnym stopniu – ta myśl że komuś się pomogło jest naprawdę wielka. No dobra dobra wizja dziewięciu czekolad jest bardziej interesująca! Żartuję oczywiście. Nie ma nic lepszego niż oddanie cząstki siebie dla ratowania życia. Ogólna aprobata dziewczyny, przyjaciół to również motywacja do działania. 
rewk

     Po odsysaniu czekał mnie powrót do domu. Nie byłem jednak sam – ukochana nie dała się przekonać do tego bym ją odprowadził. W zamian za jej towarzystwo miałem trafić bezpiecznie do domu pod jej czujnym okiem. Ale i ja łatwo się nie poddaję to wcisnąłem jej jedną czekoladę! A co! Więcej i tak by ode mnie nie wzięła. Chwila odpoczynku i człowiek może być jak nowo narodzony. Nie znika tylko blada skóra jak u anemika, podkrążone oczy. Ale to niewielka cena za to, ile się z siebie dało. Kolejna wizyta czeka mnie zaraz na początku marca. Niestety zważywszy na to iż luty jest niepełnym miesiącem muszę czekać dłużej. Jednakże luty ma w sobie coś pięknego. Walentynki, moje urodziny, co ma jeszcze luty? O śnieg może wreszcie spadnie! W lutym też wypadają mi ferie, więc nie może być źle. 

 

Tutaj z tego miejsca – gorąco zachęcam Cię do oddawania krwi! Tak niewiele, ale robi niewyobrażalnie dużo dla kogoś w potrzebie. 
Gdy znasz swój cel, a każdy drogi tej broni
Myśląc, że w ten oto sposób Cię ochroni
Brniesz naprzód, by sprzeciwić się innym
Do tego nie czujesz się niczemu winnym
***
Wina nie może spaść na Ciebie jak krople purpurowej krwi
Krwi szlachetnie przelanej! Na przekór śmierci, która drwi
Z Twego poświęcenia, myśląc iż to i tak niczego nie zmieni
Ale Ty właśnie rzucasz na tą śmierć niezliczoną ilość cieni
***
Stać się bohaterem i ten jeden raz o sobie zapomnieć
Zrobić coś dla drugiej osoby, i o nic się nie upomnieć
Przyćmić blask kostuchy, która ciągle na kogoś czeka
***
Jasno sobie powiedzieć, że egoizmu się wyrzeka
By oddać część siebie, by życie komuś zwrócić
I mając ten argument znów możesz się kłócić
 
Wyzbyć się strachu. Przeskoczyć kilka kłód
Leżących tuż u Twoich stóp. Zaspokoić głód
Nie dający Ci spokoju. Być nasyconym lecz
Wewnętrznie głodnym – w tym cała rzecz
***
Wiesz jak wiele możesz zrobić. Wystarczy
Wstać i iść. Uratować system gospodarczy
Nieco inny niż ten Tobie znany. (Obarczy
podzięką )- wrócisz z tarczą, nie na tarczy
***
Czy rozumiesz, o czym mówię? Tak?
Czekasz na znaki, być może to jest taki znak
Wiele wymagam, lecz także o wiele proszę
***
Od państwa dostaniesz tylko marne grosze
Lecz nagroda jest inna, już płynie w żyłach
osoby, która chodzi już o własnych siłach

Ujmę wszystko w najprostszym słowie
Jest kropla, jak też i życie w tej kropli
Płynie w rękach, nogach oraz głowie
Topi lód w sercu i tysiące topi sopli
***
Kropla krwi – od siebie ją oddzielić 
Kropla krwi, którą także możesz dać
Czarne plamy na historii tak wybielić
I nie musisz się konsekwencji już bać
***
Zrób coś dobrego, po prostu, ba! Mowa!
Rób coś dobrego, by zacząć od nowa!
Teraz wiesz w jakim kierunku iść
***
I nie bądź jak na wietrze liść
Zmień się na lepsze – i tego trzymaj
W swych zmianach na lepsze się utrzymaj

 

 

 

Sonety

Droga
Gdzie świat się kończy, a gdzie się zaczyna?
Gdzie szumi jodła, a gdzie buczyna?
Gdzie są żądze, a gdzie jeszcze marzenia?
Nic nie ma – wszędzie tylko wrogie spojrzenia…
***
Świat bez początku, świat ze setnym swym końcem
Pośród szumu i drzew jest niestrudzonym gońcem
By jedną narzucić swą wolę, jedno zadanie
Wszystko tutaj jest – ginie tylko przesłanie
***
Tu gdzie koniec miesza się z początkiem
Tu gdzie chaos droczy się z porządkiem
Czeka się na przełom, który życie odmieni
***
Będąc pogrzebanym pod stosem kamieni
Ożyć na nowo, sumienie poruszyć
By cały świat w dłoniach skruszyć

Atom
Nigdy się nie cofam, czasem stoję w bezruchu
Z plecami przygiętymi,  w ołowianym kożuchu
Zawsze idę do przodu, z maską na twarzy
Z pytaniem na ustach: co się tu wydarzy?
***
Żyjąc pod ziemią w betonowym korytarzu
Daleko od złudnego dla mych oczu mirażu
Umierając każdego dnia w ten sam sposób
Blisko trupów tych wszystkich obcych osób
***
Będących ofiarami kataklizmu, który uderzył
Rozerwanymi ciałami swój zasięg odmierzył
Rozerwanymi ciałami cały świat pościelił
***
Każdą duszę ludzką rozerwał, podzielił
Sądnego dnia nie wrócił już nikt do domu
Bo zginął każdy, kto igrał z potęgą atomu

Wartości
Honor, duma, godność – nic to już nie znaczy
Ludzie, pojedynczy człowiek – każdy majaczy
Miłość, przyjaźń, rodzina – nie ma to już znaczenia
Wszyscy, każdy z nas – jest świadkiem wypaczenia
***
Nieliczni zrozumieją ironię, która tu płynie
Ironia to dama, a ta wszędzie niemal słynie
Równie znana jak oziębłość ludzkich serc
Maleje ich wartość, zanika także ich herc
***
Nie można opierać się na decyzjach innych
Dlaczego chcesz iść w ślady setek naiwnych?
Zabić siebie dla wyniesionego na piedestał wzorca
***
Stoję tutaj jakoby strażnik – człowiek nadzorca
I krzyczę gdzieś w próżnię: musisz się obudzić!
Bo ja nie przestanę Ci nad głową marudzić…

 
Do prostaków
Biorąc wszystko pod lupę, ale rzecz jasna teoretycznie
Podchodzisz do wszystkiego z podtekstem, erotycznie
Głównie teraz mówię o tych, którym wisi coś u pasa
Nienasycona rasa, na wszelakie przyjemności łasa
***
My mężczyźni pragniemy wszystkiego co się rusza
Nie liczy się wzrost czy tusza, miasto czy głusza
Pędzimy do celu jak bełt wystrzelony z kuszy
Jedyne co nas poruszy to uczucie suszy
***
Fakt, wcale nie zaprzeczę – dość dziwne to wyznanie
Może właśnie to jest mój podtekst – ciche kazanie
Mające męski mózg poruszyć, powstrzymać żądze
***
Uderzenie pały tutaj nie pomoże, tak niestety sądzę
Ale przemknę z wolna – od ucha do ucha
Może ktoś usłyszy, może nawet posłucha

Prawda
Czarny tusz spływa na te puste karty
Kilka słów pokaże ile świat jest warty
Ile kłamstw jest na zakręcie litery
Wyłożę je na brzegi złotej patery
***
Złoto uszlachetnić może tylko słowo
I całe kłamstwo zacznie się na nowo
Bo nie można tworzyć tylko obrazu
Wtedy słowom tym braknie wyrazu
***
Ludzie zabijają słowem, ogniem i stalą
Bawią się tak znaną, niewidzialną szalą
Kłamstwem godzą w prawdę tak czystą
***
I ja zabijałem wszystko – byłem sadystą 
I ja zabijałem wszystko – to wizja daleka
Czas uciekł, a z nim wewnętrzny kaleka

Zmiany w internecie, zmiany na stronach

   Ostatnio coraz częściej dochodzi do zmian wyglądu poszczególnych stron – allegro, youtube, zapytaj, fotka, itp.. Problemem nie jest tutaj sama zmiana. Wszystko jest dobrze do momentu przymusu. Zaczyna się zawsze niewinnie, dają możliwość przetestowania nowego wyglądu (ale z ewentualnym powrotem do starego), potem pytają się o wrażenia, funkcjonalność – by następnie przy setkach negatywnych komentarzy przymusowo „uszczęśliwić” użytkowników… Komu się najczęściej podobają nowe wyglądy? Dzieciom! Całą akcja zakłada stuprocentowe wciągniecie dzieci do sieci internetowej. Wpadające w oko, łatwe w odbiorze strony przyciągają najmłodszych. Dodatkowo nowe wyglądy są lżejsze dla telefonów – co ułatwia stałe siedzenie w sieci.
stop
   Poza tym coraz częściej dochodzi do przechwytywania prywatnych wiadomości, kontaktów (zauważyć to mogą posiadacze telefonów z androidem) – Aplikacje związane z komunikacją przy najnowszych wersjach wymagają dostępy do sms’ów , książki telefonicznej oraz połączeń. Jak zapewniają producenci – nie jest to związane z przechwytywaniem wiadomości, a z wdrożeniem nowych funkcji dla danej aplikacji – szczerze? Jakoś im nie wierzę w te bajeczki…Wszystko opiera się teraz na kontroli ludzi. Przypomnijmy sobie sprytnie zamaskowany projekt ACTA – było to początkiem, łakomym kąskiem dla rządzących! Stałe monitorowanie bez jakichkolwiek ograniczeń, do tego poparte prawem… A czy myślisz, że jest inaczej? Jeżeli nie ACTA to setka innych temu podobnych zostanie wpleciona na 183 stronie ustawy o ślimakach (dobra przyznam – nie pamiętam, która to była strona, ale bez wątpienia było to wplecione w tekst niezwiązany w ogóle z internetem). Protesty ludzi, wielka internetowa mobilizacja – sprawiły, że wszyscy młodzi i starsi wyszli na ulice swych miast. Tego władza boi się najbardziej! Każde takie zgrupowanie może stanowić zagrożenie. Wszyscy zatrzęśli w portki i dali sobie spokój z ACTA – po co jednak ACTA, skoro teraz każdy korzysta z internetu w telefonie, przez smsy, komunikatory czy maile – wszystko to jest źródłem informacji o nas samych!
andro

Stała inwigilacja staje się podstawą do tego, by przestać korzystać z internetu w celach społecznościowych. Chyba bezpieczniej jest już wysyłać sobie listy, i to nie przez pocztę polską tylko przez własnych kurierów. Mam w mieście kilku znajomych – daję kumplowi listy i on ma je dostarczyć na wskazane adresy… Ma to rację bytu (oczywiście jest to tylko skrajny przykład), do tego, by zachować resztkę prywatności. Prywatności, która rzekomo przysługuje każdemu obywatelowi. Będąc już przy prawie – mamy rzekomą wolność słowa, jednak każde większe wystąpienie powoduje automatyczne zamykanie ust danemu człowiekowi. Gdybym teraz PRZYKŁADOWO powiedział, że za komuny to przynajmniej cenzura była jawna – to zapewne jakiś urzędas dopatrzyłby się propagowania idei totalitaryzmu, tudzież komunizmu. Zatem każdy bloger, pisarz, mówca czy ktokolwiek inny musi poddawać własne teksty autocenzurze, by nie były one drzazgą w oku polityka.

private
   Bez względu jaki będzie odbiór tego posta, powiem szczerze – w dziwnych czasach żyjemy, bardzo dziwnych… Narzekać jednak nie ma co – zawsze może być gorzej, czyż nie?
Zatem nie ma się co przejmować…
…aż tak bardzo

W mroku ginie rozsądek…

Ktoś mi powiedział, że z każdego tematu zrobię coś poczytnego – zobaczymy za moment czy twierdzenie to okaże się prawdziwe, ale nie ja będę to oceniać, a każdy kto tutaj wejdzie i każdy komu zechce się to przeczytać. No to co? Zaczynamy! Na drodze wstępu powiem tylko iż będzie to historia oparta na faktach – co zaraz raz jeszcze podkreślę. Czy masz ją traktować z przymrużeniem ok? To już samemu każdy zdecyduje – fakt jest jeden! To się wydarzyło bez względu na to czy w to wierzysz, czy też nie…

Uwaga! Historia miała miejsce w rzeczywistości, nie będzie ubarwiona ani przekłamana.
Oparte na faktach…

Przyjechał z Niemczech mój przyjaciel, jeszcze z czasów podstawówki. Nie mamy okazji widzieć się codziennie – można się tego łatwo domyśleć czyż nie? Zatem każde spotkanie jest dla nas o tyle ważne, że możemy się wciągu jednego dnia nagadać tak jak standardowe kobiety przez całe życie… Więc i tematów jest sporo, i zabawy też jest masa. Ale tym razem coś poszło nie tak. Miałem zaplanowany dzień – co do szczegółu, co do minuty. Był plan, było też przygotowane wszystko, aby ten oto plan zrealizować… Dnia pierwszego listopada wyprałem ręcznie swoje rzeczy – nikt mi nie chciał pralki na wszystkich świętych włączyć (jak wiadomo sam tego diabelstwa nie potrafię i nie chcę potrafić obsługiwać)… Do wyprania nie było wiele, ale prócz czarnych ubrań mógłbym wyprać też charakter… Ale co do rzeczy, ręcznie uprałem czarne wojskowe spodnie do zadań nocnych, do tego czarną bluzę niestety zwyczajną wszak wojskowej już nie posiadam, oraz chustę również czarną. Problem jak wiadomo polega nie tyle na samym wypraniu co na suszeniu tak pranych rzeczy… Z racji tego iż nie posiadam zabytkowych urządzeń do prania z czasów PRL’u musiałem wszystkie szmaty wyżymać ręcznie – normalnie istny horror! Pomijam fakt związany z moim zmęczeniem tego dnia i brakiem sił na ręcznie wyżymanie… Robiłem co jakiś czas poprawki duszenia, a raczej wyduszania owych ciuchów tak, by na dzień jutrzejszy potrzebne rzeczy były już suche… Wydawało się to awykonalne wszak woda nie kapała, a ściekała wręcz strumieniem – szczególnie z bluzy, która wody się opiła jak głupia! Dnia drugiego – czyli w sobotę – dzień spotkanie jeszcze dodam… Bluza nie była mokra, ale dość wilgotna. Nie zmieniło to moich planów… Założyłbym cały ten komplet nawet mokry, i nie dlatego, że nie mam innych ubrań – mam ich sporo, a dlatego, że potrzebowałem czegoś co pozwoliłoby mi stać się nie tylko niewidocznym, ale również umożliwiło całkowite rozpłynięcie się w mroku. Tego zakładał plan – a przynajmniej jeden z jego punktów. Musiałem więc wykombinować coś na szybko, i przyszedł mi dość zwariowany pomysł i myśl mu towarzysząca – skoro można suszyć włosy za pomocą suszarki, to czemu nie ubrania…- Myśl jednak okazała się genialną! Wysuszyło to bluzę i spodnie tam gdzie były one wilgotne. Teraz mogłem iść na spotkanie.

To jednak był ledwie wstęp, nic nieznaczący początek wydarzeń, które nas czekały…
Z Maciejem umówiłem się tam gdzie zawsze – na moście koło sex-shopu, jest to taki nasz wspólny żart i jednocześnie odwieczne miejsce spotkań – każdy ma tam blisko, i każdy wie gdzie to jest. z Tego właśnie punktu ruszyliśmy w stronę pizzerii. Właśnie tutaj był drugi z problemów…  Miała być pizza, jednak obiad w domu sprawił iż wzięliśmy tylko frykasy – złociste paluchy czosnkowe – dokładnie dwie porcje dużych frykasów, jedne na miejscu drugie na wynos. Poprosiłem by te, które miały być „na wynos” zapakowano mi do mojego pojemnika, który miałem ze sobą. Zasiedliśmy przy stoliku czekając na realizację zamówienia, spokojnie rozmawiając o tym co czeka Maćka. Prosił o wyczerpującą wędrówkę, coś na poprawienie formy… Ja byłem na to gotowy. Otrzymał ode mnie małą latarkę, którą miał przywiązać do kurtki – pozwalała mi dostrzec go z daleka, drugą latarkę tym razem normalną – świecącą mocnymi diodami ledowymi (przy trybie 8 lub 16 diodek), nóż – świeżo naostrzony (na tyle by bez problemu przeciąć grubą kurtkę i uszkodzić ciało) było to bardziej na wszelki wypadek i po to, by mógł czuć się pewniej, chustę w moro – miała chronić przed owadami. Do tego szybki instruktarz związany z przebiegiem akcji i posługiwaniem się przedmiotami – do tego przepisy BHP… A właśnie a co ja miałem? Latarkę świecącą na blisko 150 metrów na jednej mocnej diodzie, lub na drugim trybie świeciła 16 diodami na teren dosyć szeroki, spokojnie oświetlając 100 metrów powierzchni, miałem też telefon z jedną diodą świecącą na 100 metrów, no i dalej to ubranie kamuflujące, glany i plecak. Po posileniu się ruszyliśmy do sklepu, by tam zaopatrzyć się w dodatkowy sprzęt – baterie do latarek, oraz napoje energetyczne. Zważywszy na fakt iż było dość widno co było mi nie po nosie to wybrałem inną trasę.

Wzniesienia i niewielkie góry były pierwszym celem do zdobycia. Z ich szczytów rozpościerała się przepiękna panorama Nysy – niewielu zna to przejście, i te punkty widokowe… Tutaj był pierwszy odpoczynek, wędrówka trochę wymęczyła Macieja, szczególnie gdy napchał swój kałdun frykasami! Zbliżał się zachód słońca, a droga była przed nami bardzo długa… Należało zejść z gór, by kontynuować marsz. Jeszcze bardziej wyczerpujący, jeszcze bardziej ciekawy i wymagający! Nie wyprzedzajmy jednak faktów. Byłoby to zbędnym zabiegiem. Trasę przewidziałem na 24-26 kilometrów. Będąc na górze zrobiliśmy raptem 8 kilometrów. Teraz czekała nas 6 kilometrowa przeprawa do początków lasu. Oczywiście mowa tutaj jest o 6 kilometrach w jedną stronę… Właśnie te 4 kilometry, które nam zostały były kluczowymi. W trakcie ich przebiegu miało dziać się najwięcej. Cała droga do lasu to już koniec miasta. Obrzeża – mały ruch, mało ludzi, cisza… Wspaniała cisza, czasem tylko rozdzierana rykiem silnika przejeżdżającego samochodu, lub niesionymi przez pola odgłosami pędzącego pociągu – nadlatującymi od strony miasta – majaczące w oddali sygnały gwizdków. Najbardziej irytujący był mrok pogłębiający się z każdym krokiem. Szczególnie ciemno było już, gdy stanęliśmy przed pierwszymi drzewami… To była chwila na odpoczynek, oraz przygotowanie sprzętów, zorientowania się względem kompasu (Maciej musiał wiedzieć, w którą stronę iść w przypadku zgubienia się). Przewidziane było prawie wszystko, nawet czarne scenariusze – prawie wszystko…

Tutaj zacznie się historia właściwa – jej najmroczniejszy fragment… Czy mieliście kiedyś przeczucie? My z Maćkiem właśnie przed wkroczeniem do lasu mieliśmy takowe przeczucie… Bardzo złe nawet. Pierwsze kroki w stronę ciemności zrodziły niepewność – z początku tylko niewielką, zbagatelizowaliśmy to. Dobra zabawa była i owszem, ale tylko do czasu. Blask latarek pięknie rozświetlał otoczenie, widać było wszystko jak na dłoni. Uznałem iż był to dobry moment na głupie żarty – zniknąłem Maćkowi. Rozpłynąłem się w mroku gdy tylko zgasiłem swoją latarkę… Nie było mnie widać, nie było mnie słychać. Właśnie w tym momencie Maciek zaczął wariować i wypowiedział słowa, które mnie rozbawiły. „Iwan!! Coś się o mnie otarło!!!! Gdzie jesteś?! Iwan!!” Myślałem, że pęknę ze śmiechu, ale mój humor powściągnął potworny smród – cuchnęło tak jakby w pobliżu gniło jakieś mięso… Maciek był daleko, ale widziałem go cały czas… Bez namysłu włączyłem latarkę patrząc czy w coś nie wszedłem… Dookoła mnie było pusto! Podeszwy od butów były czyste, nigdzie nie było też żadnego truchła. Jednakże po zapaleniu latarki smród ustał. Było to dosyć dziwne, ale nie przejąłem się tym zbytnio – zmierzyłem w kierunku Maćka, który już tylko na mnie czekał. Musiałem zacząć go uspokajać, i powiedziałem, że mógł obudzić zająca i to on się o niego otarł (jednak zające widziałem z innego krańca lasu – tak blisko drogi ich jeszcze nie było) Dumałem nad tym, ale i myśli odleciały… Musiałem uważać, by nie stoczyć się z niewielkiego wzniesienia. Droga na wzniesieniu kończyła się ręcznie utworzoną wiatą leśniczą – miejscem ognisk, obserwacji i odpoczynku (i wspaniałym tarasem widokowym). Chcieliśmy zrobić jakieś pamiątkowe ujęcia w tym miejscu, ale wszystkie próby zrobienia zdjęcia kończyły się zamazanym obrazem.
Woleliśmy coś zjeść niż dalej próbować cykać fotki. Gdy tylko usiedliśmy do posiłku, to znów było czuć ten straszny smród – ale tym razem mocniej! Maciek powiedział mi iż czuł to też gdy coś się o niego otarło (i nie była to gałąź)… Rozejrzeliśmy się, ale niczego wokół nas nie było więc po posileniu się poszliśmy dalej.

Mawia się, że im dalej w las tym więcej drzew – powiem inaczej… Im dalej w las tym większy smród…
Plan zakładał dotarcie do kościoła w środku lasu – dobre miejsce na zrobienie kilku pamiątkowych zdjęć. Dochodząc do niego niego coś nas zatrzymało… Nie tylko smród nam towarzyszył, ale też szelest dookoła nas – tak jakby coś krążyło robiąc koło. Do tego oboje słyszeliśmy sapanie. Coś sapało i wiem, że nie było to zwierze – ani pies, ani zając, ani dzik… Byłem w tym lesie nie jeden raz, ale czegoś takiego nigdy tam nie uraczyłem! Dzień zaduszny – taki był dokładnie dzień, gdy się tam znaleźliśmy, nie widziałem jednak wtedy związku z tym sapaniem. Chciałem iść dalej, ale zmroziło mnie. To było pierwsze ostrzeżenie – wiedziałem to ja i wiedział Maciek… Cofnęliśmy się do rozdwojenia drogi i tam zaproponowałem by podejść kościół od drugiej strony. Maciek niechętnie na to przystał – ale nie chciał zostawać sam, i szczerze powiem, że ja też nie… Druga droga była lepsza, lecz irytowało ciągłe (wrogie) wycie i warczenie psów. Nie było smrodu, do czasu…   Wraz z ponownym jego przybyciem o bliższym szelestem, oraz sapaniem rozbrzmiewającym niemalże tuż obok, wycie psów przerodziło się w ujadanie przepełnione strachem… To było drugie ostrzeżenie! Na trzecie nie czekaliśmy… W pełnym biegu ruszyliśmy do końca lasu, tym razem jednak smród już nas nie opuszczał. Gdy zwalnialiśmy, to pomimo braku choćby najmniejszego wiatru drzewa gięły się jak oszalałe, liście szumiały bez chwili przerwy. Zrywały się spłoszone ptaki, a nad głowami krakały kruki i wrony – straszny obraz. Nie boję się byle czego, jestem odważny, nawet głupi przez to, ale wtedy całą odwaga zgasła…Tam coś było, wiem to tak samo ja jak i Maciek. Nie wierzę w duchy, ale umysł podpowiadał różne rzeczy, gdy dookoła był mrok a samemu było się w pustce. Rozum stał się największym wrogiem, który rzucał kłody pod nogi. Do tej pory gdy tylko o tym pomyślę to po mych plecach przelatują ciarki…
Co zabawne, zaraz po wyjściu z lasu smród padliny nas opuścił, drzewa się uspokoiły, a my sami mogliśmy odpocząć choć przez chwilę…   Nie było też krakania nad głowami – ponownie nastał spokój. Jedyne co mogło wzbudzić niepokój to migająca latarnia, w której to świetle postanowiliśmy odsapnąć.

Dzień zaduszny jest dniem, w którym to dusze zmarłych się błąkają, należy im się wtedy spokój i modlitwa – tak powiedziała moja babcia… Czy to prawda? Sami oceńcie – ja w to jednak nie wierzę…

Sam zaś powtórzę – niczego nie ubarwiłem, a całość działa się naprawdę!!

Myśli pogubione

Rozdział I
Rozterki wewnętrzne…

   Miłość – czymże ona jest? Słowem bez pokrycia w uczuciach? Jeżeli tak to czemu miota tak mymi myślami, targa uczuciami?! Wariuję przez nią, w spokoju nie usiedzę… Szukam miejsca, w którym mógłbym się schować, zapomnieć…  Czy miejsce takie istnieje? Czy ucieknę przed czymś co i tak jest nieuniknione? Czy można porzucić to co było, to co jest – siebie samego potępić, ale w imię czego?  W imię uczucia, które nas łączy, w imię myśli które nas spajają?!  
Czy przeskoczenie granic pozwoli nam cieszyć się sobą wzajemnie? Jeżeli nasza miłość jest zła? NIE! Tej myśli nie zdzierżę! Chcę być z Tobą! – Muszę! – Pragnę tego! Zali jest dla nas inna przyszłość niźli ta miłość?! Blokuje mnie umysł, blokuje mnie ciało, duch mój jest wolny, gna do Ciebie nieustannie! Jest blisko, czuję to! Czy zostanie przyjęty? Czy odnajdzie Cię idąc tędy? To od Ciebie zależy! – Daj mu drogowskazy; niech dotrze do Ciebie, lub niech błądzi przez wieki! Niech do mnie nie wraca – to trud jego zbyteczny!
    Czemu te pytania mnie tak męczą, żyć mi nie dadzą – Tylko dręczą! Dręczą nieustannie ! – Takie w mym sercu budzą przesłanie „ Kocham, pamiętam!  –  Niech te słowa, te myśli duszę Twą trudzą!”  Duszę się pośród zgiełku mych myśli to co na papier przeleję wnet mi się przyśni! A może to nie sen, może to jawa! Lecz nawiedza mnie niczym zjawa, niczym mara straszna! Pojawia się i znika! Ściany mego umysłu przenika… Ręką mą każe chwycić za pióro i kreślić litery, zdania, wyrazy – całe poprzednie me myśli czarnym atramentem skreślić… Nie jestem sobą,  pośród mórz i wzgórz jestem Tobą, a Ty mną!
    Serce me! Czemu mi dyktujesz warunek ten! Czemu każesz kłaść mi się z bólu?! – To nie jest ból wynikający z trudu! To cierpienie wynikające z tęsknoty! Serce me – nie stworzymy wspólnoty! Rzucę się wraz z rozumem w tonie miłości, nie potrzebuję żadnych włości! Me pragnienie miłości nie wyrządzi nikomu przykrości! Zrozum to Serce, tak jak ja rozumiem Ciebie! Daj mi wytchnienie! Na moment, na sekundę – więcej sam nie potrzebuję!
    Rozumie! Serce goni mnie ku trumnie! Wstaw się za mną – powiedz tylko DOŚĆ! Czemu mnie nie słyszysz mój drogi? Czyżbyś i Ty się ode mnie odwrócił?! Powiedz że jest to nieprawdą! Zawsze po ziemi kroczyliśmy twardo! Wybieraliśmy najtwardszą drogę, a Ty mi teraz podstawiasz nogę?!  Zawsze sobie radziliśmy, a Ty mi dziś mówisz: „Już skończyliśmy…”?!
Losie! Zatrać się w mym głosie! To rozpacz mnie do ciebie przysyła! – Rozpacz mnie wyżyma! Czyżbyś i Ty maczał palce w tym  i odcisnął je na mej kartce?  Karcie życia, mej historii… O czym mówię?! O miłości nie do spełnienia, nie mam predyspozycji do samouwielbienia… Skąd bierze się mój osąd? – Z intrygi którą wspólnie stworzyliście na mą niedole! O zorze! O niebiosa! Czas chwycić za wiosła! Przyszedł początek mej mordęgi, mej drogi! Czy samotnie jestem w stanie przebrnąć przez me życiowe męki?  
Wszystko jest inne niż było do tej pory! Me myśli, me życie… Kim ja teraz jestem? – Rozbitkiem na tratwie ! – Wolałbym być na najgorszej łajbie, ale czemu jestem na tej tonącej tratwie? –Jestem rozbitkiem  poszukującym zaczepienia, odpowiedniego kierunku… Zaraz! Znalazłem! Patrząc się na Ciebie dostrzegłem szczęście! Szczęście, którego mi przez cały czas brakowało! Ale cóż to?! Mój rozum, me serce, mój los… – Czemu dzierżysz to w swych pięknych dłoniach?! Czyżbyś spodziewała się mych uczuć? Czyżbyś specjalnie paktowała o me życie z nimi?
     Dość! Biegnę w Twą stronę bez obawy! – Czemu biegnę w miejscu, cóż to za żarty? Może jestem po prostu niezdarny?! Nie!  -To znów te czary!  Chcę uciec od Twej mary! Życie mi miłe, ale będzie takowe dopiero przy Tobie, a nie przy Twym sennym wytworze!  Czemu wszyscy mną pogrywają? Cóżem komu zawinił? Czyżem kogoś o coś niepotrzebnie obwinił? A może kogoś żem potępił przedwcześnie i teraz mści się na mnie nikczemnie…  Nie potrafię sobie odpowiedzieć, może to czas by zajrzeć w przeszłość i się tego dowiedzieć… Czemu się dręczę? Czyżbym miał sobie coś do zarzucenia? Może to była chwila zbędnego uniesienia…
Dość tego myślenia! Trzeba się wziąć do pisania niniejszego dzieła! Może zbiorę kilka myśli, ewentualnie coś się mi przyśni. Na dziś koniec myślenia, tym samym smutnego i bezowocnego biadolenia!

II
Wewnętrzne rozbieżności

    Mówię sobie w duchu: „Już po strachu!” – minęła ciężka noc. Wyglądając przez okno dopatruję słońca promieni -  jednego chociaż promyka który życie me na lepsze zmieni, rozweseli choć trochę… Lecz zamiast radości dopatrzyłem się powodów do złości… Skąd bierze się ma złość? – Przez miłość i moją niemoc jej spełnienia. Czuję jakby spod stóp uciekała mi ziemia… Zmienia się bowiem bez przerwy mój punkt widzenia… Niezmienne pozostają jedynie moje nerwy. Czas, który powinien leczyć rany tylko je pogłębia – mam teraz w sercu bruzdy nie do wypełnienia…  Żyję i przeżywam miłość nie do spełnienia. Lecz czy tak jest naprawdę? Czy to tylko umysł podpowiedział mi tę chorą gadkę? To wszystko zależy ode mnie! – To jakich ma osoba decyzji się podejmie! Czy dotrę do miłości, czy zaniecham swej wolności… – Bo w końcu nie ma wolności bez miłości. Każdy dzień rodzi pytanie: „Czy czas naszej miłości wreszcie nastanie?”
    Co ja tu robię? Czemu nie szukam tego co zagubione? Zatracone w toniach smutków – Może znajdę Cię przechodząc obok tych starych buków, które pamiętają wiele zakochanych par. Może to dar! Czuję Twą obecność przechodząc przez ten jar. Zapach rosy, mchu, drzew, budzą we mnie pewien zew… Chce ze mnie wyskoczyć lew, ostać na tych zboczach, na zawsze zapatrzyć się w Twych pięknych oczach…  

III
Więzień własnego umysłu…

   Czemu me oczy są podkrążone? Czemu zasnąć nie mogę? Co zaprząta swobodę mą? Ciągły potok myśli, kilka prostych słów aby te myśli opisać… To nie talent, to nie dar – to pułapka! Strzeż się jej… Ludzie mi gratulują, wtórują mym pomysłom, urąga to mym zmysłom… Nie potrzebuję pochwał, zasług, orderów, masy wyznawców! – Pragnę mieć choćby jednego, ale wiernego czytelnika, który pojmie mój problem, wspomoże… Może to być jedna czytelniczka, byle bliska niczym ma siostrzyczka. Jako jedynak zbratałem się jedynie z mym umysłem (przyrodnim bratem) – to był dobry pomysł! – lecz tylko pozornie… Umysł, który miał oświetlać mi drogę pośród ciemnych zaułków głupoty, próżniactwa, odgonić złe myśli – inny, mroczniejszy plan sobie obmyślił… Zawładnął mną nikczemnik! Dyktuje zdania nierealne, nie wiem teraz co jest jawne, a co powinno zostać zakopane pod ziemią tajemniczą… Ale on spokojnie mnie zatruwa, by na koniec zaproponować układ: „Pisz co rozkażę,  a dam Ci wolność…” Lecz w obietnicy tej jest pewien haczyk – kruczek pisany drobnym maczkiem – ma wolność jest chwilowa, a gdy znów zapragnę nie złota a uczucia ten przyjdzie i odbierze co mi pozornie dał! A to cham! Ale złota mi nie potrzeba, ono nie da mi spełnienia, nie oczyści sumienia, nie zaznam przez nie wyzwolenia. Czy to taka moja dola? Być buntownikiem w samym sobie aby sercu dać chorągwie? Chorągwie wolności i miłości – niech się prości tej miłości… Gdy bez sił padnę na kolana, zapnę ostatnie guziki mego fraka, aby odejść z godnością podczas tej walki nierównej, od przechodniów jedynie usłyszę:  „Ludzie patrzcie co za pokraka! – Nie wyprasował swego fraka!”. Czy mam prawo dziwić im się? W zupełności nie… Cóż to za wojownik, który walczy o wolność i ginie bez wieści w wygniecionym stroju?! Nie poprawi nic już mego nastroju!

IV
Odnaleźć siebie
w swym więzieniu…

   Całe życie chylę się ku zadumie… Zaraz! Czemu leżę w trumnie?!  Chyba myślenie mi nie służy… Może lekarstwem jest drogi zmienienie… W trumnie się kłaść to jeszcze nie czas! Teoretycznie mógłbym z czegoś spaść… Ale skąd? Może z mego łóżka! – Co tam zwichnięta nóżka! Muszę choć na moment ograniczyć myślenie, cóż tam  wewnętrzne spełnienie! Potrzebuję chwili spokoju… Co do mnie mówisz? Nie jestem dziś w nastroju… Wybacz, przebacz swego gniewu na mnie zaniechaj! Nie gniewaj się, tylko uśmiechaj! Bo śmiech to zdrowie, lecz nie przy mojej chorobie… – Ja po prostu muszę być przy Tobie! Widzisz inne rozwiązanie? – Wyjaw mi je skarbie… Czemu szykujesz mi posłanie? Czyżbyś takie widziała rozwikłanie? Mój koniec przewidujesz i perfidnie mówisz: „Swe życie finiszujesz!”
Stop! Miał być koniec myślenia! Czemu ciągle szukam powodów do siebie zadręczenia? Ciągle zadaję pytania, lecz brak mi obadania w odpowiedziach… Może zbyt mała jest ma wiedza? Kto to pytanie stwierdza? To nie pytanie! – To twierdza! A twierdzy tej murów nikt nie obali! Nikt z tutaj obecnych na sali! A miecza kto dobędzie, swym istnieniem dowiedzie jedynie jakim błędem jest w tym trybie…
   O jakim trybie mowa? Tryb to życia wolna droga! Skoro taka Twoja wola podnieść miecza ciężką klingę! Spróbuj ostrze skierować jego ku soborze – życia sprawiedliwość Cię dopadnie! Gdy przyjdzie Ci mieszkać w oborze i tam życia ostatnie fragmenty wypełnić . Życie rzuci Cię w swe odmęty, tylko tyle w locie krzykniesz:” Życie sądzi sprawiedliwie!” Ale już za późno będzie! Odleciały już łabędzie a wraz z nimi smutna Twa dusza…
    Co Cię oswobodzić może? Dobra kusza, która łabędzie zestrzeli a Ciebie na poły rozdzieli: na dobre i złe Twe uczynki podzieli… Lecz nie jest to festyn ani dożynki, tutaj zbawienia nie wygrasz… Skąd ma rozległa wiedza? To nie wiedza a niewiedza nas tutaj bracie przygnała… Dała drugą szansę, ale ja jej nie widzę, może Ty ją dostrzeżesz nim w nieznane krainy odejdziesz… Jak mam na imię? Nie wiem sam, tyle spędziłem tu lat… Ta pustka, ta cisza i to ciche wołanie utworzyły w mym mózgu zdanie: „Czy ja jestem prawdziwy? Czy żyję? To nie sen to nie życie – to dziwy najdziwniejsze!”
I tak oto jesteśmy zawieszeni w tej dziwnej przestrzeni… Nic nas nie uchroni, chyba że podjęcie drogi właściwej! Drogi ciężkiej ale nie zbytecznej – bo to w jej ciężarze leży nasze odkupienie. Odrzucić musimy myślenie, poddać się temu co w nas drzemie i swe życie przejść na nowo – nie podchodząc do niego tak rozumowo a trochę bardziej uczuciowo…
  To są me przemyślenia, odkąd trafiłem do tego więzienia… Jakiego więzienia spytacie? Do więzienia mego rozumu – i oto  odpowiedź macie. Rozum mnie więzi, nie pozwala utworzyć z nikim więzi, a serce temu przeciwne buntuje się, ale niczym to nie skutkuje…  Rozum nie próżnuje w tej walce – cała sytuacja nie zmierza ku bajce i jej szczęśliwego zakończenia – serce z rozumem nie będzie mieć porozumienia… Oto podstawy  mego więzienia – brak porozumienia! A czy próbowałem wyrwać się z baszty i mej komnaty? Tak! – Lecz były to tylko żarty… Nie da się uciec, jestem zbyt zażarty by się do tego przyznać i ciągle próbuję… Jedyne co zyskuję to myśli, którymi się stresuję. Już nad tym nie panuję tylko nieustannie się dołuję. Me nadzieje są złudne, dla mnie samego jest to zbyt trudne! – Może Ty zechcesz mi pomóc?

V
Gdy poznałem Ciebie…

    Wciąż marzyłem o tej chwili! Nie myślałem jednak że może się ona spełnić… Popełnić teraz błąd… – Uciekniesz mi stąd, daleko… Gdy Cię spłoszę to zapewne poproszę abyś wróciła, znów się tu osiedliła. Lecz czy mnie wysłuchasz? W rytm mego serca się wsłuchasz i pojmiesz me uczucia? A jeżeli tak się nie stanie? W mym sercu pozostanie jedynie rozczarowanie… Ale czemu zrazu zakładam najgorsze? Może to wydaje mi się najprostsze… Muszę dać cos od siebie! W końcu i tak wszystko co robię, robię dla Ciebie! Bronię się przed prostotą – jestem osobą wymagającą nie tyle od innych, co od siebie samego.  To nie wysokie ego – to wiara we własne siły!
Deszcz zaczął padać, a Ty się uśmiechasz… Czy na coś czekasz? Chodźmy! Ty pod mym płaszczem, a ja sobie jakoś poradzę… Czemu skaczem my? Z radości! Drwijmy z posępności! Mamy siebie, cóż nam więcej potrzeba do spełnienia? Może jedynie kilku słońca promieni, co nas jeszcze bardziej rozweseli! Ale my już jesteśmy najszczęśliwsi, po co nam inne myśli…
Jestem przy Tobie, a Ty przy mnie! Swymi włosami mnie okrywasz, ja jedynie myślę „Chłopie! Życie na nowo wyrywasz!”.  Ja się Tobą zaopiekuję, a na pewno ze wszystkich sił spróbuję! Pragnę Twej bliskości! Nie mam żadnych posiadłości, cennych włości, majątków nieocenionych mam jedynie kilka pomysłów niedocenionych i uczucie, którym mogę Cię obdarzyć… Jeżeli Ci to wystarczy i zechcesz mi pomóc tworzyć, postaram się otworzyć dla Ciebie drzwi do lepszego świata. Świata w którym nikt nikim nie pomiata, gdzie uczucia to nie matnia, gdzie nikt nie wie czym jest apatia. Miejsce to jest bez stresu z jednego tylko powodu – nikt nikomu nie sprawia tam zawodu…
Ludzie cierpią przez brak opanowania, a wystarczy inicjatywa porozmawiania. Większość konfliktów prędko można zażegnać, jeżeli nie – ludziom przychodzi się pożegnać… Nie robią jednak oni tego z klasą, myślą jak uciec by zabrać się z jak największą kasą…

VI
Czas…

   Czas nieustannie nas gonni… Kimże jesteśmy w tej pogoni? Wciąż zapominamy o naszej roli… Nie pomożemy przechodniowi… Zaraz! Sami sobie pomóc nie potrafimy, sami do celu nigdy nie trafimy! Myślimy, że jesteśmy wyjątkowi, a tak naprawdę poddajemy się zwykłemu przypadkowi… Jedyne co nas różni to sposób myślenia – dla wielu jest to ciężar nie do uniesienia… Jedyne co nas łączy to działanie czasu na mnogość naszych złączy… Czas nas nie połączy, sami musimy tego dokonać! Wszelkie bariery pokonać, nie możemy się jedynie klonować! Swe życia raz jeden przewędrować… Po co nam kilka szans skoro i tak stracimy czas na analizowanie naszych błędów, lub będziemy szukać wykrętów, aby o tych błędach zapomnieć… Nie ważne czy zamieć czy też upał nastanie – ludzka głupota nigdy nieustanie… Nie jestem idealny staram się być wyrafinowany w swej prostocie, pisarzem o niskim locie… Pióro i kawałek kartki oto najlepsze zadatki na stworzenie siebie samego – tyle że trochę innego, lepszego a może gorszego. Zależy to od czasu, który nas zmienia, rozprzestrzenia nasze myśli, lecz niczego za nas nie wymyśli… Myślenie jest pozostawione nam – istotom najmniej do tego powołanych…  

VII
Oczy…

    Idąc po mieście widzę wiele wpatrzonych we mnie oczów. Poniekąd zauroczonych a nawet zmrożonych przez dreszcz emocji. Ludzie nie są jednak świadomi tego na kogo spoglądają. Nie spodziewają się prawdy, nie zauważają jej, nie chcą tego uczynić… Mijają nie człowieka, a jego wrak! Dziewczyny są zauroczone nie w normalnej osobie, a w człowieku rozbitym, wręcz przebitym na wylot smutkiem. Jestem tonącym statkiem… Tyle że zatonąć ani wynurzyć się nie mogę. Coś mnie trzyma, ale nie ma wystarczająco siły by mnie podnieść. Ale ludzie mylne mogą o mnie wrażenie odnieść. Tyle oczu, ale żadne nie potrafią zajrzeć w głąb człowieka… Zaraz! Widzę jak komuś drga powieka! Czy to znak? Ale tych oczu jest zbyt wiele, jakby ktoś rozsypał mak… Mnóstwo drobnych plamek, ale żadnej pomocnej dłoni. Może oni czekają na mój kres? Aż podwinie mi się noga…
    Nie jestem po winie, jeszcze kontaktuję! Wstanę i zaatakuję! Ale kogo? Zacznę od siebie! Sam sobie jestem wrogiem największym, sam sobie nie ufam i sam sobie nigdy nie pomogę! A może nie mogę? Tak! W rzeczy samej! Marnej to doczekałem się przyszłości…Zero wyrozumiałości! Mam w sobie siłę, ale jej nie wykorzystuję… A może zwyczajnie tu nie pasuję? Wszakże mentalnie jestem z przeszłości, lecz me myśli zwracam ku przyszłości! – Dla dobra ludzi, ale ciągle ktoś marudzi… Starań nie doceniają, do „sprawiedliwości” się uciekają… Jestem srogi, ale to są moje przestrogi, które wbijam Wam w boki niczym ostrogi… Prawda Was w oczy kole: „Ciągle gonicie w błędnym kole: pieniądze, władza, pieniądze…” Czemu to pieniądz zaślepia Wasze oczy? Życie dla Was sepia… – Póki nie macie pieniędzy, widzicie jak tarzacie się w nędzy… – Gdy macie fundusze, to wszyscy inni przy Was to słabeusze… Dziwna kolej rzeczy, wszakże czy biedniejszy nie może być bogatszy? Nie są Wam znane słowa: „uczucia”, „mądrość życiowa”, „prawdziwe szczęście”, „prawdziwi przyjaciele”, „prawdziwa miłość”…

VIII
Noc…

    Gdy przyjdzie noc, a swym mrokiem okryje moje myśli. To swym wzrokiem wybiegnę dalej niż zazwyczaj… A gdy wraz z nocą przyjdzie chłód i mój spokojny chód nikogo nie zbudzi, to przejdę się szukać myśli które za dnia pogubiłem… Czemu ich szukam? – Ponieważ zgubiłem się wraz z nimi… Noc przynosi mi spokój, którego za dnia zaznać nie mogę. Pokój, jego cztery ściany jest tak jak mój umysł – cały czarny – wszędzie mam zapisane jakieś notatki.  Oto całe moje manatki – życia zapisane kartki. W nocy spać nie mogę, myślę i myślę, dopóki ze zmęczenia nie padnę… Pomogę każdemu, ale sobie pomóc nie potrafię.

IX
Pożegnanie…

    Żegnam Cię zatem! Nie miej mi tego za złe… Muszę ruszyć przez życia szlaki – ale nie przy Tobie, a samotnie… Zmuszę się do życia, do zmienienia mego bycia… Ale nie obędzie się to bez uczuciowego odbicia… Słyszę już tylko paniczne serca bicia, ale wiem że serce to jest nie do zabicia! Smutki tego serca zaś są nie do zapicia… Miłość poszczuta nieszczęściem  to podłość… Uwolnić się od zła które niesie ta miłość – jest to rzecz mała… Lecz w swych konsekwencjach jest ona obrzmiała. Nie czuję już sponiewieranego przez los ciała, nie czuję radości, dzięki której nie widzę podłości, nie czuję miłości – pchną mną jedynie mdłości życia bez radości. Co robi me serce? Pości jedynie… Potrzebuję czasu, którego nie posiadam, potrzebuję . Okrutne knuję plany w mej głowie, w mowie tego nie przejawiam – Wciąż się czegoś obawiam… Wąż ze mnie przebiegły!
I tak oto biegły me myśli, szarpały się w serca rozpaczy. Tylko moje oczy mogą powiedzieć prawdę… Wiedzieć należy że to oczy odzwierciedlają nas samych – prawdziwych, kosmatych… Otartych o życia skały, przy nich człowiek jest taki mały… Śmiały zaś jest w swym działaniu, nie myśli o poddaniu się! Myśli o skradaniu się, życia podejściu, zetknięcia się z nim dopiera na zawiłym i ciasnym przejściu.. Człowiek nie myśli o odejściu od swych zamierzeń – ucieka się jedynie w stronę wierzeń. Wierzenia to nic innego jak marzenia – o tym jak stać się kimś, kim być sami  nie potrafimy…  Nie było mi dane wierzyć, bez tego potrafię mierzyć… Mierzę wysoko, tam gdzie ludzkie oko nie sięga, a człowiek się jedynie zagłębia w lekturze drugiego człowieka… Błogiego uczucia dane było mi dostąpić, ale nie potrafię od daru mego życia odstąpić! Czy godnie byłoby tak postąpić? Jedynie zostaje mi potępić to co jest we mnie złe, nieuleczalnie chore… Maniakalnie poszukuję sposobu na uratowanie obu naszych dusz… „Rusz się wreszcie!” – Powtarzam to nieustannie, przerwy są gdy przenikam z jednej pustki do następnej…
    Pustki – to przestrzeni niewypełnionej,  ciche i bezdenne wymiary jak otchłanie mego mózgu, w których sam się zatracam, lecz tak szybko z nich nie wracam… Jeżeli już powracam to tylko na moment, zaczerpnąć tchu i znów nurkuję w te martwe tonie… Robię to potencjalnie w swojej obronie, lecz ślepo zawierzam każdej wronie mych myśli… Wszystko to kieruje mnie ku kolejnej wojnie! – Znów pozostanę osaczony! Naznaczony przez tych którym nie jestem i nie będę podległy! Nigdy w stosunku do nich nie będę uległy!
    Nie jestem ślepy! Nie jestem też głuchy! Nie boje się żadnej kostuchy! Denerwują mnie jedynie muchy lgnące do tej kostuchy! Żadne duchy nie są mi straszne, marznę jedynie  w ich towarzystwie… Diabły z widłami nie są żadnymi straszydłami… Wszyscy są braćmi i siostrami, z którymi każdy się zbrata… Ale to nie jest jeszcze czas mojej przyjaźni z nimi! Waśni też nie potrzebuję… Wystarczy że im za nadto współczuję…  Czasem z nimi potajemnie współpracuję! Rozmawiam z nimi o życiu tak jak o drogi przebyciu w oparciu, lub natarciu podczas rozmowy… Nie mam żadnej wady wymowy, jednymi słowy ciągle w nocy słyszę sowy, widzę ścięte głowy – oto owy mój przypadek! Chore myśli… Domek z kart gotów runąć bezwładnie… Ja tylko czekam aż opadnie, załamie wewnątrz samego siebie… Tak jak ja – Załamany, zmiażdżony i poraniony przez natłok tego co na mnie upada… Jedna jest rada i jedna prawda! Trzeba wstać!
Psia moja mać! – Wszystko zniszczyłem sam i sam będę musiał ponieść tego konsekwencje!  Złe są me intencje! – Nie zwiążę się z nikim, nie ważę się skrzywdzić drugiej osoby… Lecz wiem, że samotnie nie spędzę choćby jednej doby… Nie chcę usłyszeć od Ciebie: „Kocham Cię mój luby” – ja nie chcę Twej zguby! Wsadźcie mnie w dyby i samotnie zostawcie: nie pomagajcie mi, nie litujcie się – odwróćcie się i pójdzie w swoją stronę…

X
Pragnienie życia…

    Żyć pragnę w spokoju niezachwianym, nutą tajemniczości owianym. Twórcą jestem marnym! Lecz w myśleniu niezażartym. Nie chowam się przed światem niezbadanym, w skomplikowanej prostocie niezjednanym…Jestem mistrzem w myśleniu niebanalnym! Obalam ówczesne stereotypy! Wszyscy inni przy mnie to nieudane prototypy… Ja jedynie życia nie potrafię złożyć do kupy. Dni to dla mnie mury nie do przeskoczenia, lata to chwile odosobnienia. Szykuję się do ciężkiego ciała podniesienia, mymi słowami do ludzi trafienia. Siebie samego potępienia w myśl mojego założenia: „Jestem drobinką miotaną przez życia wiatry”. Swe życie już dawno przegrałem ze śmiercią w karty, co sprawia iż już jestem nic nie warty… Śmierć – to dobry przyjaciel!  Rzecze do mnie: „Marzyciel z Ciebie, ruszaj zatem ścieżkami życia swobodnie i tak kiedyś staniesz po mej stronie… Masz plany, brak Ci jedynie w siebie wiary…”
Nękają mnie za to koszmary – niezliczone od życia dary! Jednego, najcenniejszego podarku niestety nie widzę! Widzę jedynie siebie siedzącego, zamyślonego… Wprawiłem się w rolę myśliwego – lecz zamiast zwierzyny staram się upolować uczucie! Mam dziwne przeczucie, że prędko mi się to nie uda… Pożre mnie krocząca za mną nuda i schematyczność mych działań – dziwna to przypadłość! Lekarstwem na nią jest podarek wcześniej wspomniany, którego wziąć samemu nie można – miłość… – To może dać jedynie oddana kobieta, wierna żona – wymarzona istota, odnaleźć taka trudno, lecz bez niej opadnę na samo dno… Zaraz! Ja już dna dosięgłem, zemstę na sobie poprzysięgłem, celu jednak dalej nie osiągnąłem. Na podium szczęścia nogi nie postawiłem, jedynie mym pragnieniom dzielnie czoła stawiałem! Ducha mego na zgubę posłałem! W ręce nieznanej miłości go oddałem! To od niej zależy czy ciało me nie stanie na skraju wieży, nie skoczę…
Po jasnej życia ścieżce kroczę, a gdy skoczę zatrę to co do chodzenia mnie zmuszało – to na czym mi zależało – stracę kontrolę nad wydarzeniami! Lecąc w dół zasłonię się ramionami, upadnę uderzając o ziemię kolanami… Nie paktuję z nieczystymi siłami, nie złagodzą one mego upadku! Pomalutku jednak dostrzegam, że z tym światem się tak prędko nie pożegnam! Nie spieszy mi się nigdzie, jedynie samotność mnie peszy… Cały mój majątek to kilka wierszy, parę stronic opowiadania i psychika do zbadania…
   Napisałem już na biegu stosowne pożegnania, jednak nie odzwierciedlają one prawdziwego przebiegu moich wyborów… Było to jedynie dla zachowania pozorów, ustalenia sobie jakiś wzorów… Były to plany, lecz co drugi wydawał się nierealny! Pozornie naturalny jak życia polany… Normalny był jeden – być sobą i według swego sumienia zakończyć wszystkie rzeczy rozpoczęte… Ucięte plany scalić, całe zaś bez śladu spalić… Tak oto siebie chcę obalić, z tronu podłości zrzucić, sznur na szyję dawnemu sobie zarzucić, nowemu i lepszemu   miejsca ustąpić! Wypić lampkę wina i tak zwycięstwo dobra uczcić, wszelkie złe myśli porzucić, tymi dobrymi się radować! – Wszystko to aby swe życie ratować…

XI
Wizje…

   Widzę przyszłość daleką… Będzie ona istną męką… Każde istnienie skazane będzie na śmierć… Każde istnienie będzie niewybaczalnym błędem w przyszłym systemie, zakłóceniem w prostym rytmie… – rytmie komputerów, taktowania ich procesorów, „oddychaniem” ich sensorów! To ostatnia szansa by walczyć o przyszłość ludzi! Niech każdy z nas choć przez chwile się myśleniem potrudzi! Rąk sobie tym nikt nie ubrudzi, zapewniam… Trzeba ochronić przyrodę, ludzka prawdziwa urodę, ustabilizować pogodę, wykreować nowa modę! Walczmy nie ze sobą wzajemnie, a przeciw naszym niecnym celom… Sobie lepszego życia nie zapewnimy, zapewnijmy je naszym dzieciom! Nie mogą one kontynuować naszych błędów, nie chcemy przecież ich wybitych zębów, nie chcemy zwiększać populacji wdów – Musimy ujrzeć nie słuszność naszych celów, tylko ich następstwa czasowe – czemuż winne i zadłużone jest każde niemowlę? Bardziej dbamy o „hodowlę” naszych arsenałów, nie myślimy nawet o dziecka dożywianiu… Nikt nie pomoże ludziom w tym zmaganiu, ludzie sami powinni sobie pomagać, lecz spada to na barki tych, którzy nie mają nic, a wiele potrafią ze swej strony ofiarować! Potrafią dawać nie żądając niczego w zamian! A Wy – psubraty ?! Potraficie kręcić jedynie na siebie baty – to Was nęci – zapisanie się ludziom w pamięci! Jestem zawiedziony postawą mego gatunku – człowieka istoty „mądrej” – Chcę tylko krzyczeć: „RATUNKU” Lecz to nie ja potrzebuję teraz pomocy, a ludzie głodujący…
Maszyny obliczą nam dawki jedzenia –wydzielą racje pożywienia… Świata skupienia chcą w swych złączach… Zawładnąć wolnością i umysłami – wielu jednak pogodzi się z  tą przyszłością, lecz ci nie grzeszą mądrością… Wiele za nich zrobić nie możemy, wszakże myśleć za nich nie będziemy! Do walki się przygotujemy,  działanie buntu rozpoczniemy i będziemy go prowadzić, póki wszyscy nie zginiemy! Może chociaż część naszego celu osiągniemy! Uda się to jedynie wtedy gdy ramię w ramie obok siebie staniemy! Razem po upadku powstaniemy! Jednak o tym czy przeżyjemy – sami zadecydujemy…
    Czytając to powiesz: „Mnie to nie dotyczy, w brednie nie wierzę!” Do wiary nikt Cię nie zmusza… Pytanie tylko czy interes świata Twe serce porusza… Wyjrzyj przez okno i zobacz ile osób siedzi przed komputerami – są oni w większej mierze nałogowcami! Komputery już teraz wpływają na ludzi, maszynom nigdy się to nie znudzi… Możesz się sprzeczać, nie dowierzać i wyzywać mnie, lecz to nie na mnie spadnie odpowiedzialność, lecz na wszystkich Tobie bliskich…
    Mam fantazję i bujną wyobraźnię! – Nie mogę tego zaprzeczyć… Lecz przyszłość przewidzieć nie jest rzeczą trudną… Boli mnie jedynie wizja wszystkich tych, którzy przez brak wolności chudną! Sami nie mają siły się wyrwać z wirtualnej i jednocześnie rzeczywistej sieci! – W głowie mi się to nie mieści… Naszym zadaniem jest oswobodzić rozum ludzki, uniezależnić go od komputera – Wsadzić na siedzenie skutera i wywieść z dala od technologii! Nauczyć takiego człowieka na nowo myśleć, słyszeć i patrzeć na świat – dojrzeć jego piękno… Otworzyć okno do nowego zdrowszego życia!
Są to wytyczne do zwycięstwa naszego… Pytanie jest jedno: „Czy zechcesz nimi podążyć, do walki się przyłączyć”. Być może jeszcze nie jesteście gotowi do tego, aby się „odłączyć” o tego co Was trzyma… Lecz pamiętajcie – im dłużej zwlekać będziecie, tym mocniej będą się w wasze ciała wrzynały macki  technologii… Powrócimy do początków greckiej mitologii – do chaosu który uporządkują maszyny! Nie zrobią one tego jednak bez przyczyny… Staną się bogami – nadadzą nam prawa, których same będą strzec, my zaś będziemy ich podwładnymi, niezależnie od tego jakimi kto funduszami będzie operował… – Nikt nie będzie maszyny sterował! Nikt maszyną nie będzie kontrolował! To maszyna człowiekiem będzie poniewierać!  Nigdy maszyna człowieka nie będzie wspierać – potrafi mu jedynie zdrowie i wolność odebrać…
   Skierujcie zatem wzrok ku naturze, patrzcie na nią choćby przez dziurę w murze! Natura pokaże Wam jak wygląda piękno prawdziwego życia, jest ono do zdobycia! Na wyciągnięcie ręki…  Przyroda jest lekarstwem na Wasze udręki, nie poda wam ręki, lecz da obie dłonie, a nawet całą siebie dla Was poświęci! Jedyne czego wymaga to chęci i opieki o jej dobro…

XII
Walka…

   Toczę walkę na wiele frontów, nie starcza mi czasu na zbudowanie fortów, wychylam zatem głowę jednie z okopów… Nie jest to bezpiecznie rozwiązanie, ale pozwala prowadzić jako takie wojenne działanie… Walczę w imię jakiejś słusznej idei? Walczę dla zatrzymania przy sobie nadziei – „Na co?” spytacie – Na lepsze jutro! Nie walczę o prezydenckie biuro… Walczę o wolność samego siebie, oraz innych mi podobnych… Ciągła podłość przerasta niejednego – spokoju dla takich ludzi pragnę błogiego! Walczę o lepszą przyszłość na tej do cna przenicowanej ziemi… Mam nadzieję iż życie tu się szybko zmieni… – Wystarczy kilka uśmiechów promieni! Walczę o względy dla piękna przyrody, nie chcę ustanawiać nowych kanonów mody, jedynie uczynić coś dla zgody – człowieka i natury! Dla niektórych są to tortury niemiłosierne, lecz serca maja oni zniszczone niezmiernie… Potęguje to moje zwątpienie! – Wątpię w sens prowadzenia wojen, dla nieszanujących tego osób… Obciążających mnie ciągle zarzutami i obelgami… Lecz tak to już jest – człowiek nie doceni drugiego człowieka, gdy ten nie ma z tego jakiś namacalnych korzyści… Mam nadzieję iż ulegnie to zmianie w przyszłości! Lecz nie ma przyszłości bez miłości, tak jak i bez niej nie ma wolności! Lecz od miłości do podłości droga krótka… Cóż człowiek jest w stanie poświęcić dla miłości?!
O prawdziwym uczuciu można mówić wtedy gdy ktoś potrafi być przy drugiej osobie nieustannie, jednocześnie będąc od tej osoby oddalonym, a przy tym od niej uzależnionym – wewnętrznie i intelektualnie! Nieaktualnie jest jednak mówić tak w owych czasach… Dziś miłość przybrała inną formę – Oderwała się od dawnych uczuciowych wzorców, straciła na wartości… Niczym postrzelona kuleje, aby za moment upaść całkowicie, swą niedolę zatopić w rzecznym korycie… Moja mentalność jednak nie pozwala mi przyjąć tej wiadomości. Zatracony jestem w kłamstwie, które w mej głowie gości… Przyjąłem własny ogląd na świat, niczym wariat doszukuję się we wszystkich znaczeń ukrytych, przepełnionych głębią przekazu! Robię to sam, bez czyjegoś nakazu… Brak mi mądrości, aby pojąć otaczająca mnie głupotę, brak mi wspomnianej ów głupoty, by zrozumieć życia nieustanne przewroty…
Dla tego walczę o życia zrozumienie – może to nada mym myślom spełnienie… Czy walka to jest słuszna? – Czas mi jedynie na to pytanie odpowie. Mam nadzieję iż będzie on dla mnie litościwy, wie on bowiem iż człowiek ze mnie mściwy, lecz w żadnym wypadku nie jestem chciwy… Dla siebie o wiele nie proszę! Żadnych dodatkowych praw co do siebie nie roszczę… Całe życie w duchu poszczę, teraz chcę jedynie pełnią sił nabrać szczęścia do płuc, byle nie stłuc przy tym czyjegoś serca! Nie potrafiłbym się cieszyć z czegoś, co zostało stworzone kosztem kogoś… Radość sprawi mi szczęście bliskiej mego serca osoby, nie ważne czy będzie ono związane ze mną, czy też z kimś innym! Widząc ich trzymających się za ręce, to sam się w duchu ucieszę! A moje serce? Walczyć będzie, nie zrozumie ono iż ja nie jestem najważniejszy, ważniejsza jest osoba którą się kocha i to czy jej życie dobrze się układa… A to czy i jak na nas spogląda, to już inna historia…

XIII
Rzeka smutków…

   Rzeka smutków, morze łez i wodospad myśli o Tobie! Tak właśnie niczym kropla będę drążył skały, żył aby do Ciebie trafić! Nie wiem ile mi to czasu zajmie, być może utknę na jakiejś tamie… – Nie do przebycia bramie! Lecz odległość nas dzieląca to nie żadna fosa! Zdaje się na węch mego nosa! – Trafię do Ciebie i żadna osa, żadna kosa oraz żadne ostrza skierowane w mą stronę mnie nie powstrzymają! Żywiołu wody nie zatrzymają! Piaskiem mnie dranie przysypują, lecz krople i przez piasek się przekopują – wszelkie piasku fragmenty nieustannie tratują i drogę do celu sobie torują! Drobne kałuże ślad mej drogi maskują, w świetle księżyca pięknie połyskują… Są niczym rtęć piękne lecz zabójcze, toksyczne wręcz dla nieprzyjaciół… Ale wody krople od pszczół roju Cię ochronią, jeżeli tylko jest wody dostatecznie dużo i Twe ciało pokryje, żadna pszczoła Cię nie odkryje!  
Woda niszczy, woda buduje, czasem rzeźbi, lecz przeważnie Twym decyzjom wtóruje! Woda potrafi wysłuchać , swym szumem jest chętna każdego uspokajać… Swą melancholią upajać, myślom odpowiedni kierunek nadawać… Życie zaś Twe w odpowiednią stronę kierować! Myśli swobodnie odblokować i zastać siebie samego! – Innego, lepiej wykreowanego…

XIV
Pożar sumienia…

   Płonę! Cały się palę… Sumienia mego pożaru nie jestem w stanie ugasić – swego ducha mogę stracić w tym pożarze! Czuję się jakobym był obecny w jakimś koszmarze, w niedomiarze wiem, że  cały się poparzę! Pali mnie wszystko! Płonie duszy mej wrzosowisko… Temperament mój zaognia sprawę! – To nie życie to agonia! Konwulsyjne odruchy mego sumienia zmieniają mój sposób na świat patrzenia! Szukam odosobnienia – najlepszego miejsca do pożaru ugaszenia! Sam na sam z wyzwaniem, zajmę się siebie samego deptaniem! Od wody dzieli mnie kawał drogi, a mnie palą się już nogi! Czuję za to spokój błogi… Cierpień niewiele mi zostało, nie wiem tylko jak długo to ciepło piekielne będzie miotało moją dumą i duchem nieutemperowanym – na porażkę od poczęcia skazanym! Kości trzaskają niczym gałązki w ognisku, właśnie się znalazłem na sumienia mego „trupowisku”!  Nikt nie ucieknie temu widowisku! Nikt też mi nie pomoże! Zostałem sam na życiowym ugorze, o tej najciemniejszej dla mnie porze…  Tak jak pociąg samotny na torze – jadę zerwanymi szynami, w końcu nieuchronnie wpadnę w morze… I tak oto nadejdzie kres mego wewnętrznego pożaru, ale do tego czasu, lecz teraz ciszę przerywa dźwięk hałasu – spowodowany chaosem  słów mych wykrzyczanych, bólu wypowiedzianego – słów człowieka straconego…

XV
Zamrożenie cierpienia…

   Zimno mnie przenika – zmroziło we mnie duszę wojownika, obudziło zaś mentalność cierpiętnika! Idę skrawkiem chodnika, chcę odnaleźć ochotnika, który zrzuci mnie z brzegu krawężnika… Zimno zabiło we mnie uczuć gorących masę, narzuciło nową życia trasę! Podłe to zjawisko w jednej chwili, przy jednym podmuchu – stracić wszystko… Dawnego siebie zagubić, nie móc nikogo polubić – życia swego chwile mogę jedynie cierpieniem okupić… Zimno zmieniło me serce w kamień – nie pamiętam już dokładnego przebiegu zdarzeń… Jest to bryła lodu – stojąca na środku ulicy, czekająca na potrącenie samochodu! W spadku pozostawię kilka oziębłych słów i bilet na pokład statku… A statek ten płynąć będzie daleko! Do krainy w której rządzi wyrozumiały nastolatek… Rządzi on sprawiedliwie, zawsze uczciwie, jednak i lód do jego serca sięga – Wy musicie mu pomóc! Ożywi go wartościowa księga – bo księga to zlekceważona potęga, a tego kto jej nie docenia – szybko kara surowa dosięga!  Nie ucieknie on spod katowskiego miecza, lód tylko na to czeka – szuka sposobów do człowieka w człowieku zabicia! Zatrzymania serca jego bicia… Chłód to wróg nieprzejednany, ciepłem radości i miłości odpychany… Strzeżcie się go! Nie chcecie spotkać się z nim, wolicie uciekać – wiem to doskonale! Nie nadajecie z nim na tym samym kanale, przynajmniej większość z was tego nie robi – większość skupia się na banale i to jest ich wadą! Podążą oni za każdą modą…
Nie czuję już dłoni! – Lecz wiem że i tak nikt mnie nie uchroni przez zgubnym końcem mej podróży – w krainie lodu nie uświadczę żadnej róży, nic tutaj nie położy kresu oziębłości ludzkiej…

XVI
Uziemienie myślenia…

   Widzę zgubność mego dążenia – potrzebuję mych myśli uziemienia… Ziemia przyjmie ich korzenie, obserwować będziemy je mogli w bujnej pomysłów koronie! Drzewo marzeń, drzewo pomysłów – doprowadzi do poruszenia ludzkich zmysłów! Obudzi pragnienie obcowania z naturą, nie przejmowania sią rzeczywistości burą – życiem chudym jak szkielet, ale szkielet ten potrafi odprawić balet nieziemski potem odejść z uściskiem ręki i do końca dnia składać dzięki za uwagę… Jakąż wagę ma przyrody znaczenie? – Ogromne! Do życia jej istnienie jest pożądane! Wszakże nic innego jak przyroda nie wpłynie tak na człowieka, nawet zgoda go tak nie poruszy, nie zmieni jego duszy… Przyroda nie szuka sobie następnego wroga, jest pomocna, bo chce żyć w przyjaźni ze wszelkimi istnieniami! Stworzeniami najdziwniejszymi nigdy nie gardzi! Na dobro człowieka sprowadzi, do zwycięstwa ze złymi nawykami poprowadzi – z innymi istnieniami się naradzi i na problemy ludzkie zawsze cos zaradzi. W swych osądach nigdy nie przesadzi – jest jak matka szczerze kochająca swe dziecię – nie pozwoli skrzywdzić go nikomu na świecie… Ale w zamian wymaga prostych rzeczy trochę opieki i szacunku dla jej pracy! – Jeżeli Cię to męczy, ona to zrozumie i spod swej opieki nie wyjmie!
Matka ziemia – proste słowa, a ich prostota wszystko zmienia… Świata ciekawość we mnie odkrywa, ciekawość też związana jest z tym co od niej mogę dostać! – Miłość – Ale niespotykana w świecie, można ją odczuć gdy położy się na trawie, zamknie oczy, a duchem poczuje się jedność… – Można odczuć w tym niesamowitą przyjemność! Moje myśli nabierają innego bardziej złożonego wymiaru, lecz brak mi zamiaru ich spisania, nie jest to potrzebne – nikt też tego nie zrozumie poza mną i zielenią bogatą w uczucia! To są zbyt głębokie odczucia! Nie potrzeba mi pośród zieleni myślenia – mam zamysł co do nowych drzew posadzenia, starych zaś uleczenia! Nie mam na pomoc uczulenia, w ten sposób jedynie spełnię swe marzenia! Na tym świecie jest jeszcze wiele do zrobienia, lecz mam powód do siebie samego spełnienia i na rzecz tego zamyślenia udaję się do lasów aby pozbyć się wszelakich chwastów – połaci jego obrastających…

XVII
Pełnia pustki…

   Dziwne to zjawisko – być jednocześnie nie istnieć, widzieć świat ale nie móc go dotknąć – widząc szczęście nie móc po nie sięgnąć… Nie jest to nic prócz pustki, ciągle czuję bóle trzustki… A może to ślepa kiszka?! – Może gdzieś zabłądziła? – W końcu ślepa jest nieustannie, lecz ślepoty jej nikt nie wygarnie… Błąka się ona zatem po dziwnej krainie, która ciałem potocznie zwiemy…  – Ślepej kiszce nie pomożemy! Śmiejemy się tylko z jej niedoli, słuchamy o czym wiecznie biadoli, ale drogi nie wskażemy – na wieczną wędrówkę kiszkę skażemy! Ale nie wiedząc o tym z kiszką nasz los ściśle zwiążemy… Jesteśmy ślepi jak i ona, w każdym człowieku dostrzegamy potwora – taka to jest właśnie ludzka zmora! Nie dostrzegamy tego, że sami w sobie chowamy stwora…
Może nie chcemy tego dostrzec? Cóż na to pytanie odrzec… Każdy sam zna prawdę, jak też każdy zna swą największą wadę… A gdy ktoś zobaczy wodę i przejrzy się w jej tafli, to szybko obaczy swe wnętrze! – Pytanie tylko czy osobie tej sił wystarczy, aby przyjąć rzeczy nieuniknione do wiadomości…
Czy osoba taka sprosta prawdy bezpośredniości? Czy człowiek jest w stanie oprzeć się swej podłości i przejść natychmiastowo do wyrozumiałości? Niewielu temu podoła, reszta włoży swój umysł do imadła! – Ale ta grupa już dawno w swym życiu się poddała… Grupa, która wygrała wielkie bogactwa od życia otrzymała! Trwają oni teraz w radości, prawdzie i miłości! – Tylko dla tego, że wytrwałość w ich sercach gości! Spytacie się: „Gdzie ja w tym wszystkim się znajduję?” – Otóż jestem wciąż po środku! Raz z łomotem upadam na samo dno, aby potem się podnieść! Wywindować się na szczyty doniosłości, dosięgnąć szczytu i znów opaść bez powodów do dalszego bytu… Jednak spaść z samej góry to wyczyn dosyć trudny… Pozornie wydawać by się mogło na odwrót… Lecz ci ludzie z dołu czekają na mój powrót! Dam im satysfakcję, uczynię dla nich tę akcję! Ale podczas spadania będę szukał nowych celów, do których będę dążył bez oporów…
    Spełnić me pragnienia jest trudno! Nie opuszcza mnie stan wiecznego roztargnienia – Zła to rzecz, gdy potrzebuję myśli w jednym miejscu skupienia – serca zaś na nowe drogi otworzenia. Chcę uniknąć uczuć stłoczenia, potrzebuję ran głębokich wypełnienia… Są to bardzo proste marzenia – uniknąć z nieszczęściem zderzenia! Ale uniknąć muszę też do siebie samego uprzedzenia – wszakże nie może dojść z mej strony do mych myśli wyprzedzenia i przyszłości podejrzenia… Nie mnie dane jest znać przebieg wydarzeń i tak nie powstrzymam w życiu złych zdarzeń Niezależnie od wierzeń człowiek nie odstąpi od swych zamierzeń… Tak i ja nie zmienię swego zdania! Będę postępował według własnych na świat spojrzeń!

XVIII
Głos rozsądku, a  system porządku…

    Od nieporządku kręci mnie w żołądku! Chaos wdarł się do mych myśli… Darł je na strzępki – podłe są chaosu występki! Ale w chaosie można doszukać się harmonii – grunt by je j nie dostrzec przy przedśmiertnej agonii! Nikt mnie nie goni, zatem chaos rozpracuję bardzo powoli – może do wzmożonego myślenia mnie to skłoni… Myśleć będę z zaciśnięciem obu dłoni – a spoczywać one będą na mej skroni… Może myśli to moje od zbędnego ciężaru uwolni!
Sumienie zaś mi mówi abym zbytecznie sienie trudził – nie rozum a zmysły pobudził, z prawdą się pogodził iż żem się nigdy nie oswobodził… Mówi jeszcze abym myśli swe ochłodził a sam siebie oprzytomnił! – Jest to niewykonalne i bardzo niebanalne – myśli me są niepoukładane! A bez odpowiedniego myślenia nie ma sensu do celu dążenia… Taki oto jest zgubny głos mego sumienia…
W rozsądku nie ma porządku, w ściśle określonym systemie nie ma rozsądku… Nie ma również jawnej granicy między nimi… – Są  wartościami względnymi, w zależności od sytuacji małymi lub dużymi!  Nie można się nimi wzorować, nie można się też na nich ściśle opierać – każdy sam prawdy musi się doszukać, siebie samego tylko na chwile da się oszukać… Można oszukać ciało, można oszukać rozum, ale serca i uczuć się nie oszuka! Oszustwo to nie sztuka! – Jest to jedynie w uporządkowanym systemie luka… Podstępnie w ufności Twej wrota stuka!

XIX
Ból przyjemności…

Słyszę trzask nadłamanej ufności, zatrzymuję się i pytam: „Czy nie zaznam już przyjemności?”… Utraciłem zaufanie do całego świata, doznałem stanu „wewnętrznego mata” – Jedyne rozwiązanie to znaleźć kata! Ale i u kata dostrzegę brata! Może mnie zrozumie, odczyta me myśli przed egzekucją… Ale z jaką spotkam się reakcją? Może topór mu się zachwiać… Lecz nie zamierzam go przez to potępiać – o co innego będziemy się spierać! O to, że źle swym życiem gospodarowałem! – Do śmierci po imieniu zawołałem… Czynu jednak swego nie żałowałem, potępiłem jedynie moją nadgorliwość! Czy kat mnie zrozumiał? – Głową jedyni potakiwał, ze swojego katowskiego fachu pokpiwał… Ze mną się zgadzał… Ale ja jestem łucznikiem, któremu zabrakło strzał – zdezorientowany i zagrożony… Chcę walczyć lecz nie mam czym, nikt mi miecza nie użyczy… Ktoś mi nad uchem ciągle krzyczy! Nie zniosę tego – Zaraz strącę z wierzy dowódcę mego…
    Zostanę wtedy sam, ale samotnie nie dostrzegę szczęścia bram – Obraz z mej głowy wytnę i jakoby mapę wsadzę do wysadzanych diamentami ram! Będę się nim kierował – kursem mej tułaczki sterował! Obym tylko po drodze z sił nie opadł… Bledł z braku należytego odżywienia… Może los uchroni mnie od zbędnego cierpienia, serce porzuci swe pożądania! Lecz nie mogę im zawierzyć, muszę wierzyć w rozum – jeżeli chcę przeżyć! Nie ma innego wyjścia, do szczęścia brak jasnego przejścia…
   Tułaczka moja prędko się nie zakończy, nikt też za mnie mojej drogi nie dokończy! Jestem zdany na siebie, idę przez góry słabości – o suchym chlebie… Wciąż poszukuję Ciebie, może mi się to uda niebawem… Gdy tylko się do Ciebie zbliżam, Ty prędko uciekasz, moim uczuciem się nikczemnie zabawiasz!  Zaprzestań czynów tych niecnych! Nie wykorzystuj przeciw mnie swych kształtów kobiecych! Nie mam siły dłużej się Tobie opierać… Nowe kursy na niespokojnym oceanie emocji muszę obierać! Zawładnęłaś mną, lecz tak nie pozostanie! Czas władzy nade mną jeszcze nie nastanie! Walczyć o swą swobodę będę nieustannie! Mam nadzieję iż szczęście mi nie przepadnie…

XX
Zniszczenia…

    Słyszę jak rozrywana jest bomba za bombą… Jedna kamienica za druga porywana w powietrze… Tam! Na siódmym piętrze! Mieszkał mój przyjaciel… Nie zastałem go dziś w domu… Mnie też w nim nie zastano, nie było do dane nikomu… Z mego serca potwornych czeluści zostałem bezprawnie wyrwany! Rozum mnie zaraz opuści, będę działał instynktownie… Myśleć będę gwałtownie! Nie przyjmę niczego z rozsądkiem – tylko z nowym, ustanowionym przeze mnie porządkiem! Słyszysz?! Wysadzili most! Nie mamy już jak wrócić… Możemy się zbytecznie kłócić, albo odbić to co nam odebrano! Jesteśmy najlepsi! – Podobno – Teraz się wykażmy! Porażkę od planów oddalmy! Strzały nasze podpalmy, granicę ich bólu zbadajmy! Wróg musi cierpieć!
Dosięgnie wroga rychła śmierć… Zostaliśmy sami, sami na tym cmentarzysku – powierzyliśmy nasze życia wosku… I co?! I teraz to od nas zależy czy zginiemy jak należy! Śmierć nasza jest nieunikniona… Jednak przed śmiercią padniemy sobie w ramiona, pożegnamy po przyjacielsku! Potem odwrócimy siew stronę nieprzyjaciela i jego pożegnamy, lecz nie w jego rodzimym języku, a po polsku! Niech wiedzą z kim walczą! Nie osłonią się pod żadną tarczą!
Moja ręka! Dostałem odłamkiem… Co tam ręka! Grunt że głowa cała! Odłamek nie rozciął poważnie ciała… Słyszę jęki rannych, niedobitych – twarzy nie poznaje żadnych… Gdzie jest moja jednostka? Muszę ich odnaleźć, lecz przeszkadza mi przebita ręka i skręcona kostka… Siądę na chwilę, rany opatrzę! Wroga nie ma w pobliżu… Zapewne dorwał się do spichrza i myszkuje w zbożu!
   Zaraz kto to?! Widzę jakiegoś mundurowego przy pręgierzu… Strój jego ciemny jest niczym woda w morzu… Krzyknę, może zrozumie… Lecz pistolet będę trzymał w pogotowiu! Nie będę na wroga żałował ołowiu… Ale teraz nie mogę tracić spokoju!  – Hej człowieku! – Odwrócił się znaczy ze usłyszał! Ale zaraz czemu broń do ramienia przystawia, kroczy w moją stronę… To nie rodak! Nie odezwał się ani słowem! Strzeliłem…  Nieprzyjaciel zrobił kilka kroków upadł i już tylko charczał…  Wypluł trochę krwi…
    Dobrze postępuję – tak mi coś mówi – lecz ja sobie nie wierzę! Czy należała się śmierć ów żołnierzowi? Teoretycznie podczas wojny śmierć należy się każdemu nieprzyjacielowi… Ale to jest wbrew prawą natury! To nie człowiekowi dane jest odbierać życie, przelewać krew ludzi mniej lub bardziej winnych! Ale teraz zginął człowiek o nieprzyjaznej, wręcz wrogiej twarzy i oczach piwnych…
Myśli tajemnicą owianych nie zrozumiem, rozkazów mi przekazanych nie zdradzę – lecz czy przy torturach sobie poradzę? Trzeba iść! – Nie ma rady… Zewsząd otaczają mnie wrogie gady, co nie zaprzestały miasta ostrzeliwać… Nie ma kto im się sprzeciwiać… Poległem wraz z mym honorem – ale czy to nie jest mej zguby pozorem? Zali żyję jeszcze, polegli póki co liczni wieszcze… Zacni to byli przyjaciele, było ich tak wiele… Teraz jedynie garstka się ostała – reszta w forcie stworzonym z własnych tworów przepadła! Tam czują się bezpieczni! – Nie czują tego jedynie ich podopieczni…
   Czym jest fort z papieru? – Niczym! Możesz szukać  jego upadku przyczyn, lecz ta jest jedna – dobrze wszystkim znana… Fort potrafi zniszczyć przechodząca nieopodal młoda i piękna panna… I tak oto rozpoczyna się toczona przez nią ofensywa – dobrze ona pływa, więc przez fosę się przeprawi… Słyszę hałas spowodowany odlotem stada żurawi – I w moich myślach coś chce uciec, coś się wali – w sercu zaś płonień miłości za moment się zapali…
Syndrom sztokholmski – to dziad pieroński! Zakradł się niespodziewanie, spowodował w nieznajomej zakochanie – lecz miłość to nie moje powołanie… Szczególnie teraz gdy wszystko się  posypało, spokoju na moment nic mi nie przywiało! Dręczy mnie ostatnio jeszcze więcej pytań niż zazwyczaj! Dziwny jest mój obyczaj – na pytania poszukiwanie odpowiedzi, lecz do czego to prowadzi?
    Z czym ja tak naprawdę walczę? Kim jest ów najeźdźca? Wiem jedno – serce me niczym owe miasto – zniszczone jest doszczętnie przez miłości bombardowania… Przybrało to formę dziwnego opowiadania… Lecz nie tylko miłość mnie atakuje! A osoba która mnie nią torturuje! Jest to uczucie zbyt czyste, zbyt piękne abym na nie zasłużył…  Zatem miotam się jak opisany żołnierz – poraniony i samotny, do zwierzęcych zachowań zmuszony… Teraz jestem niczym śliwka – zewnętrznie i wewnętrznie ususzony! Dziwna to rzecz – uciekać od miłości jednocześnie do niej dążyć – miłością darzyć drugą osobę, lecz nie móc ścierpieć jej miłości do mnie… Może to przez to, że wiem jakie będą uczucia tego konsekwencje – wiążą się z tym liczne prewencje! Nie mogę pozwolić aby moja słabość do Ciebie przerodziła się w karę! Wierz mi, wypijesz tej goryczy czarę, niepotrzebnie całkiem – ja nie jestem człowiekiem – jestem niczym pusty orzech – z zewnątrz twarda skorupa, lecz w środku niewypełniony, nawet rzekłbym skamieniały i bezuczuciowy! Czy takiego mnie pragniesz?! Sama najlepiej to wiesz… Potrzebujesz ciepła i miłości, których ja Ci dać nie mogę – jedynie jako najlepszy przyjaciel zawsze Ci pomogę, doradzę… Ale w życiu Ci ani raz nie zawadzę! Do lepszej przyszłości –beze mnie – zaprowadzę…

XXI
Górska przeprawa –
Na koniec świata wyprawa…

    Widzę piękno wznoszącej się przede mną góry! W myślach jedynie tworzy mi mury, bariery – lecz przeprawy nie odwlekę! Na sam szczyt się dowlekę… Sam na sam z naturą, uciekam przed maturą! Nie zależy mi na tym czy ktoś uważa mnie za dojrzałego – a tym bardziej zwykły świstek papieru o tym nie przeświadczy! Każdy swa dojrzałość obaczy gdy na szczycie góry w dół popatrzy… Raz! Dwa! Trzy! – I teraz dochodzi do przełomu – Góra okazuje się kupą złomu… Nic nie znaczącą stertą kamieni, która niczego nie zmieni… – Czemu tak człowiek płytki pomyśli? Ponieważ brakuje mu powietrza zanieczyszczonego, na łonie przyrody zmieniło się jego ego… Dotknął krańca świata – samego siebie, a to go przestraszyło, a nawet zgubiło! Nie był gotowy aby swój świat na lepszy zmienić – całe zło w sobie potępić…
Gdy jest się zmęczonym, lecz jednocześnie zauroczonym, gdy jest się na szczycie i wie co znaczy życie – oznacza to, że przyroda nawróciła, zmysł życia przywróciła – serce ze złych przeżyć wyczyściła… Tak wygląda piękno świata niepowtarzalnego, lecz przez rozwój ludzi zanieczyszczonego… Zielonego lecz zaniedbanego…

XXII
Ptak…

   Runąłem na kamienie po długim szybowaniu… Oddałem się rozkosznemu spadaniu…
Serce me miłością do Ciebie było wypełnione, lecz Ty tej miłości pozwoliłaś zginąć… Ból towarzyszy mi niesamowity… Teraz leżę – JA – ptak rozbity… Roztrzaskałem się przy uderzeniu – nikt nie podoła mych myśli ugaszeniu… Uczucia już zanikły! Zmilkły one na wieki – teraz samotność przed śmiercią pokochałem, a i z ową kostuchą –siostrą przyrodnią – na nawo się zbratałem… Gniazdo me porzuciłem, nikomu w spadku go nie pozostawiłem – samą myślą odejścia się cieszyłem, lecz wiem czym to odejście się skończy… Zjadłem stos kwaśnych pomarańczy, a smutków się nie pozbyłem!  
  Drogę męczącą przebyłem, po tygodniu od uderzenia ożyłem… Tak… Wróciło do mnie życie, ale jakieś inne – co było temu winne? Upadek, czy może coś większego? Głębszego w swych korzeniach… Może to że całe me życie spoczęło na marzeniach – a teraz zostałem z nich nikczemnie wyrwany! Człowiek ze mnie narwany, realista nieprzebrany – Leciałem twardo, stąpałem jeszcze ciężej – bez marzeń nie będzie mi lżej, tak jak ma być… Pełnym realizmem chcę żyć – chcę być pewny tego co mnie czeka, lecz jest to temat rzeka – niekończący się!
   I tak oto dostrzegam że i mój lot nigdy się nie skończy, nie chcę jednak wiedzieć jaki czyn metę uwieńczy… Co się kończy a co się zaczyna? W czym leży mojego potępienia przyczyna? – Nie wiem, nie odpowiem sobie, jedyne co teraz zrobię – to jako zranione pisklę powierzę się Tobie…

XXII
Ucieczka rymów
Ujrzenie nostalgii przypływów…

    Coś dziwnego się stało – nie odpowiem, wszakże sam odpowiedzi gubię… Znikają też i rymy, ale dokąd się wybrały? – Tego też nie wiem – Nie wiem zbyt wielu rzeczy, ma niewiedza zbyt ogromną się stała… Rozbiłem się o ostre brzegi skał głupoty! Nigdy już nie będę taki jak dotychczas, nigdy nie będę już sobą… Zawsze będę odbiegał od pierwowzoru, będę siebie klonował, lecz to będą nieudolne próby odnalezienia właściwego „ja”

Nigdy tego nie czytałem – po co?
Szczęście swe już odnalazłem

Ale na ironię… Przeżyłem wiele ciężkich chwil za młodu, nigdy nie miałem lekko – kto mnie zna ten potwierdzi – a zniszczyło mnie coś tak niewinnego, tak błahego… Przeżyłem wielki upadek, bolesny upadek – kto mnie zna ten potwierdzi -  piłem dzień po dniu, bez ustanku… Na samym dnie będąc zrozumiałem – że trzeba wstać. Czemu wstawiłem ten tekst? Bo ostrzega – może kogoś ostrzeże, by z dystansem podejść do wszystkiego… Czemu wstawiam ten tekst? Bo ja swoje szczęście – prawdziwe szczęście odnalazłem, a owy tekst jest pomnikiem dawnego mnie – teraz jestem inny… Czy lepszy? Czy gorszy? Kocham szczerze i jestem szczerze kochany – niczego i nikogo więcej nie chcę, prócz właśnie miłości do mojej Joanny

Kto mnie zna ten potwierdzi – jestem już szczęśliwy i nikt mi tego szczęścia nie odbierze

Tradycja – wolność czy skrępowanie

    Kwestia przypadku czy przemyślana decyzja? Oczywiście mówię o poście, którego mogę teraz pisać, i którego (może) Ty zaraz przeczytasz. Tematów mi brakuje i ukrywać tego nie mogę, często pisze na siłę, ale teraz… Jakoś tak miałem wystąpić w konkursie: MISTRZ MOWY POLSKIEJ, miałem ponieważ kandydatury w tym roku jeszcze nie zgłosiłem.  Do jutra mam czas na podjęcie decyzji, na chwile obecną piszę bloga czyż nie? No tak by wychodziło z ostatnich moich informacji. W każdym razie do tego posta przyczynił się jeden z tematów na owy konkurs…

    Nie będzie dziś czegoś przełomowego, tylko kilka prostych myśli, parę zdań. Tradycja, bo o niej dziś będzie, często jest elementem ciążącym bądź też pomagającym się wybić na znanym w jednostce bądź masie schemacie. Mówię Tutaj o tradycjach mentalnych i kulturowych, lecz często powtarzane zachowania też wkraczają w pewną schematyczność i tym samym stają się w pewnym stopniu tradycjonalnymi. Tak więc dla kogoś tradycją będzie poranna kawa, sztuka jej parzenia czy też sposoby jej picia – znajomość gatunków w tym przypadku stanowi podstawę do zaznajomienia się z tajnikami pozyskiwania ziaren kawy i sposobu ich przyrządzania. To jest chyba najlepszy obraz tego, jak podstawy myślowe, czy podstawy działań tworzą pewne granice późniejszych działań. Możemy bazować na jednym wzorcu, bądź tworzyć własne – nieuniknionym wręcz jest stwierdzenie, że wszystko co zrobimy ze wspomnianą kawą bazuje na starych tradycjach jej pozyskiwania. Czy można zrywać ziarna inaczej? Czy można wypalać je w inny sposób? To będzie to samo zerwanie, i ten sam płomień je potem nadtrawi (wszak nie strawi ich całkowicie). Tak teraz zupełnie na moment odchodząc od tematu – nie wiem czemu się tak przyczepiłem do tej kawy, sam jej nie pijam, nienawidzę nawet zapachu zaparzonej kawy! Tak samo będzie w przypadku innych zjawisk, czynności czy zasad.  Moją tradycją jest wykorzystywanie wolnego czasu do maksimum, zajmuję sie wieloma rzeczami – rozwijam się w ten sposób z jednej strony, lecz ograniczam z drugiej. Moja tradycja zagrzebana jest w impasie… To dość śmiałe słowa, ale maja one pokrycie – w czynach najlepiej to widać. Robię wiele rzeczy jednocześnie co sprawia iż nie mogę dojść do perfekcji w jednej/ dwóch czynnościach, tylko wszystkich powiedzmy dziesięć mam na poziomie przeciętnym (bądź jeszcze gorszym). Tak wiec sztuka rysunku słabo łączy się z pisaniem, grą na instrumentach, tworzeniem rzeczy z dostępnych surowców, i tak dalej i dalej… Oczywiście można też to naprzemiennie wyliczyć sens jednak pozostanie ten sam.
   No a co jeżeli chodzi o tradycje mentalne/społeczne? Te są (przynajmniej były) narzucane przez rodziców, państwo, szkoły, czasem nawet przez system religijny. Teraz w owych czasach odchodzi się od wszelkich pozostałości, może inaczej… Wszystkie zasady umierają w społeczeństwie przez poszanowania dla tradycji lub tego co ze sobą niosła. Jeżeli się od czegoś odchodzi, to należy wiedzieć od czego się odsuwa. Ginie coś takiego jak tradycja społeczna – tu mam na myśli uszanowanie osób starszych, choćby ze względu na ich wiek. Teraz można by rzec tradycją są drwiny z osób niedołężnych, schorowanych… Coś poszło nie tak w systemie wychowawczym. Następną kwestią jest zachowanie czystości seksualnej – czasy sie zmieniły nie popierałem takowej czystości do momentu zawarcia ślubu, jest to bezmyślny wymysł panów w czarnych kieckach, którzy sami normalnie nie mogą obcować kobietą bo nałożyli na siebie celibat. Nie mówię, że sama czystość jest zła… Jednak patrząc przez pryzmat obecnych czasów można to opacznie zrozumieć… Chodzi mi przede wszystkim o zachowanie czystości do pewnego ROZSĄDNEGO wieku. Mamy inne czasy i stare tradycje do nich nie pasuję, ale mnie samego razi to jak czytam, że trzynastolatki zachodzą w ciąże… Są pewne granice a my w tych czasach upadamy coraz niżej łamiąc wszystkie szczeble dopuszczalnych norm.

Konflikt tradycji z praktycznością często na wstępie jest już przegrany – porzucając tradycję należy pamiętać o zachowaniu czujności zmysłów i bystrości umysłu

Sprzątanie…

   Zdaję sobie sprawę, ba! Nawet doskonale o tym wiem… O czym konkretnie? Tym, że nie dotrzymałem tempa i mam braki w tym blogu – przepraszam za to, wiem też że wszystkiego nie nadrobię ale za to część może pchnę do przodu. Mam teraz trzy luźniejsze dni i tak postaram się je częściowo spożytkować na tworzeniu postów.
Może dlatego kilka spraw organizacyjnych bardziej:
porzadek
Mam zamieszanie niezłe! Nie przypuszczałem, że szkoła może być taka czasochłonna! No nic, jakoś się ona rozkręciła, ja do niej dopasowałem i oto mam chwilę na pisanie. To tak w roli wyjaśnienia.

   Niektórzy pytają się mnie dlaczego nie ma starszych postów – otóż znikają one bodajże co 10 wpisów ale można je zobaczyć w każdej chwili; w każdym miejscu, o każdej porze. Co należy zrobić? Zjechać na sam dół strony i tam bodajże jest taki „przycisk” – przejdź do poprzedniej strony/ zobacz starsze wpisy (nie pamiętam dokładnie). Poszukacie i znajdziecie.  Można też szukać po kategoriach poziomych lub pionowych (chyba będę musiał coś z tym zrobić, wszak robi mi się pewien burdel z tymi kategoriami – nachodzą na siebie, nie wygląda to estetycznie, utrudnia odnajdywanie poszczególnych wpisów)

   Padło stwierdzenie, że wszędzie widzę kosmitów – fakt widzę ich ale nie wszędzie – patrząc na postęp starożytnych ciężko jest mieć inne wrażenie – szczególnie mając takie informacje, które ja posiadam. Wystarczy spojrzeć na stare malowidła, wydać tam samoloty/statki, w niektórych nawet latające spodki. To samo jest na rzeźbach i innych tworach. Co ciekawe w Wielkiej Brytanii można za pozwoleniem śmiało przeglądać akta o przelatywaniu latających spodków. Czemu tak? Wielka Brytania była punktem, przez który przelatywało wiele niezidentyfikowanych obiektów latających (UFO) oraz wiele niezidentyfikowanych obiektów pływających (USO). Rząd przyglądał się im przez blisko 50 lat potem jednak stwierdził iż nie stanowią one zagrożenia – przez co dalsze obserwacje zostały wstrzymane a akta odtajniono. Wiele przypadków zgłaszanych przez ludzi było żartem/fałszem – było też jednak bardzo wiele rzetelnych informacji i dowodów – zdjęcia, nagrania, zeznania. Poza tym tak jak mówiłem i mówię za każdym razem: kosmos jest zbyt duży na to, byśmy mogli być tylko sami – jest to dość egoistyczne podejście do otaczającej nas rzeczywistości.

   Spytano się mnie również co lubię robić w wolnym czasie – albo w zasadzie co robię. Otóż nie mam jakichś ściśle wytyczonych terminów – nie myślę o teraz wezmę pomedytuję, potem trzasnę sweet focie na fejsa – nie… Wszystko dzieje się pod wpływem danej chwili, czuję się na siłach coś napisać? To będę siedział tyle póki czegoś nie napiszę, choćby jednego zdania. To jest tylko przykład rzecz jasna, no ale odnosi się głównie do całego mnie.

   Za jakiś czas podam link do strony, na której umieszczać będę wiersze – może nawet i tutaj jakieś wstawię – nie wiem jeszcze. Zobaczymy co czas przyniesie i jak właśnie owy czas mną pokieruje.

clean

Szesnasty wpis – czyli coś o tamtej piętnastce.

   Leci ten czas, pojawiają się też nowe wpisy – czyli wszystko się rozwija. Wczoraj pozwoliłem sobie podarować pisanie – miałem jednego dodatkowego posta na taką właśnie okazję… Tak więc matematycznie rzecz ujmując wszystko się zgadza! No ale dobrze, temat ma być o wszystkich wcześniejszych postach (ale w sposób ogólny), zatem zdałoby się powiedzieć jak to wszystko wygląda z mojej strony…

   Chciałem (i chcę dalej) blogować – nie ukrywam tego. Sama myśl, odświeżona myśl, przyszła mi do głowy pewnego dnia, lecz wraz z nią rosło pragnienie by wreszcie wziąć się do roboty… Jestem osobą, której wszędzie jest pełno, muszę ciągle mieć coś, czym mogłaby się zająć. Tworzenie mi się podoba, i mówię tutaj o tworzeniu na różne sposoby! Pisanie, rysunek, czasem też lubię zrobić jakiś drobiazg ze starych rzeczy – no tutaj można wymieniać i wymieniać! Nie mówię, że to co jest zrobione przeze mnie jest jakimś dziełem. Nie! Często przypomina to nawet sztukę pierwotną… Wiersze czy teksty są proste, nie ma w nich niczego nadzwyczajnego, rysunki na poziomie dziecka z podstawówki, a wszystkie rzeczy wykonane ręcznie wyglądają jak zrobione przez dziecko – ale tak, do wszystkiego podchodzę z dziecięcą pasją, i często jak dziecko patrzę na świat…
    Wracając do tworzenia bloga – koncepcja nie była mi znana – dalej nie jest…. Ja po prostu idę w jednym kierunku, nawet nie wytyczonym przeze mnie. Tematy same przychodzą – czy to pod przypływem chwili, czy też podczas rozmowy z kimś. Nie zawsze jest też tak, że mam ochotę pisać… Wiadomo chyba iż każdy miewa lepsze lub gorsze dni – ale staram się, by tych gorszych było jak najmniej i pomimo tego piszę jakąś krótką notatkę.

Największe problemy?
Brak tematów – stale ich poszukuję… Nie wiem też co o tym wszystkim sądzicie – przez brak komentarzy, lub opinii (gdy takowe się zdarzają na gg, wtedy łatwiej mi się ukierunkować, łatwiej o czymś rozpisać – lub poprawić stare błędy). Tutaj też nie wiem ile osób odwiedza tego bloga, ile osób go czyta. Pięć osób – o tylu wiem, ale co tam! Wystarczy do tego by pisać! No i rzecz podstawowa – uciekający czas… Rozdzielam go tak, by na wszystko odpowiednio mi wystarczyło.

Oczekiwania?
Nieźle by było, gdyby to się jakoś rozkręciło, więcej odsłon, jakiś ruch pod postami. Żeby odwiedzający nie bali się wyrazić swojej opinii i propozycji. Wszystko się liczy! Na wszystko postaram się odpisać!

No! A teraz już uciekam życząc miłego dnia!