Jakiś twór

Śmierć wita się tylko raz cz.2

Rozdział IV

Droga do wolności

 

                Chciałbym się odnieść do tego, przez jakie miasto muszę przejść, jak ono wygląda. Jedyne tylko słowa, które przychodzą mi teraz to głowy to: gruz, betonowe szczątki dawnego dorobku rozsypane po całej powierzchni Rejonu jak klocki na dywanie, a to wszystko zakropione jest jeszcze większą ilością gruzu… Na popękanym asfalcie stoją i rdzewieją auta, zatrzymane na stałe w olbrzymim korku. Ludzie, którzy starali się uciec zaraz po wystrzałach rakiet z ładunkami jądrowymi, zostali w swych trumnach, blaszanych sarkofagach… Ostali się ci, którzy schronili się w bunkrach, ewentualnie w kopalniach. Każdy, uciekający w popłochu, którego dopadł oślepiający blask unoszącego się na widnokręgu grzyba, nie mógł już ujść z życiem. Światło pędzące do człowieka niosło coś więcej, silny podmuch, który wywracał drzewa, wybijał szyby w oknach, ale dostarczył on też pierwszych dawek skażonego powietrza…  Obraz ten utrwalił się na otoczeniu, tak jak zdjęcie wypalone na kliszy. Bezpowrotnie zmiany stały się czymś więcej, niż tylko zniszczeniami. Właśnie te – rozsypane wszędzie gruzy, były przewracane niejednokrotnie. Czy to przez człowieka, czy kaprysy natury. Często odsłaniały jakieś tajemnice… Szczątki przygniecione zwałami cegieł, rozkruszone kości ofiar tego co było i jest martwym. Idąc pomiędzy ciasnymi alejkami można było łatwo stracić życie. Nie dlatego, że mogło coś spaść z niestabilnych konstrukcji… W zaułkach i alejkach zaczęły żyć bandy – grupy zjadaczy… Osobników pozbawionych jakichkolwiek uczuć, chcących przeżyć za wszelką cenę, cenę życia innych osób. Różnili się tylko tym od Centralistów, że zabijali nie tylko by nasycić żołądki… Zaspokajali swe chore żądze. Główne ulice też nie były bezpieczne, zbyt wielki wygłodniały tłum. Patrzyli oni na każdego jakby stawał się ich nadzieją na przetrwanie. I na mnie teraz tak spoglądali… Jakbym miał w swym plecaku tylko i wyłącznie jedzenie. Ja też muszę przeżyć, jak będę miał tego dokonać jeśli tacy jak oni mnie teraz obeżrą?! Muszę iść jak najdalej od nich, tych szkieletów i ich wygłodniałych spojrzeń. Nie mogę iść jednak przez główną bramę, patrole szybko by mnie zatrzymały. Może gdzieś jest jakaś luka w prowizorycznym murze. Murze stworzonym tak jak wszystko inne tutaj – z gruzów, stalowych siatek, blach, jakichś płyt innych przedmiotów, którymi nie dało się rozpalić ognia. Gdzieś musiała być jakaś luka, dziura, cokolwiek! Coś przez co mógłbym się przecisnąć, i tym samym ominąć patrole i jakichkolwiek ludzi. Tylko, że tam – za murem – czekają na mnie tysiące istot gorszych niż zjadacze, bardziej niespokojnych niż tłumy ludzi w miastach. I to już teraz… Trzy kroki za murem zdany będę już tylko sam na siebie. A tutaj? W mieście też żyłem sam, różnica była jedna – w mieście człowiek jest otoczony tłumem mniej, lub bardziej mu przychylnym. Od wrogości gorsza jest obojętność, która zatruła już każdego. Jeżeli ktoś jest wrogiem, to wiesz czego masz się spodziewać z jego strony, zdajesz sobie sprawę, że zaraz rzuci się z nożem i pozbawi życia. Ludzie obojętni sami Cię nie zabiją, oni skazują na śmierć poprzez wydanie Centralistom…  Już wiesz, że nie zginiesz od noża czy kamienia. Zaczyna przepełniać Cię strach przed rozwścieczonym i wygłodniałym tłumem. Przed śmiercią, którą tak często miałeś, bądź miałaś zaszczyt oglądać… Przyglądać się widowisku był gotów każdy, jednak stać się gwiazdą spektaklu nikt być nie chciał. Może kara jest zasłużona? Ci, którzy oglądali masowe egzekucje z uśmiechem na twarzy, sami zginą od tego, co ich przednie tak bawiło… Śmierć zatoczy koło lecz weźmie co ma wziąć, choćby się miała cofnąć do początku i tak każdego dopadnie. Podczas snu, czy starań związanych z przetrwaniem – nikt nie jest zwolniony od tej nieznającej zmęczenia groźby, nienasyconego potwora, którego widzi się kilka sekund przed tym, jak na zawsze już zgaśnie światło… Jeżeli ktokolwiek wyrwał się z objęć kostuchy, to i tak nie ma powodów do radości. Nie teraz to jutro, nie jutro to pojutrze – ale ona i tak przyjdzie… Pod tą czy inną formą zjawi się na pewno. Kluczowym wtedy stanie się pytanie: czy jestem gotowy? Może nawet nie samo pytanie, a udzielona na nie odpowiedź… Pozwoli ona zejść z tego świata z honorem, bądź jak całe wcześniejsze życie – w najpodlejszy sposób. Jak ja bym chciał umrzeć? Cicho – nie błagając o litość! Jak każdy chyba nie chcę zaznać bólu, który niesie ogień… Spłonięcie to chyba najgorszy rodzaj śmierci – ciało odczuwa ból, zaś do nozdrzy dociera swąd palonego mięsa, trzask ognia przyćmiewają strumienie krwi, które to go gaszą, to podjudzają do odwleczenia tylko na moment egzekucji, którą owe płomienie czynią z całą starannością… Sam ogień nie jest aż taki tragiczny jak choroba popromienna… Ciało zaczyna gnić od środka, kości pieką niewyobrażalnie, zdałoby się, że pękają pod naporem ciężaru jaki na nie spadł… Skóra zaczyna się odklejać od mięśni tworząc rany, które już nigdy się nie zabliźnią. Koniec jest tak bliski, a człowiek nawet nie ma sił by podnieść pistolet i strzelić sobie w łeb… Gdy każda sekunda jest przepełniona cierpieniem – zaczyna się krzyk, długie i przeraźliwe wołanie o pomoc. Jedyną jednak pomocą będzie ukrócenie męki jaka jeszcze takiej duszy została.

Przeszedłem już taki kawał i nic, żadnej szczeliny. Jak się mam stąd wyrwać?! Za moment zrobi się jasno, wszyscy zaczną pracę w Instytucie – a mnie tam nie ma! Zorientują się szybko… Zaczną, coś podejrzewać, potem mnie szukać. Żeby tutaj było chociaż coś, przez co dałoby się przedostać na drugą stronę, jakaś drabina, skrzynia nawet, która uratowała mi życie! Niczego takiego tutaj nie widzę… Zgubiłem tłum, lecz słyszę mnóstwo kroków, stawianych w sposób zbyt pewny. Jeżeli nie Centraliści, to te wygłodniałe kreatury dopadną mnie w najmniej oczekiwanym momencie. Aż strach zapalić latarkę, lepiej potykać się po ćmoku o cały ten syf. Tego mi tylko brakuje, żebym się połamał ułatwiając szansę tym dzikusom na zabicie mnie. Wasze niedoczekanie plugawe ścierwa! O a to co? Jakiś kabel? Dość długi, osłona popękana, ale drut zdaje się być wytrzymały…  Może się przydać, tylko do czego go przywiążę? Zarzucić na szczyt muru, ale tak zwinnie żeby nie spadł – to prawie nie do wykonania! Nawet nie zamierzam próbować, nie ma czasu do stracenia. Czas…  Mam go coraz mniej, tak jak spokoju… Krew krąży tak szybko, że czuję puls na skroni, serce zaraz chyba wyskoczy! Jestem głodny, zmęczony  – choć jeszcze godzinę temu spałem w najlepsze. Tutaj!! To będzie dobre miejsce do wszelkich prób! Niższy mur, pozbawiony ostrych zakończeń. Jest rozdzielony, ale szpara jest zbyt wąska żebym mógł przez nią przejść. Rękę przecisnę, lecz co mi jednak po tym… Co przywiązać do kabla? Cegła może się rozkruszyć przy próbach przerzucenia, ona nie zaczepi też o fragment wystającej z muru barierki – dość solidnie wyglądającej jak na jej wiek. Blacha się wygnie, potrzebowałbym kawałka deski – choćby niewielkiego jej fragmentu, który zaczepiłby się w odpowiedni sposób… Nie jestem jednak w sklepie, nie wezmę sobie tego, co jest mi akurat teraz potrzebne. Zastanówmy się: zaczyna się rozjaśniać, ja stoję przy murze dookoła mnie są tylko kamienie i nic więcej. Chwila! Kawałek dalej leży jakiś pręt, może to jakaś rura? Nie ważne! Muszę to sprawdzić, jak najszybciej… Ten szelest mnie niepokoi, zbliża się, to pewnie zjadacze. Gdzie jest latarka?! Gdzie nóż?! Ale światło! Nikogo nie widzę, wszędzie jest pusto… Zaraz! Jakiś cień zamajaczył przez chwilę… Tak, to na pewno jest zjadacz! Całkiem spory kawałek pręciszcza… Nie jest nawet zbyt głęboko wbity. Chyba dam radę go wyciągnąć… Ma nawet uchwyt z fragmentem pozbawionej koloru taśmy ostrzegawczej. Coś się tutaj stało, albo wykonywano jakieś prace…  Ma odpowiednią wagę, nie wygnie się szybko. Kabel dobrze się na tym trzyma, oby się udało, drugi raz nie będę mógł szukać jakichś zaczepów. Pierwszy rzut jak przewidywałem – nieudany, narobił sporo hałasu…  Kroki wcześniej krążące dookoła teraz zaczęły podążać w moim kierunku. Potrzask? Impas? Nie ma się co rozwodzić ,tylko trzeba próbować.  Drugi rzut. Muszę się tym razem lepiej przygotować… No dalej! Tak niewiele brakowało, wiem to! Zaraz powinno zahaczyć o barierkę, trzeci rzut mnie o tym przekonał. Czwarty! Jest! Oplotę się kablem i spróbuję się wspiąć. Lata już tego nie robiłem, ale jeszcze coś pamiętam. Odzwyczajone od wysiłku ręce samowolnie chcą puścić kabel, jednak kurczowo zaciska je strach przez tłumem, który mnie usłyszał… Słyszę już ich głosy. Dziesiątki głosów! Wszystkie rozmyte w masie która zaraz na mnie uderzy… Już tak niewiele mi brakuje, zaraz złapię się barierki wejdę na szczyt muru i przeskoczę go! Tylko ktoś bardzo tego nie chce, właśnie ten ktoś ciągnie mnie za nogę bym zleciał. Zaraz nie będę na szczycie, a znów na ziemi… Przykryty ciałami gryzących mnie dzikusów – NIE! Nie dopuszczę do tego! Barierka zaczyna trzeszczeć… Zaraz pomogą mu inni! Kilka kopnięć na które porwałem się ostatkiem sił pozwoliły na chwilę go odepchnąć, zdezorientować… Muszę się wspiąć! Tak, właśnie tak! Powoli, pomału. Bez pośpiechu…  Już mnie nie złapią, już mogę odetchnąć…  To nie dziesiątki ich były, a co najmniej ze dwie setki!
– I tak byście się mną nie najedli obdartusy! – w odpowiedzi usłyszałem tylko:
– Wracaj tu!
– Zginiesz tam!
– Właśnie! Chyba lepiej, żeby to człowiek cię zjadł niż jakiś mutant!

                Nie słucham ich już. Zeskakując z muru byłem przejęty czymś innym – przeżyciem po drugiej stronie. Poczułem jeszcze dotyk dziesięciu dłoni, które starały się pochwycić mnie w miejscu pęknięcia muru. Teraz zaczął się nowy etap w moim życiu. Jak zawsze dwa pierwsze kroki są najtrudniejsze. Pierwszym było sprzeniewierzenie się Centrali, drugim natomiast będzie zaadoptowanie się w nowych warunkach. Daleko od resztek wydzielanego jedzenia, daleko od ludzi, którzy sami się zjadali… Będzie inaczej, a czy będzie jednak lepiej? Słyszałem opowieści o przerażających stworach z siłą większą niż można sobie przypuszczać. Tworach rozrywających Centralistów na dwie połowy, przy jednym tylko uderzeniu. Czasem pośród ciepłych gwiaździstych wieczorów, z najwyższych punktów z każdego Rejonu, dało się dostrzec cienie ogromnych bestii wpatrzonych w kontury powywracanych wieżowców. Donośne wycia wydobyte ze sporych gardzieli, i towarzyszące im odpowiedzi, napawały lękiem coraz większym. To już nie były swobodne gromady stworków hasających po skażonych polanach… To były zorganizowane grupy chcące się pożywić mięsem.  Niebyło ich jednak widać za dnia, jakby bały się słońca. Co je gnało w stronę zamieszkałych ludzkich ruin? Może instynkt samozachowawczy, równie silna jak u człowieka chęć przetrwania… Zamieszkałe ludzkie ruiny jak wspomniałem to właśnie Rejony do których uciekli wszyscy – za pożywieniem i pod naporem Centrali. Wszystkie mniejsze miasta albo potraciły całą ludność w wyniku Wielkiego Upadku, albo zostały opustoszałe gdy i u nich zaczął panować głód. Rolnicy, farmerzy – ci zostali na swej ziemi do końca licząc na to, że ta pewnego dnia zacznie wydawać plony. W tej właśnie pomyłce trwali aż do końca swych dni, które nastąpiły bardzo szybko. Nie mieli dostępu do czystej wody, ta którą pili od razu bądź po krótkim czasie przynosiła do ich domów śmierć… Ostatnie racje żywnościowe pochodziły od zdechłych zwierząt, które zginęły tak samo, jak później ich właściciele.
                Schowam się pośród najbliższych ruin, powinienem być tam przed zmrokiem. Może uda mi się bezpiecznie spędzić noc… Wpierw jednak muszę jakoś przejść przez te bagna. Jak one cuchną! Zastała woda i gnijąca tyle lat trawa, ona i inne chwasty niezdatne do spożycia jako jedyne potrafią tutaj urosnąć. Lepiej trzymać się od tego jak najdalej, palcem nawet nie ruszyć – każdy obszar zielony jest skażony, i to wielokrotnie ponad jakiekolwiek dopuszczalne niegdyś normy! Jak się stąd wyniosę czym prędzej, to będzie tylko korzyść dla mnie. Ktoś poukładał tutaj deski, to dobrze, przynajmniej nie będę musiał dalej butów moczyć. Nawet jeżeli zauważy mnie jakiś patrol, to i tak nie będą mogli mnie dogonić. Schowam się w ruinach, nie zdążą przeszukać wszystkich zakamarków. Powinno się udać. Co za niestabilna konstrukcja! Źle nogę postawie, to nie tylko buty zamoczę, ale i sam się skąpię w tym bajorze… Długa wędrówka przez otwarty teren nie jest  czymś bezpiecznym. A będzie się ona ciągła spory kawałek. Najbliższe ruiny mam około dwudziestu kilometrów od Rejonu Technologii – i liczę na to, że nikogo tam nie zastanę. Czymże byłoby spotkanie uciekiniera z ludźmi, którzy będą mogli go zaraz wydać – licząc tym samym na nagrodę w postaci czegoś do zjedzenia. Nie ma co teraz ufać ludziom, wcześniej też było to głupstwem… Zaufanie to szaleństwo na jakich stać było tylko niewielu. Skrajna nędza i biedota zatopiona w głodzie zmieniła wszystkich w żołnierzy różnych armii mających za zadanie pilnować własnych okopów. Walczyć do ostatka sił, ostatniej kropli krwi – a to wszystko tylko po to, by móc przetrwać tę wojnę. Cichą wewnętrzną wojnę, która wyniszczyła każdego jak ta wcześniejsza – otwarta…  Nie móc się do kogoś odezwać sprawia, że sami siebie zapędzamy do więzienia, ciasnej i zatęchłej celi, z której nie ma już ucieczki. Ściany jej będą się kurczyły coraz bardziej, by pośród ciemnej nocy, w totalnym odosobnieniu złamać w nas resztki człowieczeństwa. I tak oto zostawić połamanych, zdanych wręcz na łaskę nadchodzącego dnia – cicho licząc na to, że ktoś nas odnajdzie żywych lub martwych. Nie mam się co oszukiwać – tutaj nikt mnie nie odnajdzie, a tym bardziej nikt mnie nie pozna po obgryzionych, przez jakieś bestie, kościach. Chęć zniknięcia sprawi, że owszem zniknę -  bezpowrotnie i bez śladu. Jednak misja zostanie spełniona… Centrala nie może i nie będzie miała tego prototypu.  Jeszcze tego by brakowało, żeby mieli oni prąd tak łatwo osiągalny! W oddali widzę jakieś drzewa, lecz bez zielonych liści… Rozciągnięte na całości dawnego lasu suche powywijane gałęzie, upiększone jedynie czarnym ptactwem – żałobnikiem pilnującym dawnego domu, w którym umarło coś cennego. Z daleka słychać lament tych kruków, poszarpanych między sobą o każdy skrawek gałęzi, które nie złamią się pod ich ciężarem. Posępne widoki pożółkniętych wzgórz, które za swymi nasypami skrywają rzeki o mętnej wodzie, tylko przytłaczają jeszcze bardziej każdego wędrowca. Na odludziu – w miejscu, w którym nikogo się nie uraczy – jest jedno pocieszenie… Nikt nie zarżnie mnie we śnie, i nie zje ciepłego jeszcze mięsa…

Ruiny miasta Aldos, od którego dzieliły mnie jeszcze strome zbocza górskie, były tym czego potrzebowałem. Mapa i punkt na drugiej kartce wskazywały właśnie to miejsce. Tam właśnie przyjaciel ukrył coś, co pomóc mi mogło w dopełnieniu przeznaczenia. Jeżeli nie on, to któż by inny? I co mam zostawić dla innych? Nie da się spokojnie do tego odnieść… Tajemnice, wszędzie tajemnice. Zamknięte w ludziach, zaszyfrowane na kartkach. W co ja się wplątałem… Osuwająca się spod stóp ziemia nie ułatwia przeprawy. Już chyba wolałem te cuchnące bagna! Tam przynajmniej odór zgnilizny pochłaniał oczyszczacz powietrza, dało się jakoś przez nie przejść. Moczary i ta ich mroczna historia zalana wodą, która nie znajduje ucieczki. Mdli mnie gdy o nich pomyślę. Ziemia nie chce już przyjmować więcej na swe barki, umiera z każdym dniem, wymiotując złem, którym człowiek ją obdarzył – i taką właśnie pozostawił… Ludzkie błędy, za które jesteśmy teraz karani, za które ja cierpię, ogarnia mnie zwątpienie przed dniem następnym…  Zabić czy zostać zabitym? Teraz nie ma to już znaczenia… Po co się nad tym zastanawiać, skoro tutaj nikt sprawiedliwości nie wymierzy, nikt jej nie dopilnuje. Każdy dba o siebie, tylko Centrala stara się na siłę zadbać o wszystkich zmierzając tylko do przetrwania jej samej. Kiedyś woda będzie czystą, kiedyś powietrze przestanie cuchnąć – ale wtedy człowieka już nie będzie. Zniknie w otchłaniach, a kości jego w proch się obrócą. Tyle będzie trzeba czekać na nową czystą planetę. Póki co krztusi się ona, dławi i płacze – chcąc pozbyć się tego, co na jej powierzchni zalega. Zniszczy wszelkie ludzkie robactwo, jeżeli sami się wcześniej nie zniszczymy. Te trzęsienia ziemi, te kwaśne, skażone wręcz deszcze, te powodzie… To wzięło się przez człowieka, i człowieka to zniszczy. Trochę spękanego asfaltu, i droga natychmiast staje się przyjemniejszą. Słońce zachodzi, ale chyba zdążę przed zmrokiem. Już niewiele zostało mi do przejścia.  Jestem tak blisko! Widzę ruiny starego kościoła, kilka przewróconych wieżowców, jeden tylko ostał się w całości – i to chyba właśnie tam powinienem się udać. Aldos nie jest niczym innym jak szeregiem dziurawych domów i równie wielkich korki jak w Enodyn… Tylko kości jest tutaj znacznie mniej… Tak jakby ludziom udało się w porę uciec, tak mogło być… Pewnie potem zostali wyłapani przez Centralistów na plądrowaniu sklepów z żywnością lub magazynowaniu jej i skazani na mocy nowych praw samozwańczego Imperium. Pierwsze domy na obrzeżach – wyrwane z zawiasów drzwi i ciemność w ich wnętrzach. Powybijane szyby i brudne fasady. Dziwne, że wszystko to nie zapadło się jeszcze – przody budynków tylko zostały, natomiast całe tyły zostały uszkodzone przez spadające bomby. Im dalej tym gorzej – spalone kamienice i zablokowane ulice. Gdzieś tutaj odpocznę, nie chcę się poruszać po mieście o zmroku… Nie wiem co tam się może kryć w cieniu. Szeptów wiatru skąpanego w mroku lepiej nie słuchać. Już wystarczająco wiele złych rzeczy podpowiada rozum gdy dookoła nie ma nikogo… Po co potęgować strach, przed tym co nie chce wychylić łba ze swego zakamarka? Noc spędzę na strychu, w ruinach jakiegoś domu – licząc na to, że nikt i nic mnie tam nie znajdzie.

Schować się w najciemniejszym rogu, być przytulonym do ściany – nie jest to szczyt marzeń, ale lepsze to niż spanie pod gołym niebem. Zjem dopiero jutro, by mieć więcej sił na dalszą wędrówkę. Co będzie jeżeli Centraliści dojdą tutaj szybciej niż myślałem? Obawiam się, że rewolwer będzie niczym dla ich grubych pancerzy… Będzie to dla ledwie draśnięciem, w ten sposób odbiorą mi prototyp szybciej niż myślę! Nożem też blachy nie przetnę. Co to?! Wycie?!Skąd ono się wzięło? Być może to od strony bagna, o zmroku różne, dziwne kreatury się tam kręcą. Echo miałoby mieć aż taki zasięg? Możliwe… Niesione przez pustkowia, nie będąc zatrzymanym przez żadne przeszkody. To potrafi zmrozić krew. Nie da się od tego uciec, nie tutaj… Zwierzęta odzyskują władzę nad porzuconymi przez ludzi terenami. Szukają schronienia tak samo jak ja. Pędzą wciąż przed siebie nie zamierzając zatrzymać się z byle powodu. Muszę podróżować w dzień, by w nocy nie zwracać na siebie uwagi – światło latarki czy chociażby pochodni  natychmiast przykułoby uwagę jakiejkolwiek żywej istoty.

 

Sen… Czemu nie chce on do mnie przyjść? Za dużo myślę, nie mogę się uspokoić. Hałas tych bestii, które rozdzierają nocną ciszę nie pomaga w zaśnięciu.  Nawet oczu zamknąć nie mogę – zaraz coś sprawia, że muszę je otworzyć, rozejrzeć się czy nie ma nikogo na dole… Spojrzeć przez małe okno na strychu, by zobaczyć czy ulica dalej jest pusta. Centraliści są podstępni, nie dam im się podejść! Ani im, ani żadnej innej bestii, która będzie próbowała się do mnie zakraść! Jeszcze to denerwujące burczenie w brzuchu, wybija mnie z sennego rytmu. Oczy same się zamykają, lecz coś samoistnie mnie wzbrania mnie przed zaśnięciem. Czy to ten nieopuszczający mnie głód, czy te potworne ryki gdzieś za miastem? Nie wiem już nic z tego, co sam sobie powiem, gubię się…

 

 

 

Śmierć wita się tylko raz cz.1(poprawienie)

Przedstawienie

 

Woda stała się mniej przejrzysta, trawa nie jest już tak zielona jak niegdyś, a powietrze to niemalże zatruty opar… Czy to tak wszystko miało wyglądać? Czy tego chcieliśmy? Człowiek – nie ważne jaki by był – ma jeden instynkt, jedno powołanie i jedno zamierzenie… Tak, ludzie od zawsze siali destrukcję, kłamstwo i obłudę… Razem z życiem tuż obok człowieka zawsze kroczyła śmierć. Nie da się od niej uciec, nie da się jej oszukać, próżno szukać ratunku, skoro i tak nikt go nie odnajdzie!  Jednak tutaj – przy temacie śmierci zatrzymam:

Zginął świat pod płaszczem ołowiowej chmury i siarkowego wyziewu, zginął też człowiek pod pomnikiem maszyny, która nim zawładnęła… Przez tysiące lat, ludzkość dążyła do jednego – do władzy, władzy nad innymi, jednak było to nie możliwe, nawet przy użyciu najwyższej technologii… Nie wiem kiedy podpisaliśmy pakt z diabłem, nie wiem kiedy został nam podsunięty pod nos cyrograf, ale niezależnie od tego jakie jest moje przekonanie, wiem jedno, jesteśmy skazani na klęskę, na śmierć w najokropniejszych warunkach – giniemy wpatrzeni w ekran, jest to nieuniknione, nie do zatrzymania… Puszczono w ruch koło, które nie ma zamiaru się zatrzymać, będzie się kręcić coraz szybciej i szybciej – aż po kres ery ludzi!
Zamarł również czas, stanął jakby w miejscu nie wiedząc czy może nie powinien się cofnąć, czy już tego nie zrobił. Wraz z czasem zamarło wszystko dookoła niego, gdy tylko nastała godzina 0. Wszystko się rozpoczyna w miejscu końca, lecz sam koniec będę musiał przybliżyć, by wszystko rozjaśnić. Właśnie tak się stanie, lecz wszystko po kolei… Początki, to najtrudniejszy etap dla każdej historii. Mieszają pomiędzy rozwinięciem a zakończeniem – lecz tutaj początek ma wprowadzić, ukazać horror, w jakim przyszło nam się znaleźć. Tylko my możemy pchnąć czas znów do przodu, zmienić tor i bieg historii – czy jednak powinniśmy bawić się z czasem, gdy ten wyrzekł się nas?

               

                Kim jestem? Zwą mnie różnie: Wieszczem, Prorokiem, nawet Obłąkańcem – lecz czy można być normalnym pośród tego co się dzieje? Widzę to czego Ty czytelniku, możesz nie dostrzec mknąc przez swe życie, będąc zapatrzonym w chwilę obecną lub ewentualnie niedaleką przyszłość, a Ty czytelniczko, czy dostrzegasz te zmiany? Może i Ty pędzisz gdzieś w niewiadomym dla innych kierunku, sama zaś też nie zastanawiasz się nad co będzie za moment? Tak… Wszędzie gdzieś mkniecie nie spojrzycie na mnie, chociaż niejednokrotnie mnie minęliście, nie spojrzycie w me oczy, pomimo tego, że one często Was obserwowały…  Idźcie dalej, nie zatrzymujcie się, dla Was i tak jest już za późno…

 

 

 

Droga osobo czytająca ten tekst… Istnieje zło które broni tego, co może odmienić nasze losy na Ziemi…

Rozdział I
Przez nieopisany mrok dawnych miast.

                Coś złego stało się z ludźmi, zbłądzili nie potrafiąc już odnaleźć prawidłowej drogi. Przemierzając przez życie potykali się niejednokrotnie, by ostatecznie upaść i nie móc już wstać. Zabrakło siły, czy odwagi? Może obu tych rzeczy brakuje, gdy chęć władzy i głupota ogarnie człowieka. Jednak jeden głupi człowiek nie stanowi problemu… Gorzej jest, gdy głupota ogarnia masy, a w tychże ogłupionych masach rodzą się ideały. Teraz widzę efekt, choroby drążącej społeczeństwo od schyłku XXI wieku… Masowe epidemie sprawiły, że ludzie zaczęli się zagryzać dla pieniędzy. Rozwój metropolii sprawił tylko, niewyobrażalne straty w środowisku. Zaczęto w najokrutniejszy sposób walczyć o przetrwanie. Obraz stał się tak straszny, że aż brakuje słów na jego potępienie. Głód jest okropną sprawą, a chęć przetrwania sprawia, że człowiek nie potrafi o nim zapomnieć. Brakuje wody, jedzenia. Resztkami zapasów zarządza teraz Centrala – instytucja powołana przez samozwańczych władców, chcących ocaleć w zrujnowanym świecie. Ludzie powiadają, że władcy z Centrali kupują sobie czyste powietrze, by móc zatopić się w nim na długie godziny. Kordony Centralistów przemierzały ulice w poszukiwaniu jedzenia, skrzętnie ukrywanych nadwyżek spożywczych przez prostych ludzi. Karą za trzymanie nadmiernej ilości jedzenia była śmierć. I to nie szybka, niemalże bezbolesna śmierć… Każda egzekucja była nagłaśniana, każdy mógł przyjść pod Główną Twierdzę Centrali i napatrzeć się do woli na ludzi żywcem obdzieranych ze skóry przez stada wygłodniałych tłumów. Śmierć była dla większości wybawieniem od dalszej męki na skażonej planecie. Jednak setki jeśli nie tysiące zębów wbitych w ciało nie było czymś przyjemnym. Ktoś był wielkim szczęściarzem, jeżeli  przegryziono mu w pierwszej kolejności tętnicę pozwalając tym samym szybko się wykrwawić. Nie czuć już nic więcej, prócz uciekającego wraz z krwią życia. Co Ciekawe… Centrala dopuszczała na akty kanibalizmu tylko w przypadku egzekucji, w innym razie kanibalizm był karany tak samo jak trzymanie nadwyżek pożywienia.
Aparatura władzy, Centrala, ma swoją Główną Twierdzę w centrum Rejonu Złota, lecz w każdym innym rejonie posiada pomniejsze fortece. Wyróżnia się więc Rejony: Złota, Technologii, Nauki, Węgla, Ziemi, Wody, Ropy, Ostatniego Drzewa, Wiecznego Śniegu Wielkiej Wody, Trzech Mostów, oraz ostatni najbardziej zdegenerowany – Rejon Krwi. Każda z nazw wzięła się od zmian nastałych po Wielkim Upadku. Wraz z Rejonami powstały strefy głodu i śmierci, a wywarty przez Złotych nacisk zmusił wszystkich do podporządkowania się za jedną tylko cenę – cenę życia. Ustanowiono prawa , za których zlekceważenie karano w sposób surowy. Zdawałoby się, że nie było już ratunku dla ludzi, i tak było…

Do czasu.

Rozdział II
Wielki Upadek – wielka katastrofa

                Wspomniałem o Wielkim Upadku – nie da się przeoczyć myśli o nim, patrząc na to co mnie otacza… Kiedyś mieliśmy kontynenty, państwa… Było też świeże powietrze i mnóstwo zieleni. Woda była krystaliczna, czysta. Gdzie teraz jest to wszystko?! Zginęło bezpowrotnie… Doszło do wielkiego konfliktu, otwartej wojny z użyciem przeróżnej broni, dziś nikt już nie pamięta powodu dla którego zginęło tylu ludzi. Dziś każdy słysząc o Wielkim Upadku zasłania uszy dłońmi chcąc nie słyszeć dalszej części, odwraca głowę zamykając jednocześnie oczy. Wszyscy udają, że ich nie ma, że sprawa przeleci obok nich niepostrzeżenie, zostawi w spokoju…  A jaka jest prawda? Człowiek chciał więcej pieniędzy, a wojna od zawsze była dobrym sposobem do zbicia fortuny. Sprzedaż broni i leków jednak nie wystarczała. Chciano powiększać tereny, wpływy. Jednak wojna wyczerpała każdego. Strat nie dało się już zliczyć – to był dobry moment do tego, by zaatakować ostatecznie prototypem największej broni nuklearnej. Miała ona obalić rządy mocarstw ustanowić jednego przywódcę. Jedynego i niepowstrzymanego przed niczym władcę planety. Jednak plan zawiódł. Na taką sama myśl wpadło kilku innych przywódców. Świat został zmieniony od wybuchów. Wstrząsy były tak silne, że jedna część krajów zniknęła z powierzchni Ziemi, a druga zaś zmieniła swoje położenie. Wielkie wody przyniosły zniszczenie równie wielkie jak uderzenia bomb. Wszystko zostało skażone bezpowrotnie. Zmiany pogody, zmiany klimatyczne to było już na porządku dziennym. Ludzie chorowali… Gniły ich ciała, ale też gniły ich dusze. Rozpadali się jak domy, trzymające się na kilku cegłach.  Lecz wśród tej garstki znalazło się kilka osób dalej walczących, zdeterminowanych wręcz do dalszej walki. Zbudowali twierdzę z ruin, tam zaczęli werbować i ćwiczyć ludzi, ich nową armię mającą zasiać grozę i porządek. Upadkiem było dla wszystkich to, że śmieli oni podnieść rękę na i tak wyczerpanych już ludzi. Siłą odbierali żywność i zaczęli składować ją w magazynach. Główną ich myślą było stwierdzenie: „człowiek głodny nie ma siły walczyć”. Zaczęli przejmować miasto po mieście, wioskę po wiosce, cały plan wykonali w pięćdziesiąt lat. Tak mogli władać wszystkim, sami zaś postanowili nie zważać na straty w ludziach i rozkazali odbudowę imperium. Aparat ucisku był sprawny. Pozwalał na efektywne wykorzystanie niewolniczych robotników. Po zbudowaniu Złotego Miasta rozporządzono podział na Rejony. Złote miasto było centrum nowego świata – najbardziej rozświetlonym punktem na mapach post apokaliptycznej Ziemi – oprócz żywności magazynowano też złoto, którym później została obłożona Główna Twierdza Centrali. Złoto było symbolem czystości idei, którymi każdy z ludzi powinien się kierować (wstępując w szeregi Centrali, bądź umacniając jej wpływy w inny sposób).

                Kluczową rolę w rozwoju poupadkowego istnienia miału odegrać Rejony Nauki i Technologii, dwa zespoły najbardziej rozwiniętych intelektualnie osób pracowały nad oczyszczeniem Ziemi z popromiennych odpadków i toksyn, które wchłonęły w jej powierzchnię. Nic już nie rosło, a wszelkie istoty żyjące zaczęły stopniowo zmieniać swe formy. Popromienne mutanty, często zbierały się w grupy, całe stada i czyhały tylko na wędrowców szukających schronienia pośród niezamieszkałych pustkowi. Naukowcy byli ciekawi czy da się odwrócić ten proces, czy gatunki mutantów wrócą do poprzedniego stanu po odebraniu im skażonego środowiska. Czy da się oczyścić wodę tak by bez konsekwencji mógł pić ją człowiek? Czy można oczyścić glebę, by na tej coś urosło? Te pytania ciągle dręczyły ich umysły, jednak żadne działania nie przynosiły efektów. W miastach ustawiono tylko aparaty destylujące mocz, pozwalały one na pozyskanie wody zdatnej do picia. Nad jej smakiem nie zamierzam się rozwodzić… To było jedyne dokonanie zespołów. A nie! Zapomniałbym! Były jeszcze oczyszczacze powietrza – pochłaniały toksyny w promieniu piętnastu metrów od posiadacza. Dawały czyste powietrze, którym mógł oddychać każdy bez jakichkolwiek konsekwencji. Słowo „każdy”  było  zarezerwowane tylko i wyłącznie dla ludzi z Centrali i zarządców ze wszystkich Rejonów. Własne oczyszczacze posiadali też naukowcy i technolodzy za swe dokonania na rzecz rozwoju Imperium.
Czwarte pokolenie zaczęło przyzwyczajać się do nowych warunków, zatrute powietrze nie przeszkadzało im tak jak rosnący wciąż głód… Głód, który z każdym dniem rósł budząc gniew w młodych ciałach.

                Wszystko było pod kontrolą, lecz tylko do roku 2180… Ogłoszono wtedy stan zerowy – zero zapasów, zero jedzenia. Dawne prawa nie przestały obowiązywać. Centrala chciała przetrwać za wszelką cenę… Nie było odwrotu – trzeba było udać się poza miasta. Tam zaś, na terenach bardziej nieprzyjaznych człowiekowi niż ruiny wielkich metropolii,  życia było sporo… Życia czyhające na Twoje życie. W mieście zabić Cię mógł człowiek lub głód, a tutaj?! Nie można się było spodziewać co na Ciebie wyskoczy. Mutanty stawały się śmielsze, powiedziałbym iż wyskoczyły prosto z piekła – tak jakby ktoś celowo otworzył im bramy nie mogąc z nimi już dłużej wytrzymać – powiedziałbym tak, gdybym nie widział z jakich wcześniejszych form się zrodziły. Wszędzie należało mieć się na baczności, bo są mutanci gorsi od wielkich, podłych z wyglądu zwierząt… Człowiek również się przeistaczał, lecz co ciekawe nie było po nim widać większych zmian na ciele. Zmieniała się ich mentalność, i to wcale nie na lepsze. Tak jak wspomniałem, część ludzi żyła na powierzchni, reszta pochowała się niczym szczury – w kanałach. Tam prowadzili swoją egzystencję, pośród długich korytarzy z kamienia i betonu. Zatrute powietrze docierało jednak i tam. Ci ludzie umierali wolniej, niektórzy zaczęli tracić zmysły widząc śmierć bliskich. Cały czas w ich kręgach uważano, że to bogowie stoją za tym co spotkało każdego z ludzi, nie powstrzymali rakiet, nie zapewnili ochrony. Te knowania sprawiały, że tworzyły się sekty, liczne grupy wyznaniowe żerujące na wyznawcach… Wykorzystywały w sposób bardzo prosty, znany od wieków bym rzekł – wzywano do składania ofiar dla bóstw. Najlepiej gdy ofiary były z jedzenia, czasem jednak zaślepione duchowymi przewodnikami matki, składały w ofierze swoje nowonarodzone dzieci… Każdy kto odstępował od nich zostawał wykluczony, a niedługo po tym był zabijany przez wcześniejszych braci. Jakaż jest cena akceptacji i poczucia bezpieczeństwa w niepewnych czasach? Czy aż taka?! Nawet bestie spoza miast nie zabijały swego potomstwa! Ciekawym było to, czemu Centrala się nie zainteresowała grupami wyznaniowymi… Nikt tego nie widział, nikt! Ale byli wśród rzekomych wyznawców szpiedzy i kurierzy – po składaniu ofiar i rozejściu się przez ludzi, zabierali wszystko co było zdatne do spożycia, czasem brano dzieci do Głównej Twierdzy i tam szkolono je na szpiegów bądź zwiadowców. Dzieci są małe jak wiadomo, więc mogą się przeciskać przez różnorakie otwory, gruzowiska, dawne otwory wentylacyjne… Tam często miały szukać pożywienia schowanego przez ludzi, Centrala jednak często podrzucała takie dzieci w miastach czekając na to, aż ktoś dziecko przygarnie, by potem to mogło zdawać informację. Projekt o dość trafnej nazwie Małe Szczury okazał się strzałem w dziesiątkę. Dzieci sądziły, że działają po stronie dobra, pomagają Centrali w walce ze złymi ludźmi… Nie wiem, i nie chcę wiedzieć jakie te dzieci przeszły pranie mózgu.

                Ale jak to się stało, że cokolwiek udało się osiągnąć?! Zaraz po Wielkim Upadku nie było niczego – prądu, ognia, niczego co mogłoby pomóc w rozpoczęciu nowego życia. Centrala tym wiedziała i pozyskała ogień, a Rejony Nauki i Technologii stworzyły coś w rodzaju małych agregatów prądotwórczych, napędzanych siłą mięśni. Początkowo były to potężne koła obracane przez kilka osób, te zaś wprowadzone w ruch pocierały i druciane włoski i blaszki – dawało to niewielkie napięcie, ale to były tylko początki… Potem wszystko rozbudowywano, tworzono na nowo, ale nie do końca z powodzeniem… Prąd był tylko w GTC i znów tylko u tych, którzy go przywrócili do życia. Prości ludzie musieli zadowalać się tylko i wyłącznie blaskiem i ciepłem ognisk. Powrócono do czasów stali i pochodni, jednak teraz wszystko było upiększone gruzami, mnóstwem radioaktywnych śmieci, jak i toksycznym powietrzem. Normalnie żyć, nie umierać… Wraz z pierwszymi prądnicami zaczęły powstawać mniejsze zestawy dla żołnierzy. Coś czym mogli oświetlać drogę podczas nocnych obchodów. Technologia można by rzec innowacyjna… Nie było nawet możliwości podjęcia walki z żołnierzami Centrali… Uzbrojeni po zęby w broń palną lub pneumatyczną, posiadający grube pancerze, zbroje ze znalezionych blach odpowiednio przekutych i osadzonych na specjalnym szkielecie odciążającym. Nie dało się poruszać w tym szybko, ale zapewniało sto procent ochrony przed kimkolwiek i czymkolwiek. Ciężar ich cielsk zdradzały głośne odgłosy kroków, które rozdzierały ciszę tylko po to, by znów kogoś ograbić, zawlec na publiczną egzekucję… Każdy słysząc te kroki miał jedną tylko myśl – to po mnie! Nawet pomimo czystego sumienia, pełnego podporządkowania się, pozostawał strach przed pojmaniem. Coś co w tak potworny sposób potrafiło wyrwać ze snu i zasiać w sercach lęk, nie mogło przynieść niczego dobrego. O sercu wspomniałem czyż nie? Żołnierze nigdy go nie okazywali, a i cywilni ludzie coraz mniej go mieli. Nikt się nie zdobywał na pomoc, nie mógł… Dokarmię kogoś to sam zdechnę z głodu – takie głosy krążyły po każdej głowie, a strach przed śmiercią krzątał się po każdym sercu… „Nie można nikogo winić za to, że sam nie może zjeść, można zjeść jego, bo sam i tak długo już nie pociągnie…” – i takie słowa dało się słyszeć, szeptem wypowiedziane tuż po zmroku. Gdy śmierć przybierała setki wychudzonych twarzy, czających się poza blaskiem jakiegokolwiek światła. Tylko kroki, wszędzie było słychać kroki, ciche, zwolna i pewnie stawiane. Uciekały gdy zbliżały się patrole, a może te tylko je zagłuszały… Nie wiem, które zdawały się być wybawieniem w danej chwili – wszystko zależało jedynie od tego, jak zakończyć się mogła historia z nimi związana…  Zabić czy samemu być zabitym? Dylemat nowego świata – rodzące się pytania… Wciąż brak tylko filozofów i ich mądrości, by na nie wszystkie odpowiedzieć.

Znam to wszystko doskonale, przeżywam to codziennie, a raczej powinienem rzec – codziennie staram się przeżyć… Możliwym jest iż ktoś się domyślił, że byłem jedną z osób zasilających Centralę. Nie powinno być w tym miejscu zaskoczenia, jednak podkreślam raz jeszcze – byłem…  Osadzony zostałem w Rejonie Technologii i zaraz w sumie zacznie się właściwa część mojej historii w tym wszystkim. Centrala dążyła do odchudzenia zbiorników energetycznych, przenośnego lekkiego sprzętu do tworzenia prądu na potrzeby misji żołnierzy… Stworzyłem coś takiego, małe urządzenia działające na zasadzie dynama rowerowego… Lekko usprawnione, powiększone dynamo zasilało latarkę tak, by ta w sposób wręcz idealny rozświetlała otoczenie. Prototyp magazynował taką ilość energii, która wystarczała na trzy godziny świecenia bez przerwy.  Wiedziałem czego dokonał rząd Centrali, wiedziałem też, że nie mogą otrzymać tego sprzętu. Chciałem ich powstrzymać, zakończyć ich krwawe rządy. Nie miałem najmniejszego pomysłu jak tego dokonać. Samemu przeciwko wszystkim ludziom?! Ta misja była skazana na porażkę, dalej jest… Sprzeciwienie się Centrali groziło wcześniejszą bądź późniejszą śmiercią, gdzieś na terenie jednego z Rejonów, lub pośród ruin dawnych metropolii. Może liczyłem, że gdzieś daleko znajdę ludzi podobnych do mnie, mających w sobie na tyle szaleństwa, by pomścić śmierć tysięcy, ale jak?! Dokładając do rachunku kolejne tysiące?! Wszystko wymagało dokładnego przemyślenia. Utworzenia planu działania, sposobu przetrwania… Jakoś trzeba było się odnaleźć w matni, którą sam na siebie ściągnąłem. Nie było mowy, bym mógł liczyć na kogokolwiek innego prócz siebie…
Zacząć powinienem od początku… Teraz nie mam odwrotu – to jest pewne! Każdy nierozważny krok będzie prowadził do upadku. Czyli mam być ostrożny jak nożownicy? Mam stąpać cicho tylko po to, by kogoś we śnie zaszlachtować? Czy może mam być pewny jak Centraliści? I właśnie tą pewnością dobitnie zdradzać swe położenie… Oni potrzebują tego sprzętu – odchudzi to ich egzoszkielety.  Stare modele prądownic ważą około piętnastu kilogramów, i można działać na nich pół godziny, potem się wyczerpują ich baterie. To będzie opóźni ich marsz, zdążę uciec przed ich pogonią… Obym zdążył…

Rozdział III

 Od początku. Ucieczka
                Słyszałem, że mój prototyp ma zostać odebrany jutro. Musiałem temu zaradzić… Nie mogłem go schować i wmówić Centralistom, że został on skradziony podczas gdy mnie nie było w pracowni. Natychmiast zapłaciłbym za to głową, oj żeby tylko głową… Nie było więc czasu do zastanawiania się, spakowałem narzędzia do plecaka, sam zaś prototyp ukryłem pod zniszczoną bluzą. Co by mi mogło być jeszcze potrzebne?  Narzędzia z instytutu mogą się przydać, znalezienie kompletu narzędzi gdzieś w ruinach graniczy z cudem. Trzymałem kilka konserw ukrytych w odstającym fragmencie stalowego obicia przyległych bezpośrednio do wspornika umiejscowionego przy ścianie. Nikt tam nigdy nie zaglądał, poza tym pod latarnią zawsze było najciemniej… Ale co może dać mi jeszcze instytut w zamian za dziesięć lat pracy? Przydałaby się jakaś broń, tylko skąd ją wezmę? Poza miastem, jak i nawet w jego murach nie jest zbyt bezpiecznie. Trzeba uważać nie tylko na wrogie otoczenie, ale też na każdy pojedynczy przypadek wałęsającej się osoby – wszystko to mogło nieść śmierć… Więc jeszcze raz! Mam prototyp, ale sam będzie on niczym. Gdzie jest jakaś latarka?! Na trzecim piętrze prowadzono badania nad nowymi mniej chłonącymi energię żarówkami, zatem tam powinny też być latarki. Obym tylko nie wzbudzał podejrzeń, bo szybciej skończę ucieczkę, niż mógłbym tylko przypuszczać…  Jestem na czwartym piętrze – w tej części nie ma żołnierzy, nikt nie pilnuje poszczególnych pięter, są tylko ochroniarze na parterze. Kontrolują oni wnoszone i wynoszone rzeczy, nigdy jednak nie robili kontroli osobistych. Może uda mi się jakoś z nimi dogadać, przekonać ich… Tylko jak mam tego dokonać?! Są to raczej debile i przytakną na każdy bardziej złożony w swej budowie bełkot. Powinni to łyknąć jak głodny człowiek kromkę chleba. Hmm sam do najbardziej pojedzonych nie należę – jedzenie wydają nam co trzeci dzień, ludziom, którzy się nie przyczyniają do rozwoju Imperium jedzenie dają co pięć dni… Dopiero jutro otrzymałbym zasłużoną porcję, teraz muszę pocieszać się mówiąc, że do burczenia w żołądku da się z czasem przywyknąć. Wezmę jeszcze butelkę wody, może uratować potem życie. Trudno! Będzie co ma być! Trzeba dokonać swego przeznaczenia, zmienić swoje życie.

                Wychodząc musiałem skręcić w lewo – wprost na schody… Każdy jednak patrzył na mnie ze zdziwieniem… Czy powinienem zostać dłużej? Mój czas pracy jeszcze nie sięgnął połowy, ale ja przecież musiałem załatwić kilka spraw… Oni nie mogli tego zrozumieć! Spojrzałem na stare wyszczerbione schody, robiąc pierwszy krok poczułem szarpnięcie za rękę – mało co mnie nie wywrócono- czyżby ktoś mógł coś podejrzewać? Nie pozostawił czasu do namysłu, odezwał się szybko, głośno – tak jakby każdy miał usłyszeć moją odpowiedź…
– A Ty dokąd?! – zmroziło mnie to pytanie, choć spodziewałem się go…
– Do domu, muszę dokończyć projekt w ciszy i spokoju!
– Ktoś ci tutaj przeszkadza? Krępujemy cię? – ta osoba chyba miała dzisiaj paskudny humor i szukała osoby, która przyjmie jego ciosy…
– Nie, jest to projekt, który trafi na biurko w GTC, musi być idealny, pozbawiony skaz… Aa przydać się Centrali, a nie zostać wyrzuconym do kosza! – puścił mnie w tym momencie, i z krzywym uśmiechem dodał jakby z ironią:
– Pracuj więc, pracuj… Potrzebujemy takich jak Ty…
Było w nim coś dziwnego, obserwował mnie jeszcze póki nie zszedłem na półpiętro, potem odwrócił się i zaczął rozmawiać z kimś stojącym obok niego. Może to szpicel, tajniak Cenrtalistów? Gdyby przeszkodził mi w pracy, która miałaby przynieść korzyść Imperium to mógłby pożegnać się z życiem! Chyba, że ja to prędzej zrobię, jak mnie ktoś nakryje… Co mam teraz zrobić? Może zaraz znów mnie ktoś zaczepi chcąc się wyładować, lub przypodobać władzy. Ale nie mogę się zatrzymać! Nie teraz.

                Trzecie piętro było jasno rozświetlone, a po jego powierzchni krzątali się ludzie w białych fartuchach… Nie dało się tutaj pasować z tym czarnym płaszczem… Tylko skąd oni wzięli te białe fartuchy?! Może z pobliskiego szpitala, słyszałem, że przy ostatnim trzęsieniu ziemi osunęło się sporo gruzu odsłaniając wejście do piwnicy z lekami. Leków było niewiele, wszystko prawie pochłonęła wojna, ofiary odsyłano z niczym, nawet rany zszywano normalnymi nićmi, nasączonych tylko w spirytusie… Jedyne co ocalało to leki przeciw grypie – niezbyt przydatne, i już sporo po terminie jakiejkolwiek przydatności. Wracając do Instytutu i trzeciego piętra. Pomieszczeń było tutaj sporo, a zza otwartych drzwi było słychać huk, i często powtarzający się hałas nakręcanych prądnic. Nie tylko pracowano tutaj nad nowymi żarówkami, ale też nad bronią oślepiającą. Kuli zbudowanej z małych żaróweczek, która rozbłysnąć mogła na ułamek sekundy tym samym oślepiając wszystkich dookoła. Przenikająca soczewki biel odbijała się od ścian, jeszcze mocniej porażając. Oślepienie mijało po kilku minutach, jednak w tym czasie wszyscy zdążyli się gdzieś rozejść, przejść do innych pomieszczeń, by tam przeprowadzić kolejne próby. Szykują się na coś, nie ma co… Jedno urządzenie do oślepiania pozostało bez opieki – wykorzystać okazję czy nie? Do biurka mam tylko kilka metrów… Zdążę nim wrócą. Czemu każdy krok w stronę oślepiacza zdawał się być coraz cięższym? Gdy złapałem go w dłoń nie mogłem zrobić już kroku… Dokąd z tym uciec? Przecież oni zauważą! Najpierw pomału…
To mówiąc ruszyłem w stronę drzwi, i nie ukrywam – lekko nie było. Technicy łazili od drzwi do drzwi, dalej jednak nie pozyskałem ani latarki, ani żarówek do niej.
– Nowy rodzaj światła…
– Taaak… Też nie sądziłem, że uda się nam go pozyskać w TAKICH warunkach!
– Żyjemy gorzej niż za czasów średniowiecza!
– Ale Imperium zaczyna się podnosić, jeszcze szybciej niż zaraz po upadku… Mój brat, który jest żołnierzem mówi, że za niedługo Imperium wypowie wojnę wszystkim dzikusom z Rejonu Krwi!
– Chodź, czeka nas jeszcze kilka prób, nie zapominaj! A ten Twój brat, to w której jednostce służy?
                Odpowiedzi nie byłem w stanie już usłyszeć, zresztą… I tak niczego by nie zmieniła. Wojna z Rejonem Krwi była tylko kwestią czasu! Oni nigdy nie mogli się podporządkować… Rejon Krwi, REJON KRWI! Cóż to za miejsce?! Pustkowie i bandyci znaczący swą drogę krwią zabitych w najbrutalniejszy sposób ludzi, ich chwilowych zabawek, ofiar… Podobno nikt kto tam zaszedł nie ostał się przy życiu! Nawet patrole tam nie sięgają! Boją się? Mają za mało ludzi? Nie… Tam czai się coś gorszego niż tylko grupy wygłodniałej ludności, coś potworniejszego niż mutanty… I władza Imperium się tego boi, szczególnie teraz, gdy kończą się ostatnie zapasy, teraz gdy ogłoszono stan głodu całkowitego! Oczyszczacz powietrza! Teraz mi się przypomniało! Zostawiłem go w biurze? Nie, chyba zostawiłem w domu… Oj nie chcę tutaj wracać, ale co jeśli będę musiał? Będzie mi on potrzebny w bardziej skażonych rejonach… Tylko po co mi coś co oczyszcza powietrze w promieniu kilku, czy kilkunastu metrów? Będę go musiał przekształcić, już dawno miałem to zrobić… To jest właśnie moja ulotna pamięć. Jest jedna latarka, wisi na ścianie w końcu korytarza, wezmę ją chyba nikt jej nie obserwuje. Tylko czemu ona wisi w korytarzu? Powinna być w pomieszczeniu badawczym… Czy coś jest z nią nie tak? Zaraz się przekonam. Tak… Teraz wszystko stało się jasne! To stary model, ciężka i niewygodna, wymaga dużo mocy… Nawet mój prototyp nie będzie jej  długo zasilał. Ale nie mam chyba innego wyjścia, lepszy rydz niż nic… Nie można w tych czasach wybrzydzać! Nie stać mnie na to!
– Zgubiłeś się przyjacielu? – przyjaciel… Jak cudownie zabrzmiało to słowo, zapomniałem nawet o jego istnieniu! Ale nie znam tego człowieka… Czy można mu zaufać?
– Nie, w żadnym wypadku! Potrzebuję latarki do badania prototypu specjalnego prądnicy dla władz GTC.
– Czyżby? Pokażesz ten prototyp? – mam go wyciągnąć spod bluzy?  Od razu się domyśli!
– Nie jest to możliwe, mam go w domu, tam dopracowuję jego szczegóły…
– I potrzebujesz latarki awaryjnej, starego modelu? Tej właśnie, którą trzymasz w dłoni? Energochłonnej i niepraktycznej?
– Tak, ta będzie najlepsza! Większa moc pozwoli na przetestowanie prototypu prądnicy w bardziej wymagających warunkach -  zaakcentowałem koniec, by dał mi już spokój… Był jednak uparty! I pytał
– Nie mogłeś wziąć latarki ze swojego piętra? Coś kombinujesz kolego… – kolego? Czyli już nie jestem przyjacielem? Ma mnie za wroga? – Zrobimy tak: albo powiesz wszystko mnie, albo któryś z żołnierzy sam wydusi od ciebie zeznania… Wybieraj!
                Nie dał mi dojść do słowa, wciągnął tylko do mroku, w którym sam cały czas się ukrywał. Wcześniej przemawiał głosem spokojnym, teraz mogło się to radykalnie zmienić… Jeżeli teraz zacznę uciekać, to i tak mnie ktoś zatrzyma, z całą pewnością… Jeżeli nie jakiś pracownik, to ochroniarz tuż przy wyjściu… Znalazłem się w potrzasku – prowadzony dalej przez mrok, obiłem się o coś niskiego… Zaraz po tym zostałem na tym niskim siedzisku z oparciem usadowiony. Kroki zaczęły się oddalać. Poszedł po żołnierzy! Centraliści zaraz tu będą i co? Już po mnie! Usłyszałem trzask, chwilę później szczękot – ten ktoś zamknął drzwi, ale zrobił to od strony wewnętrznej! Czyli po nikogo nie poszedł… Zapalił małe światełko a w jego blasku zobaczyłem starszą, zmęczoną twarz przypatrującą mi się z zaciekawieniem. Długie i rzadkie siwe włosy przykleiły mu się do czoła, jednak on nie był tym przejęty, nie teraz, nie w tej chwili. Jeszcze mnie nie wydał, choć mógłby to zrobić chwilę temu.
– Chcesz uciec? – spytał niepewnie…
– Nie! Skąd ten pomysł! Przecież siedzę w miejscu, sam pan widzi…
– A kto by chciał uciekać ode mnie? Nikomu krzywdy nie zrobiłem! Ale ja nie pytam o siebie… – przyglądał mi się dalej równie bacznie, jak i na początku…
– Rozumiem… Obserwował mnie pan wcześniej?
– Nie. Tylko teraz, jak przez dziesięć minut podziwiałeś okaz antycznej latarki… Szybko się zdradziłeś, poza tym nie pasujesz tutaj z tym swoim czarnym płaszczem… Wiesz, że skórzane ubrania wyszły z mody pięćdziesiąt lat temu? – odpowiedział powoli, krztusząc się co jakiś czas.
– Ale stale dobrze leżą… Do czego pan zmierza?
– Byłem młody, nawet i głupi… Myślisz, że nie chciałem stąd uciec? Wyrwać się z wielkich ruin zburzonych miast? Ale ty… Jesteś młody, głupi i nierozważny! Chcesz chyba oddać życie nie stawiając ani jednego kroku poza Rejon Technologii!
– Może i chcę uciec, czy to coś zmienia? Teraz może mnie pan wydać, już i tak bez różnicy, czy zginę teraz, czy za kilka dni. – zapalił światło… Przez chwilę niczego nie widziałem, tylko zgrzyt otwieranych zamków w plecaku dobiegał do mych uszu.
– Uuu nie masz nawet jedzenia a chcesz uciekać? Moi dawni przyjaciele pouciekali, nic im z tego nie przyszło… Oni myśleli, że za granicami miast czeka ich lepsze życie, a ty na co czekasz?
– Chcę tylko opóźnić to co i tak jest nieuniknione, może nawet zapobiec dalszemu upadkowi ludzkości.
– O! Bohater to mi się podoba… Ale martwy bohater, to żaden bohater! Weź to – podał mi mapę, gdy już odzyskałem możliwość normalnego spoglądania na otoczenie. – nie jest to mapa, którą znasz z propagandy Imperium. Masz na niej ścieżki, o których nie wie nikt! No… Prawie nikt. Widzę, że „pożyczyłeś” sobie oślepiacz… Może ci się przydać, szczególnie jeśli trafisz na grupy mutantów… Tutaj masz rewolwer, sześć kul w bębenku i dwanaście zapasowych, i trzymaj jeszcze nowy model latarki, mam do niej kilka żarówek. To tyle co mogę ci dać, i nie pytaj dlaczego to robię. Płynie w nas ta sama krew, tylko moja już jest zestarzała… Czy masz jakiś nóż?
– Znajdzie się jakiś, jest niezbyt ostry, ale powinien być dobry. Dziękuję za wszystko, bardzo dziękuję.
– Nie dziękuj, nóż weź ten, jest ostry, szybko się nie stępi, a i stal też dużo wytrzyma.
– Jak się z tym wszystkim zabiorę? Przecież zatrzymają mnie ochroniarze!
– Zrobią to, jeżeli rewolwer i nóż ukryjesz tak samo jak ten prototyp… – pokazał palcem na odstający z okolic mego brzucha zamaskowany przez bluzę kontur urządzenia. 
– Faktycznie! To wszystko przez emocje. Przepraszam, tak w ogóle nazywam się…
– Nie masz za co dziękować to raz, a dwa – nie interesuje mnie to jak się nazywasz, i lepiej byś nikomu tego nie zdradził… Idź już, nie ma czasu!
– Do widzenia, przyjacielu!
– Obawiam się, że już raczej kolejne spotkanie nie nastąpi…
                Szarpnął mną zmuszając do wstania. Pośpiesznie wcisnął rzeczy do kieszeni płaszcza, i po otworzeniu drzwi wypchnął mnie. Podał plecak i jakby nigdy nic skinął głową. Tylko oczy jego zdawały się robić wilgotne, tak jakby podpisał wyrok nie tylko na mnie, ale i na siebie samego. Zapewne za pomoc udzieloną mi odpowie, i to surowo… Coś jednak mówi mi, że on się z tym pogodził, czekał na okazję… Okazję do czego? Pozbycia się wspomnień? Chęci pomocy ten jeden, ostatni raz? Nie zrozumiem go, a może to tylko pułapka? Może chcą sprawdzić co planuję?! Już i tak na wszystko za późno. Teraz tylko muszę wziąć konserwy ze wspornika i przerobić oczyszczacz powietrza. Potem tylko ucieczka poza miasto. Ciągle trapi mnie widok przyjaciele, którego nawet imienia nie zdążyłem poznać… Czemu tych przyjaciół jest tak mało? Każdy jest tylko pochłonięty sobą… Jak kamienie rzucone w toń oceanu upadamy jeden za drugim nie widząc przed sobą niczego, prócz zbliżającego się dna. Zaś tam, na dnie, pośród stosów kamieni staramy się utrzymać na szczycie, nie spaść ze zbocza ostrej jak brzytwa góry. Wszystko ma swoja cenę, lecz teraz, w nastałych czasach za wszystko płaci się potrójnie (w najlepszym wypadku), jeżeli nie jedzeniem, to zdrowiem, ciałem ,lub życiem… Wszystko, by przetrwać i nie zostać przygniecionym przez kolejne kamienie, jednocześnie wciąż coraz bardziej obracając się w piach. Dwa piętra do przebycia – tak niewiele, teraz ta droga dłuży się niemiłosiernie. Wszystko jakby zwolniło gdzieś pośród stałego pośpiechu. No! Tego jeszcze brakuje żebym zabił się na schodach! Cholerne wygryzienia, jaka siła zniszczyła tak ten beton? Niszczący czas czy coś bardziej namacalnego? Co krok jestem bliżej celu, co krok jakość drogi się pogarsza… Drugie piętro mnie nie interesuje, starają się ulepszyć tam zbroje dla Cenralistów, bez maszyn wszystko trwa dłużej, znacznie dłużej…  Na nich stawiano szczególny nacisk – odchudzenie pancerza z zachowaniem jego walorów było priorytetem. Patrole miały więcej przejść, ale w mroku i tak daleko by nie zaszły… Dlatego potrzebują mnie, planów mojej prądnicy, które mam w głowie! Sami też na pewno na to wpadną prędzej czy później, ale jednak bardziej im zależy na tym „prędzej”. Jeżeli ta wojna będzie miała miejsce, to Centralistów i tak nic nie powstrzyma…  Pierwsze piętro! Coraz bliżej parteru… Tutaj pracują nad projektami naukowców, związanymi z oczyszczaniem gleby i wody przy użyciu jakichś mechanizmów. Nie jestem zorientowany w tej dziedzinie. Tutaj mam znajomego, wychowywaliśmy się razem, potem razem zostaliśmy w Rejonie Technologii. Może warto byłoby się z nim pożegnać? Nie, nie będę zwracał na siebie zbytecznie uwagi. Już wystarczająco mi się każdy przygląda, chyba jeszcze bledszy się zrobiłem… Niedługo będę jak resztki farby na ścianie – blady fragment większego elementu, brudny i złuszczony, który odpadnie przy mocniejszym podmuchu wiatru… Tak się właśnie czuję. Już kompletnie bez sił, jakby zaraz miał mnie przewrócić wiatr… Parter! Czyli to już? Majaczą cienie trzech postaci, słychać jakieś pojedyncze wyrazy, są daleko – mnie chyba jeszcze nie widzą. Czas na kontrolę, niezbyt mi to na rękę. Nie wiem jak to się skończy, i co zabawne… Nie chcę tego wiedzieć! Ale czeka mnie to teraz, tak samo jak i później. Coś gadają o jedzeniu… Też bym coś zjadł, ale ja przynajmniej nie robię nadziei innym!
– Stój! Twoja zmiana się skończyła?! Chyba jeszcze nie…
– Owszem nie, ale muszę usprawnić w domu prototyp dla GTC, ma jutro trafić na biurko, a potem jeśli wszystko dobrze pójdzie, wprowadzą produkcję ogólną dla żołnierzy.
– Co to za prototyp?
– Prądnica elektronowa, napędzana blaszkami bimetalowymi połączonymi splotami Tesli, wywołuje prąd na zasadzie fuzji jonowej…
– Dość! Do co on ma robić?!
– Dawać prąd żołnierzom, małe przenośne urządzenie
– Pokaż plecak – Podałem mu go szybko – Narzędzia?! Chcesz okraść instytut?! O latarkę jeszcze zabrał…
– Potrzebne jest to do usprawnienia prototypu, chyba muszę na czymś sprawdzić czy działa poprawnie?!
– Po co te nerwy panie nerwusiński, jutro jest twój wielki dzień nie możesz się denerwować już teraz!
– Idź już! – powiedział ktoś stojący za mną, bacznie obserwując każdy mój ruch, prawie tak samo jak przyjaciel z trzeciego piętra… Tylko ten ochroniarz nie był nastawiony przyjaźnie, to mnie niepokoiło najbardziej.
                Wziąłem plecak i schowałem di niego raz już kolejny walizkę z narzędziami. Latarkę dałem to innej kieszeni, musiałem zabrać jeszcze ze schowka konserwy, i wolałem czuć ich obecność na moim kręgosłupie… Potem chwila wytchnienia w domu i będę mógł ruszyć. Jak przerobić oczyszczacz powietrza? Nie mam przecież maski tlenowej… O maska tlenowa! Właśnie… To bym mógł z tego zrobić! Jedyne czego muszę dokonać, to przerobić tylko dyszę wypuszczającą czyste powietrze… Będzie ciekawie, zbyt wielu rzeczy w domu nie posiadam. Zaraz się nad tym głębiej zastanowię, teraz mnie interesuje gdzie był ten słup, który podpierał ścianę Instytutu… Chyba gdzieś z tyłu, czy może z boku? Nie pamiętam, trzeba będzie obejść dookoła. Popękane ściany, miejscami dziurawe… Nie wygląda nawet tak tragicznie… Inne budowle są w gorszym stanie, o ile te góry gruzów da się tak nazwać! Wszystko co stało o własnych siłach wymagało natychmiastowego podparcia, mimo to ludzie mieszkają w szałasach, które sami sobie zbudowali. Jest i wspornik! Są też odstające blachy… I ledwie trzy konserwy ukryte we wnęce. Liczyłem, że będzie ich więcej… Było więcej! Czyżby ktoś zjadł te dwie brakujące? A może to ja zmysły już tracę… Nie ważne! Biorę je i ruszam pędem do domu. Wracając do budynków. Nam, technologom przysługiwały sale dawnego komisariatu… Miękkich łóżek nie było, ale za to w każdej celi widniały tylko twarde, drewniane prycze. Kraty tych „sal” były zasłonięte tym, co każdy sobie tutaj przyniósł… Sklejki, płyty z drewna, blachy – wyglądało to gorzej niż baraki niegdysiejszych krain trzeciego świata. Jedyny plus był taki: każdy mógł zamknąć drzwi swego apartamentu za pomocą sporego, żelaznego klucza… Nikt inny tam nie mógł wejść, prócz jego posiadacza. Było to dość pocieszające choć z drugiej strony budziło pewne problemy… Każdy kto zgubił swój klucz, bądź mu go ukradziona – natychmiastowo stawał się bezdomnym. Nikt nie zauważał zmian następujących w lokatorach. Wszyscy byli mniej niż małomówni, ktoś kto złamał ciszę często znikał w niewyjaśnionych okolicznościach. Sam nie wracał na noc, bądź ktoś mu w tym pomagał…  Sam chciałem zamieszkać w innym miejscu, ta cisza przytłacza. Momentami nawet miałem wrażenie, że odbiera całkowicie już i tak otępiały umysł… Często słyszałem kroki, późno w nocy, oraz szepty osób stojących na korytarzu. Nie wsłuchiwałem się w ich rozmowy, na każdy najdrobniejszy szelest milkli i zmieniali swe położenie, tak jakby bali się zdradzić choćby część swych tajemnic.

                Teraz czekała mnie wędrówka do mojego apartamentu. Prywatnego zacisza pośród zimnych, brudnych ścian i lepkiej podłogi. Pogrążone w ciemnościach ulice nie poprawiały humoru, a snujący się pod Instytutem wychudzeni ludzie żebrali o jedzenie. Straszny widok, aż skręcało gdzieś we wnętrzu ciała. Przypominali oni bardziej żywe często bezzębne trupy, owinięte stosem szmat niechlujnie na siebie narzuconych. Potrafili oni uprzykrzać życie aż do samego komisariatu… Tam wybawieniem zdawały się częste patrole Centralistów. Sam komisariat nosił znamiona wielogodzinnej strzelaniny, jaka miała tu miejsce zaraz po Wielkim Upadku, komisariat miał stać się pierwszą siedzibą Centrali w Rejonie Technologii. Czemu akurat komisariat? Nie było wiadomo. Jednak jak później się okazało, zrezygnowali oni z okupowania go, i oddali technologom jako bezpieczne mieszkania. Wybrałem sobie największą celę, sam nie wiem czemu. W domu bywałem rzadko, cały czas spędzałem praktycznie w moim biurze. Być może nie chciałem tutaj przebywać, zważywszy na fakt iż wszelkie robactwo było tutaj normą, tutaj jak i wszędzie indziej. Ale jednak karaluchy z komisariatu zdawały się być większe, i niezbyt przyjemnym zawsze było ich nocne łażenie po mojej twarzy. Do wszystkiego (prawie) da się przywyknąć, ale chyba nie do karaluchów gigantów!
Tutaj przynajmniej schody były proste…  Mógłbym czepiać się wszystkiego! Zimna, deszczu, mutantów, ale czemu do jasnej cholery uczepiłem się tak tych krzywych schodów?! Nie mam bladego pojęcia o co mi chodzi… To chyba przez życie w ciągłym stresie! Zegarek wskazuje piętnastą czterdzieści, a na dworze jest już ciemno… Może to mój zegarek źle chodzi? Stary nakręcany rzęch, w ogóle po co mi godzina skoro teraz czasu się nie mierzy?! Teraz dniówkę wyznaczają zakończone testy, sporządzone raporty, liczba partoli. Wszystko co ma jakąś ilość, wartość dla czegoś… Tylko czego, dla kogo?! Z pozoru wszystko jest bez wartości. Nawet życie w takich warunkach nie ma wartości, a co dopiero jakiekolwiek czyny! Zaraz… Jednak ogromną wartość ma pomoc od przyjaciela… Czemu on przeglądał mój plecak? Muszę usiąść pomyśleć…Rozsuwał kieszenie, ale nie chciał sprawdzić co w nich mam… W pierwszej mam tylko trzy konserwy i narzędzia, w drugiej latarkę i żarówki… Żarówki! Hmm kilka żarówek, ale to czym jest? Dał mi mapę nieznanych przejść, a tutaj, jakby czegoś brakowało… Są punkty lecz brakuje linii, może razem coś dają? Teoretycznie by pasowały, ale jedna kartka drugą przysłania, gdzie jest ta latarka? Dobra… Naładować prototyp, ponaciskać dynamo, chwile odczekać… Powinno być już gotowe do odpalenia! Tak… Interesujące, to są punkty związane z mapą, pokazują jakby jakieś kryjówki… Trzeba będzie to sprawdzić, i ten napis… „Zostaw coś dla innych”. Mniejsza teraz o to, oczyszczacz jest urządzeniem działającym w sposób dwojaki. Można napędzać go akumulatorami obojętnie jakimi, ważne by miały choć trochę energii w sobie, potem utworzono drugie wejście na stałe prądnice. Ta druga opcja bardziej mnie interesuje. Mój prototyp powinien bez problemu współdziałać z oczyszczaczem bez straty większej ilości mocy.  Przerobię jego tłoczenie, do minimum, tak bym mógł spokojnie oddychać normalnymi dawkami powietrza. Ten lejek przymocuję do dmuchawy, tylko muszę to czymś uszczelnić. W walizce z narzędziami mam taśmę izolacyjną, ciekawe czy po tylu latach od wyprodukowania jest ona nadal skuteczna… Kilka starych szmat, trochę taśmy i lejek – genialne! Urządzenie przymocuję do paska, dyszę poprowadzę do twarzy i przywiążę. Maska tlenowa zrobiona na szybko, przyda się bez wątpienia. Póki co nauczyłem się oddychać tymi toksycznymi oparami… Podobno skraca to życie, ale jakoś się tym nie przejmuję. Grunt by mieć czysta wodę. A i na to mam sposób – w miejscach publicznych urządzenia do destylacji są ogromne – ja mam wersję „kieszonkową”, jak każdy pracownik Instytutu. Był to innowacyjny pomysł ludzi z pierwszego piętra. Przedmiot zakładany na butelkę wlewał z jednej strony czystą wodę, zaś poza zbiornik leciały struktury oddzielone, szczególnie mocznik… To było chyba wszystko, niczego więcej nie potrzebowałem. Zrobić  kilka kroków za kraty, by znaleźć się w zupełnie innym więzieniu – musiało mnie to czekać, czy teraz, czy później. Jestem o tym przekonany.
Najpierw zdrzemnę się tylko, by odzyskać siły, których nerwy mnie dziś pozbawiły.