Dziwne i niewytłumaczalne

W mroku ginie rozsądek…

Ktoś mi powiedział, że z każdego tematu zrobię coś poczytnego – zobaczymy za moment czy twierdzenie to okaże się prawdziwe, ale nie ja będę to oceniać, a każdy kto tutaj wejdzie i każdy komu zechce się to przeczytać. No to co? Zaczynamy! Na drodze wstępu powiem tylko iż będzie to historia oparta na faktach – co zaraz raz jeszcze podkreślę. Czy masz ją traktować z przymrużeniem ok? To już samemu każdy zdecyduje – fakt jest jeden! To się wydarzyło bez względu na to czy w to wierzysz, czy też nie…

Uwaga! Historia miała miejsce w rzeczywistości, nie będzie ubarwiona ani przekłamana.
Oparte na faktach…

Przyjechał z Niemczech mój przyjaciel, jeszcze z czasów podstawówki. Nie mamy okazji widzieć się codziennie – można się tego łatwo domyśleć czyż nie? Zatem każde spotkanie jest dla nas o tyle ważne, że możemy się wciągu jednego dnia nagadać tak jak standardowe kobiety przez całe życie… Więc i tematów jest sporo, i zabawy też jest masa. Ale tym razem coś poszło nie tak. Miałem zaplanowany dzień – co do szczegółu, co do minuty. Był plan, było też przygotowane wszystko, aby ten oto plan zrealizować… Dnia pierwszego listopada wyprałem ręcznie swoje rzeczy – nikt mi nie chciał pralki na wszystkich świętych włączyć (jak wiadomo sam tego diabelstwa nie potrafię i nie chcę potrafić obsługiwać)… Do wyprania nie było wiele, ale prócz czarnych ubrań mógłbym wyprać też charakter… Ale co do rzeczy, ręcznie uprałem czarne wojskowe spodnie do zadań nocnych, do tego czarną bluzę niestety zwyczajną wszak wojskowej już nie posiadam, oraz chustę również czarną. Problem jak wiadomo polega nie tyle na samym wypraniu co na suszeniu tak pranych rzeczy… Z racji tego iż nie posiadam zabytkowych urządzeń do prania z czasów PRL’u musiałem wszystkie szmaty wyżymać ręcznie – normalnie istny horror! Pomijam fakt związany z moim zmęczeniem tego dnia i brakiem sił na ręcznie wyżymanie… Robiłem co jakiś czas poprawki duszenia, a raczej wyduszania owych ciuchów tak, by na dzień jutrzejszy potrzebne rzeczy były już suche… Wydawało się to awykonalne wszak woda nie kapała, a ściekała wręcz strumieniem – szczególnie z bluzy, która wody się opiła jak głupia! Dnia drugiego – czyli w sobotę – dzień spotkanie jeszcze dodam… Bluza nie była mokra, ale dość wilgotna. Nie zmieniło to moich planów… Założyłbym cały ten komplet nawet mokry, i nie dlatego, że nie mam innych ubrań – mam ich sporo, a dlatego, że potrzebowałem czegoś co pozwoliłoby mi stać się nie tylko niewidocznym, ale również umożliwiło całkowite rozpłynięcie się w mroku. Tego zakładał plan – a przynajmniej jeden z jego punktów. Musiałem więc wykombinować coś na szybko, i przyszedł mi dość zwariowany pomysł i myśl mu towarzysząca – skoro można suszyć włosy za pomocą suszarki, to czemu nie ubrania…- Myśl jednak okazała się genialną! Wysuszyło to bluzę i spodnie tam gdzie były one wilgotne. Teraz mogłem iść na spotkanie.

To jednak był ledwie wstęp, nic nieznaczący początek wydarzeń, które nas czekały…
Z Maciejem umówiłem się tam gdzie zawsze – na moście koło sex-shopu, jest to taki nasz wspólny żart i jednocześnie odwieczne miejsce spotkań – każdy ma tam blisko, i każdy wie gdzie to jest. z Tego właśnie punktu ruszyliśmy w stronę pizzerii. Właśnie tutaj był drugi z problemów…  Miała być pizza, jednak obiad w domu sprawił iż wzięliśmy tylko frykasy – złociste paluchy czosnkowe – dokładnie dwie porcje dużych frykasów, jedne na miejscu drugie na wynos. Poprosiłem by te, które miały być „na wynos” zapakowano mi do mojego pojemnika, który miałem ze sobą. Zasiedliśmy przy stoliku czekając na realizację zamówienia, spokojnie rozmawiając o tym co czeka Maćka. Prosił o wyczerpującą wędrówkę, coś na poprawienie formy… Ja byłem na to gotowy. Otrzymał ode mnie małą latarkę, którą miał przywiązać do kurtki – pozwalała mi dostrzec go z daleka, drugą latarkę tym razem normalną – świecącą mocnymi diodami ledowymi (przy trybie 8 lub 16 diodek), nóż – świeżo naostrzony (na tyle by bez problemu przeciąć grubą kurtkę i uszkodzić ciało) było to bardziej na wszelki wypadek i po to, by mógł czuć się pewniej, chustę w moro – miała chronić przed owadami. Do tego szybki instruktarz związany z przebiegiem akcji i posługiwaniem się przedmiotami – do tego przepisy BHP… A właśnie a co ja miałem? Latarkę świecącą na blisko 150 metrów na jednej mocnej diodzie, lub na drugim trybie świeciła 16 diodami na teren dosyć szeroki, spokojnie oświetlając 100 metrów powierzchni, miałem też telefon z jedną diodą świecącą na 100 metrów, no i dalej to ubranie kamuflujące, glany i plecak. Po posileniu się ruszyliśmy do sklepu, by tam zaopatrzyć się w dodatkowy sprzęt – baterie do latarek, oraz napoje energetyczne. Zważywszy na fakt iż było dość widno co było mi nie po nosie to wybrałem inną trasę.

Wzniesienia i niewielkie góry były pierwszym celem do zdobycia. Z ich szczytów rozpościerała się przepiękna panorama Nysy – niewielu zna to przejście, i te punkty widokowe… Tutaj był pierwszy odpoczynek, wędrówka trochę wymęczyła Macieja, szczególnie gdy napchał swój kałdun frykasami! Zbliżał się zachód słońca, a droga była przed nami bardzo długa… Należało zejść z gór, by kontynuować marsz. Jeszcze bardziej wyczerpujący, jeszcze bardziej ciekawy i wymagający! Nie wyprzedzajmy jednak faktów. Byłoby to zbędnym zabiegiem. Trasę przewidziałem na 24-26 kilometrów. Będąc na górze zrobiliśmy raptem 8 kilometrów. Teraz czekała nas 6 kilometrowa przeprawa do początków lasu. Oczywiście mowa tutaj jest o 6 kilometrach w jedną stronę… Właśnie te 4 kilometry, które nam zostały były kluczowymi. W trakcie ich przebiegu miało dziać się najwięcej. Cała droga do lasu to już koniec miasta. Obrzeża – mały ruch, mało ludzi, cisza… Wspaniała cisza, czasem tylko rozdzierana rykiem silnika przejeżdżającego samochodu, lub niesionymi przez pola odgłosami pędzącego pociągu – nadlatującymi od strony miasta – majaczące w oddali sygnały gwizdków. Najbardziej irytujący był mrok pogłębiający się z każdym krokiem. Szczególnie ciemno było już, gdy stanęliśmy przed pierwszymi drzewami… To była chwila na odpoczynek, oraz przygotowanie sprzętów, zorientowania się względem kompasu (Maciej musiał wiedzieć, w którą stronę iść w przypadku zgubienia się). Przewidziane było prawie wszystko, nawet czarne scenariusze – prawie wszystko…

Tutaj zacznie się historia właściwa – jej najmroczniejszy fragment… Czy mieliście kiedyś przeczucie? My z Maćkiem właśnie przed wkroczeniem do lasu mieliśmy takowe przeczucie… Bardzo złe nawet. Pierwsze kroki w stronę ciemności zrodziły niepewność – z początku tylko niewielką, zbagatelizowaliśmy to. Dobra zabawa była i owszem, ale tylko do czasu. Blask latarek pięknie rozświetlał otoczenie, widać było wszystko jak na dłoni. Uznałem iż był to dobry moment na głupie żarty – zniknąłem Maćkowi. Rozpłynąłem się w mroku gdy tylko zgasiłem swoją latarkę… Nie było mnie widać, nie było mnie słychać. Właśnie w tym momencie Maciek zaczął wariować i wypowiedział słowa, które mnie rozbawiły. „Iwan!! Coś się o mnie otarło!!!! Gdzie jesteś?! Iwan!!” Myślałem, że pęknę ze śmiechu, ale mój humor powściągnął potworny smród – cuchnęło tak jakby w pobliżu gniło jakieś mięso… Maciek był daleko, ale widziałem go cały czas… Bez namysłu włączyłem latarkę patrząc czy w coś nie wszedłem… Dookoła mnie było pusto! Podeszwy od butów były czyste, nigdzie nie było też żadnego truchła. Jednakże po zapaleniu latarki smród ustał. Było to dosyć dziwne, ale nie przejąłem się tym zbytnio – zmierzyłem w kierunku Maćka, który już tylko na mnie czekał. Musiałem zacząć go uspokajać, i powiedziałem, że mógł obudzić zająca i to on się o niego otarł (jednak zające widziałem z innego krańca lasu – tak blisko drogi ich jeszcze nie było) Dumałem nad tym, ale i myśli odleciały… Musiałem uważać, by nie stoczyć się z niewielkiego wzniesienia. Droga na wzniesieniu kończyła się ręcznie utworzoną wiatą leśniczą – miejscem ognisk, obserwacji i odpoczynku (i wspaniałym tarasem widokowym). Chcieliśmy zrobić jakieś pamiątkowe ujęcia w tym miejscu, ale wszystkie próby zrobienia zdjęcia kończyły się zamazanym obrazem.
Woleliśmy coś zjeść niż dalej próbować cykać fotki. Gdy tylko usiedliśmy do posiłku, to znów było czuć ten straszny smród – ale tym razem mocniej! Maciek powiedział mi iż czuł to też gdy coś się o niego otarło (i nie była to gałąź)… Rozejrzeliśmy się, ale niczego wokół nas nie było więc po posileniu się poszliśmy dalej.

Mawia się, że im dalej w las tym więcej drzew – powiem inaczej… Im dalej w las tym większy smród…
Plan zakładał dotarcie do kościoła w środku lasu – dobre miejsce na zrobienie kilku pamiątkowych zdjęć. Dochodząc do niego niego coś nas zatrzymało… Nie tylko smród nam towarzyszył, ale też szelest dookoła nas – tak jakby coś krążyło robiąc koło. Do tego oboje słyszeliśmy sapanie. Coś sapało i wiem, że nie było to zwierze – ani pies, ani zając, ani dzik… Byłem w tym lesie nie jeden raz, ale czegoś takiego nigdy tam nie uraczyłem! Dzień zaduszny – taki był dokładnie dzień, gdy się tam znaleźliśmy, nie widziałem jednak wtedy związku z tym sapaniem. Chciałem iść dalej, ale zmroziło mnie. To było pierwsze ostrzeżenie – wiedziałem to ja i wiedział Maciek… Cofnęliśmy się do rozdwojenia drogi i tam zaproponowałem by podejść kościół od drugiej strony. Maciek niechętnie na to przystał – ale nie chciał zostawać sam, i szczerze powiem, że ja też nie… Druga droga była lepsza, lecz irytowało ciągłe (wrogie) wycie i warczenie psów. Nie było smrodu, do czasu…   Wraz z ponownym jego przybyciem o bliższym szelestem, oraz sapaniem rozbrzmiewającym niemalże tuż obok, wycie psów przerodziło się w ujadanie przepełnione strachem… To było drugie ostrzeżenie! Na trzecie nie czekaliśmy… W pełnym biegu ruszyliśmy do końca lasu, tym razem jednak smród już nas nie opuszczał. Gdy zwalnialiśmy, to pomimo braku choćby najmniejszego wiatru drzewa gięły się jak oszalałe, liście szumiały bez chwili przerwy. Zrywały się spłoszone ptaki, a nad głowami krakały kruki i wrony – straszny obraz. Nie boję się byle czego, jestem odważny, nawet głupi przez to, ale wtedy całą odwaga zgasła…Tam coś było, wiem to tak samo ja jak i Maciek. Nie wierzę w duchy, ale umysł podpowiadał różne rzeczy, gdy dookoła był mrok a samemu było się w pustce. Rozum stał się największym wrogiem, który rzucał kłody pod nogi. Do tej pory gdy tylko o tym pomyślę to po mych plecach przelatują ciarki…
Co zabawne, zaraz po wyjściu z lasu smród padliny nas opuścił, drzewa się uspokoiły, a my sami mogliśmy odpocząć choć przez chwilę…   Nie było też krakania nad głowami – ponownie nastał spokój. Jedyne co mogło wzbudzić niepokój to migająca latarnia, w której to świetle postanowiliśmy odsapnąć.

Dzień zaduszny jest dniem, w którym to dusze zmarłych się błąkają, należy im się wtedy spokój i modlitwa – tak powiedziała moja babcia… Czy to prawda? Sami oceńcie – ja w to jednak nie wierzę…

Sam zaś powtórzę – niczego nie ubarwiłem, a całość działa się naprawdę!!

Pozostałości (po kulturach), których wyjaśnić się nie da… Cz.7

Pierwszy komputer – Mechanizm z Antykithiry
    To jest dobitny dowód na to, że nie tylko Egipcjanie byli na tyle rozwiniętą kulturą, by mieć własne sprzęty rozwinięte bardziej niż można było sobie wyobrazić… Przedstawię w kilku słowach cudo techniki, którego nie da się zdefiniować! Jeszcze do niedawna była to zagadka, której nikt nie mógł rozwiązać! No cóż… Nie naukowcy, a technik-historyk odkrył zastosowanie dla znalezionego w głębinach wód mechanizmu. Mawia się iż jest to pierwszy komputer – jego złożoność i funkcjonalność zdumiewają do dziś! Mechanizm został nazwany pierwszym komputerem – w zasadzie nim jest, choć może tego nie widać… Był to bardziej komputer pokładowy, a nie komputer jaki znamy obecnie.
coputer
     Skorodowana bryła brązu, która przechowywała bardzo wiele informacji… Niedawno dzięki dokładnego skanowaniu udało się zrozumieć sens zbudowania tego obiektu! Był to precyzyjny przyrząd pokazujący ilość dni, ruch Ziemi i Księżyca wokół Słońca – precyzja zadziwia dlatego też, niektórzy dalej nie mogą w to uwierzyć! Dodatkowo zadaniem tego tworu było wskazywanie odpowiednio przesileń słonecznych (a to wszystko względem orientacji gwiazd). Na dwóch zamieszczonych zdjęciach widać tylko obręcze, w sumie nawet nic nadzwyczajnego – ale zaraz przedstawię zdjęcia ze skanu (takiego tomografu dla przedmiotów martwych)
first anty

Oto obiecane skany:
skan1
skandrugi

   Ilość zębów w trybach nie jest pełna – jest to podzielona część głównej liczby – tak więc np. suma obrotów Ziemi wokół Słońca podzielona jest na cztery zaś Księżyca wokół Ziemi na trzy – to pozwala na zmniejszenie zębatek i odpowiednie naniesienie ich na tablicę z datownikiem (Grecy wykorzystywali w tym czasie kalendarz egipski, tak też był oznakowany przód „zegara” i naniesione zostały oznaczenia greckie)! Co ciekawe wszystko było oparte na wyliczeniu i przybliżeniu – co dawało jeden numer (ząb w trybie) dodatkowy jako dzień przestępny. Cały mechanizm nie przetrwał w całości, rozpadł się na kawałki przez upływ czasu (nie ma się co z resztą dziwić, bo pochodzi on z lat 150-100 p.n.e.). Złożoność konstrukcji przewyższała nawet zegary budowane w XVIII wieku! Mówimy tutaj o złożoności, a sam mechanizm z Antykithiry był bardzo niewielkich rozmiarów! 37 kół zębatych było zamkniętych w obudowie mającej 33 cm wysokości, 17 cm szerokości i 9 cm głębokości – to naprawdę niewiele jak na tamte czasy!

Obrys kół i odtworzona replika wyglądają tak:
obrys

mechanizm mehanism

antuy

Koniec cz. 7 – ostatniej z tego cyklu

Pozostałości (po kulturach), których wyjaśnić się nie da… Cz.6

   Wczoraj mówiłem o trójkątach, w których dzieją się rzeczy niewyjaśnione – ale równie ciekawe miejsce znajduje się w północno-wschodnim obszarze Syberii. Jest tam miejsce nazywane przez „Rosyjskich Indian” oraz przez władzę Rosji – Strefą Śmierci – żadne żywe stworzenie nie może przetrwać na tamtym obszarze… I powodem nie jest tęgi mróz, czy brak uprawnej ziemi w  pobliżu owego miejsca. Powód jest zupełnie inny – każdy kto tam trafia i cudem ujdzie z życiem wraca odmieniony, miesiącami dochodzi do siebie. Jest to jedno z tych miejsc, o którym człowiek chciałby zapomnieć, przekreślić je czy wymazać – coś niewytłumaczalnego zabija wszystko co żywe! Nie widać nawet z czym się ma do czynienia – „to” po prostu jest i nie ma zamiaru zniknąć…

copule

    Miejsce to jest owiane bardzo wielką tajemnicą, większą niż w przypadku wcześniejszych opisywanych przeze mnie przypadków. Jest tego tylko jeden powód – śmierć, która broni tajemnicy syberyjskiej Strefy Śmierci… Sekret był przez bardzo długi czas ukrywany przez władze rosyjskie – początkowo sami o tym nie wiedzieli (dopiero podczas  przeszukiwań terenu Syberii po katastrofie tunguskiej żołnierze wpadli na trop Strefy Śmierci). „Rosyjscy Indianie” jak ich nazwałem to tak naprawdę plemię Ewenków – ludzi trzymających się z dala od miast, cywilizacji – żyją z myślistwa, prowadzą częściowo koczowniczy tryb życia. Właśnie oni wytłumaczyli żołnierzom co się znajduje w Dolinie Śmierci. To są prastare legendy mówiące o wielkich hangarach, stalowych domach, lub misach/kotłach pozostawionych przez pradawnych budowniczych (właśnie powyżej mamy szkic sporządzony przez rosyjskiego żołnierza ukazujący myśliwego, który wskazał im kopuły). Władze były tym bardzo zainteresowane i jednocześnie były bezsilne – nikt nie mógł zostać tam dłużej niż dwa/trzy dni – ponieważ dzieją się tam z człowiekiem dziwne rzeczy… Każdy kto tam był przy pracach twierdzi, że dochodziło do paraliżu, potwornego bólu wszystkich kości mięśni – słyszeli nieopisane dźwięki w głowie, co pchało ich na skraj obłędu. Ci którzy tam zginęli byli nienaturalnie powykrzywiani, aż kości miejscami pękały i rozcinały skórę.
tunele
    Zrobiono tylko kilka szkiców owych miejsc. Chciano się dobrać do tego co skrywają… Bagna – wszechobecne moczary! Samo podejście do kopuł wymagało nie lada ostrożności, wszak były one częściowo pozatapiane. Relacje mówią iż wszystko było zbudowane z nieznanego stopu metali, które wpływały na człowieka  dość negatywnie… Tak jak amerykański rząd otrzymał (i zbagatelizował) od swego wywiadu informację o odnalezieniu ciał kosmitów i latającego spodka przez Rosjan, tak odkryciem kopuł byli bardzo zainteresowani… Przez wiele lat ubiegali się o pozwolenie na badania w tamtym rejonie (otrzymali takowe zezwolenie niedługo po zakończeniu Zimnej Wojny). Ekspedycja Amerykanów w tamten rejon przyniosło jedno – zapadnięcie się kopuł pod powierzchnię bagna… Były też straty w ludziach, jednak część tych osób, które przeżyły miały jeszcze bardzo silne bóle głowy przez okres (około) trzech miesięcy.  Bóle jednak były  połączone ze sztywniejącymi mięśniami i wykrzywianiem kończyn… Sami nie byli w stanie się ratować – pomogli im Ewenkowie, których ostrzeżenia zostały zbagatelizowane.

bron kopula
   Teraz coś o przeznaczeniu owych budowli… Ewenkowie twierdzili iż były to świątynie bogów, którzy walczyli o dobro planety, o dobro ludzi – jednak nie chcieli być nękani przez wizyty dlatego przeklęli miejsce nie pozwalając nikomu żyć w pobliżu budowli. Legendy ich mówią też o kulach ognia, które wzlatywały z wielkim hukiem. Ewenkowie mówili także o tym, że Meteoryt Tunguski został zniszczony przez potężną kulę ognia wylatującą z Doliny Śmierci! (Teoretycznie wyjaśniałoby to, czemu owy meteoryt mogący zniszczyć całą Ziemię, wybuchnął nad jej powierzchnią wyłamując tylko i wyłącznie drzewa) Istnieją teorie mówiące jakoby to były to była sieć konstrukcji chroniących Ziemię, jednakże fakt jest taki iż faktycznie kopuły były zrobione z nieznanego metalu…  Dodatkowo pomimo nawet największych mrozów kopuły były zawsze ciepłe, dlatego też myśliwi spędzali w ich cieple jedną tylko noc… (Wiem to zdanie było wyrwane z kontekstu ale mi się przypomniało o tym zjawisku)

bagno

Koniec cz. 6

Pozostałości (po kulturach), których wyjaśnić się nie da… Cz.5

Tajemnica trójkątów…
figtr
Istnieje wiele trójkątów, podobnych do Bermudzkiego – są to jak gdyby jego odzwierciedlenia. Mówiąc o takim trójkącie mamy na myśli trzy połączone ze sobą linie, w których obszarze dzieje się coś niewytłumaczalnego. Owszem – w takich trójkątach z niewiadomych przyczyn naginane są prawa fizyki – nie można tego w żaden sposób wyjaśnić. Otóż jeżeli mnie pamięć nie myli mamy na Ziemi około dziesięciu (do 14) takich punktów rozłożonych na całym globie. (Powiedzmy) Dziesięć różnych miejsc, lecz jedna jest wspólna dla nich cecha – dziwne zjawiska w ich obrębie. Biorąc pod uwagę fizykę zachodzi tam do zakrzywień czasu, struktur elektromagnetycznych oraz atmosferycznych. W pobliżu wszystkich trójkątów kompasy i zegarki wariują, dochodzi do nagłych zmian pogodowych, fale radiowe (co ciekawe) zanikają bądź słychać komunikaty z ubiegłych lat… Fizyka wyklucza zniknięcia ludzi bądź przedmiotów – jednak te są zarejestrowane, a naukowcy nie potrafią się do tego odnieść. Wcześniejsze zjawiska tłumaczono dużymi (wręcz ogromnymi) złożami metali skupiających – takich jak magnesy (a przynajmniej jak ciała wykazujące właściwości ferromagnetyczne). To by wyjaśniło zaburzenia kompasów, ale nie czasu! Wiele osób, które tam były twierdzą iż na ich zegarkach wskazówka się nie poruszyła (lub było to bardzo minimalne) – a przez radio słyszeli iż nie było z nimi kontaktu przez dwie, trzy godziny! Były też relacje odwrotne.

    Pomijając fizykę twierdzi się iż pierwsze udokumentowane zniknięcia były w latach 1840-1880. Jednakże szczerze powiem, że wzmianki pojawiły się w kronikach od początków żeglarstwa! Szczególnie były nasilone w latach 1600-1700 – wtedy wiele okrętów nie powróciło do portów, niektórzy twierdzili iż potężne statki znikały zaraz po wypłynięciu w dziwnej mgle! (Nie chcę teraz skłamać ale Chińczycy i Japończycy strefę śmierci znali od 1200 roku – jak mówię, nie jestem pewien co do daty wiem jednak, że było to przed rokiem 1600).  To taki obrys historyczny, teraz należy przejść do praktycznego opisu.

    Jak wspomniałem znanych jest około dziesięciu (może czternastu) trójkątów, z czego one są jakby skopiowane na przeciwległych półkulach. Ciężko mi to opisać – po prostu każdy ma swój odpowiednik… Dodatkowo są one względnie podobne budową to układu gwiazd na niebie (Trójkąt Południowy)- tworzących idealny trójkąt równoboczny. Nazwy tych najbardziej znanych to – Trójkąt Bermudzki (jak nazwa wskazuje leżący na Bermudach – jego rozmiar jest różnie określany, zależne od badaczy), Trójkąt Smoka (Chiński), Trójkąt Diabła (Japoński),Trójkąt Vermoncki (znajduje się w Górach Zielonych w Ameryce) – te interesują mnie najbardziej zważywszy na ilość zaginięć, oraz opisy im towarzyszące.

    Największą zagadka jest to – gdzie podziali się wszyscy ludzie, co z ciałami… Zaginęły setki statków, samolotów, łodzi podwodnych i tysiące ludzi! Jednak co ciekawe maszyny się odnajdują po wielu latach w miejscu zaginięcia, nikt nie potrafi tego wyjaśnić. Jednak opisy (świadków) są bardzo podobne dla każdego z tych miejsc! Teraz ciekawostka – Krzysztof Kolumb mało co nie spłonął za to, co napisał w swym dzienniku – przepływając w Pobliżu trójkąta Bermudzkiego widział światła towarzyszące mu przez cześć podróży – widziała je też załoga, nie były to statki – ponieważ unosiły się nad wodę, chwile leciały a potem znów chowały się pod wodę i tam dalej świeciły. Była to noc więc tym bardziej byli świadomi tego co widzą – wszak jak opisywał Kolumb była to ciemna bezgwiezdna noc. Inkwizycja przejęła jego dziennik, ten zaś trafił do Watykanu – Kolumb zaś został postawiony przed sąd inkwizycyjny i musiał się wszystkiego wyrzec (dlatego też potem nie mógł już nigdy pływać). W okolicach Trójkąta Diabła Japończycy widzieli wiele świateł unoszących się nad wodą i z zawrotną prędkością chowających się w jej głębinach – opisywali nawet to jako statki zbudowane ze srebra – połyskujące i bardzo szybkie (w powietrzu jak i  w wodzie) Właśnie w owym Trójkącie japońska flota utraciła pięć  potężnych okrętów bojowych z załogą liczącą 700 osób (bodajże jeden o ile się nie mylę)…  To były tak na prawdę okręty „ratunkowe” – miały odnaleźć zaginione znacznie wcześniej statki – zostały wysłane uzbrojone w sam środek Trójkąta Diabła i wiesz co? Żaden nie powrócił,  żaden też nie dał również sygnałów ratunkowych, nic – cisza… Wszystko to łącznie z komisją japońskich naukowców miało miejsce w latach 1945 – 1956r. (Teraz tak w nawiasie mówiąc – Japonia ma bardzo częste opisy spotkań z pilotami nieznanych obiektów latających – działo się to już w 900 roku n.e. – wszystko jest przedstawione i opisane w księgach, na malowidłach skalnych, lub na naczyniach)

    Moim zdaniem najciekawsza jest próba ongiś najnowszych okrętów marynarki amerykańskiej – zrobiono próbę dwóch potężnych okrętów pancernych w obszarze Trójkąta Bermudzkiego – był nawet film, który w cudowny sposób zaginął… (Lecz potem wyciekł z Departamentu Spraw Obrony Ameryki) Co się stało? Otóż jeden z okrętów znikł na pół godziny, lecz potem się odnalazł… Bez załogi, cały zardzewiały – jakby stał na morzu przez jakichś sto lat! Co ciekawe nawet ciał nie było, najdrobniejszej kosteczki. Już o innych statkach nie wspomnę – również znikały i się znajdowały – często z komunikatami, że widzą jakieś światła…

   Aaa! Chiny i Japonia swoje Trójkąty nazwały „strefą śmieci” – odradza się każdemu wpływanie do tych stref, każdy kto się tego jednak podejmie nie może oczekiwać na pomoc… Jest sam, zdany tylko na siebie. Flota handlowa czy marynarka wojenna tych państw omijają Trójkąty szerokim łukiem – tak samo jak robi to Ameryka czy każdy inny kraj z nimi się stykający.
Dodatkowo powiem, że pod Trójkątem Bermudzkim i bodajże Trójkątem Smoka (albo Trójkątem Diabła) śmiałkowie (badacze głębin) odnaleźli zachowane kamienne miasta. Podobno niespotykane (początkowo po znalezieniu pierwszego twierdzono iż jest to Atlantyda). Mają one cechy wspólne – ten sam sposób budowania, tak samo datowane przedmioty znalezione na dnie. Ich ogrom również jest niepowtarzalny – z nieznanych przyczyn przy dłuższym badaniu głębin cały sprzęt wariuje i nie pozostaje nic innego jak tylko wynurzenie się… A tak! Powiedziałem o datowaniu – co ciekawe badania wykazały, że całość jest starsza ponad trzy krotnie od szacowanego powstania pierwszego ludu (czyli w przybliżeniu te budowle mają 600 tysięcy lat!!!). Czy to możliwe? No nigdy nic nie wiadomo – sądzę coraz częściej, że chyba jednak tak mogło być. Widziałem też obrazy starożytnych ludów (prymitywnych plemion powinienem rzec), które jeździły na welociraptorach – stworzeniach, które wyginęły znacznie wcześniej niż człowiek zaczął stawiać pierwsze kroki (rzekomo)…

Teoretycznie pod Trójkątem Bermudzkim znajdują się dwie kryształowe piramidy – jedna ma około 200 metrów wysokości i to ona jest rzekomo powodem katastrof.
piramids

Trójkąt smoka
smok

underwoter

Koniec cz. 5 – dzięki wielkie za odwiedziny! Zapraszam też na część 6

Pozostałości (po kulturach), których wyjaśnić się nie da… Cz.4

    Dziś dalej pozostajemy na terenie Ameryki Południowej, jednak nie będę pisał o wielkich głazach, budowlach tylko o… Potężnych geoglifach z płaskowyżu Nazca. Zaskakująca sztuka tworzenia niewyobrażalnych rysunków na ziemi. Można powiedzieć pierwszy manifest rozwoju kultury i jednocześnie pierwszy sposób przedstawienia jej zamysłów. Geoglif to nic innego jak rysunek sporządzony metodą rozkopywania, bądź usypywania ziemi w jakiś wyznaczonych miejscach. Były one znane na całym świecie jednak Indianie przywiązywali do nich szczególną uwagę! Widoczne dopiero z lotu ptaka umożliwiają rozpoznanie utworzonego obiektu. W Nazca rzecz się miała podobnie – rozkopywano czerwony żwir, by móc dostać się do jaśniejszej części gleby. Drążono do głębokości 20-30 cm co (być może głębiej ciężko orzec po tak długim czasie wszak datuję się ich powstanie na przedział lat 300 p.n.e. – 900 n.e.  – choć czy na pewno wtedy one powstały?)
linia
    Co przedstawiają same rysunki? Drzewo, pająka, ptaka, małpę oraz wiele innych. Ciekawe są też kształty geometryczne i figury płaskie – świadczy to o zaznajomieniu z podstawami geometrii! Co ciekawe lud z Nazca nie wyżłobił istot tylko z Ameryki Południowo-Zachodniej! Są tam przedstawione zwierzęta również i z Europy, Azji, oceanów… Nie jest wiadome skąd u nich tak rozległa wiedza… Nie można ukrywać że jeden rysunek potrafi mieć nawet 120 metrów w przekroju a pająk 40′sto metrowe odnóża! Fascynujące jest to iż pomimo ich ogromu odkryte zostały w 1926 r. Ale uznano je za systemy kanałów nawadniających, inną teorię wysunięto w 1941 r. – mówiła ona o tym, że linie są idealnym odzwierciedleniem gwiazdozbiorów, a tym samym są”największym na świecie podręcznikiem z dziedziny astronomii”.  Ale za to w 2013r część rysunków uległo zniszczeniu przez pracę ciężkiego sprzętu wydobywczego w tamtych rejonach… Swoją drogą – jak to ludzie potrafią wiele zniszczyć…

malpa
(Małpa)

czlowiekkk
(Człowiek i twór nieokreślony)

pies
(Pies)

rys
(Zbiór rysunków 1)

rysdwa
(Zbiór rysunków 2)

    Uważa się też (teoria zwolenników odwiedzin kosmitów, lub rozwoju ludzi), że na płaskowyżu Nazca jest past startowy dla pojazdów kosmicznych, a same rysunki miały poinformować przybyłych z kosmosu, jakie istoty znajdują się na Ziemi… Zaraz przedstawię owy „pas startowy” Jest on bardzo długi, i co ciekawe rozciąga się przez wszystkie rysunki, niektóre dzieli na pół, jednakże pas startowy przypomina – jest szerszy na początku (lub wylocie jak kto woli) i zwęża się stopniowo aż do centralnej części płaskowyżu… Faktem nieodpartym pozostaje to, że ktoś chciał, by te rysunki były dostrzeżone z nieba… Ktoś musiał mieć konkretny zamysł, aby czegoś takiego dokonać!
passtartowy
(Jakość nie jest powalająca, dlatego poszukam jeszcze jednego zdjęcia)
dwapas

pastrzy
   Nawet jeżeli nie jest to pas startowy, tylko przedstawienie znajomości prostych figur, to i tak nie pozostaje wątpliwością to, że linie są bardzo dokładne – a sama figura doskonale „narysowana”.
A tutaj dla pań mam prześlicznego kwiatka!
kwiat

Pozostałości (po kulturach), których wyjaśnić się nie da… Cz.3

   Starożytni potrafili zaskoczyć niebywałą precyzją – bez profesjonalnych narzędzi poziom błędu był mniejszy niż jakoby dziś…  Skały ostre jak brzytwa, zdawać by się mogło iż były cięte laserem… Wielkie monolity – dziś powywracane jak zabawkowe klocki. O tym, o czym teraz napiszę jest stosunkowo mało informacji. Miejsce to jest owiane tajemnicą, zapomniane bym rzekł… W Boliwii jest płaskowyż o nazwie Puma Punku – niegdyś miasto/ świątynia, a dziś… Mnogość (pozwolę sobie powtórzyć) potężnych kamieni ciętych z niebywałą precyzją, jakby przy użyciu prądu – wysokiej jego mocy, koncentrowanej, palącej wręcz kamień!
blok
Jest to jedno z miejsc, których przeznaczenia wyjaśnić się nie da… Legenda głosi iż głazy z Puma Punku tworzyły potężną świątynię zbudowaną przez olbrzymów („wzniesione przez bogów zaledwie w jedną noc”)… Ale w jakim celu? Nie wiadomo! Krawędzie wielkich bloków do dziś pozostają niebywale ostre – pomimo tego iż naturalne czynniki zniszczyły znacznie kamień – ostry piasek niesiony przez wiatr doprowadził do powstania ubytków (jednak i tak mało znaczących). Ponadto w Puma Punku znajduję się jakby kamienny spis wszystkich nacji zamieszkujących Ziemię (niektórzy twierdzą iż nie tylko…)
Naukowcy szacują iż powstanie budowli nastąpiło około 2.000 lat temu… Boliwijski podróżnik o polskich korzeniach Artur Poznański – twierdził iż Puma Punku ma od 14,000 do 17,000 lat!! Swoją teorię oparł na układzie kosmosu z tego okresu (i odzwierciedleniu ułożenia kamiennej budowli względem gwiazd i pozycjonowaniem względem Słońca), oraz na badaniu próbek skalnych. Niezależnie od tego kiedy budowla powstała – ważne jest kto ją zbudował! Na to pytanie nie ma odpowiedzi, jednak wiadomo iż wyżyna Puma Punku była często odwiedzana przez pielgrzymów z całego świata! Tak przynajmniej głoszą mity.

    Teraz trochę informacji pewnych – Wyżyna Puma Punku ma 3800 m n.p.m (dość niekorzystne warunki życiowe), same zaś bloki rozłożone są na planie prostokąta o wymiarach (około) 167 na 117 m. Jest to niezbyt duża powierzchnia by zrobić cokolwiek – do tego wysokość nie sprzyja transportowaniu wielkich kamiennych bloków… Tak… Bloków mających wysokość siedmiu metrów i ważących setki ton (prawdopodobnie jeden mały blok ma wagę blisko 500 ton!!)
Materiał, z jakiego zbudowane są bloki to andezyt i dioryt – a oto ciekawostka… Ta pierwsza skała jest mało wytrzymała, kruszy się szybko i wietrzeje – ale dioryt to bardzo twardy materiał, bardzo trudny w obróbce, niesamowicie ciężki i rzadki. Dioryt był używany również w Egipcie i na Bliskim Wschodzie jako materiał rzeźbiarski. Naukowcy twierdzą iż bloki z diorytu były formowane ręcznie – przy użyciu prymitywnych (kamiennych) narzędzi… Twierdzenie to jest biegunowo sprzeczne już u swej podstawy – rzeźbienie trwałoby niesamowicie długo, i nie uzyskano by tak idealnych kształtów (kątów prostych, równych co do milimetra otworów, żłobień bez odchyleń). Dodatkowo najbliższe źródło diorytu znajduje się 15 km od Puma Punku – zatem niemożliwym jest przetransportowanie tych bloków w sposób niemechaniczny – gołymi rękoma jest to wręcz nie do wykonania, niezależnie od ilości osób uczestniczących w przedsięwzięciu choćby poruszenia takiego monolitu…  Ach no tak! Zapomniałem dodać, że dioryd można ciąć tylko czymś twardszym od niego – w tym przypadku w grę wchodzi tylko diament…
blok2
(widać ubytek spowodowany niszczącym czasem, ale i rzuca się w oczy precyzja)
puma
(Niespotykane żłobienia… Po co ktoś je robił?)
sekret
No ale dobrze, widziałem (raczej słyszałem, ale widziałem udowodnienie) kiedyś teorię jakoby monolity były ścianami i zawiasami – zrobiono nawet specjalną makietę co się okazuje to jest możliwe (nic nie zostało zmienione prócz materiału i skali) – ściany i wrota na zawiasach… Czemu akurat tak? Bo pewna osoba powiedziała iż bloki przypominają do złudzenia pas startowy dla pierwszych samolotów z napędem odrzutowym (były one zamieszczane na platformach zmniejszających tarcie). Taka teoria poparta dowodem istnieje! Świadczy o tym, że sama budowla mogła być hangarem, z którego coś wylatywało… Czy tak było, tego nie mówię!

Malowidła z Puma Punku
malowidla

Koniec cz. 3

 

Pozostałości (po kulturach), których wyjaśnić się nie da… Cz.2

    Moc piramid
Słyszałem już dawno temu, że piramidy mają nadzwyczajne moce… Chciałbym sam sprawdzić to, o czym słyszałem – i to, co teraz Ci przekażę. Ciężko jest mi wierzyć w coś, czego na własne oczy nie widziałem. Mogę tylko przypuszczać to, czy owo… Wodzę za nos, ale czas przejść do konkretów!
piramYantra
(Piramida z ogrody Stachurskiego)

   Piramidy tworzą w swym wnętrzu pewną energię – działa ona na rzeczy żywe jak i martwe. Rodzi się tutaj mankament… Piramida musi mieć idealne proporcje, mniej więcej takie jak ta Wielka Piramida, tylko zeskalowana rzecz jasna. Nie znam się na energii, jej działaniu, ale dużo o owym zjawisku czytałem. Żyletki umieszczone w piramidzie same się ostrzą, warzywa i owoce nie psują się, mięso można trzymać poza lodówką przez około tydzień i śmierdzieć nie będzie. Zwłoki… Zwłoki wysuszają się bez balsamowania. Mowa też jest o wodzie, która w piramidzie zyskuje niesamowitych właściwości – oczyszcza organizm, leczy rany. Produkty spożywcze ze sztucznymi składnikami są całkowicie oczyszczane – tak, by pozostał w pełni  naturalnym… Nie wiem ile jest w tym prawdy, ale  chyba coś jest na rzeczy, jeżeli… Gwiazdy muzyczne czy filmowe używają takowych piramidek – pierwszy przykład z brzegu – Stachurski głęboko wierzy w ich moc, kiedyś wpadł mi w ręce jakiś wywiad z nim na ten temat. Słyszałem też o pewnym Rosjaninie , który wybudował budynek piramidę, do którego przyjeżdżają ludzie – by się leczyć, odnowić. Niektórzy używają piramid do wzmocnienia wizji sennych, podobno wpływają one na psychikę, uspokajają, oczyszczają sny, są przyjemniejsze…
rospir
(Rosyjska piramida)

Wspomniałem o proporcjach piramidy czyż nie? Najpierw zaskakujący szczegół dotyczący wody… W półmetrowej piramidzie można umieścić 1l wody, natomiast w półtorametrowej już około 10l! Nie potrzeba też pełnej piramidy… Wystarczy sam szkielet!!tutaj pozwolę skopiować dwa fragmenty i ująć je w cytat:

„Najpełniejsze działanie posiadają konstrukcje stanowiące dokładną replikę Wielkiej Piramidy z Gizy. Ważny jest kąt nachylenia ścian bocznych, w stosunku do podstawy wynoszący około 51–52 stopnie. Ten kąt i wynikające z niego proporcje piramidy to najbardziej optymalne rozwiązanie. Obiekty o bardziej ostrym kącie nachylenia ścian wymagają szczególnej ostrożności w stosowaniu, gdyż emitują silne promieniowanie mumifikujące. Stosuje się je nie do energetyzacji organizmu, ale np. do konserwacji żywności.”

„Aby wykonać działającą piramidkę należy zastosować właściwe proporcje. Konieczny jest kąt ok. 42st. między podstawą a krawędzią. Jeżeli chcemy mieć piramidkę o konkretnej wysokości należy ją pomnożyć przez:

1,49 dla otrzymania długości boków

1,57 dla otrzymania długości podstawy

Materiałem może być sklejka, tektura, szkło, plastyk. Największą zdolność skupiania energii wykazuje kryształ górski. Dobry jest też nikiel, miedź, mosiądz. Nie jest konieczne wykonywanie dna. Nie ma to wpływu na jej sprawność. Aby wzmocnić działanie należy umieścić na czubku nasadkę wielkości 1/3 wysokości w małych konstrukcjach lub 20-30cm w większych”

czlowiek
(szczyt piramidy uwieńczony jest miedzianą piramidą rzekomo wzmacniającą efekt jej działania – teoretycznie zabieg ten jest niepotrzebny)

   Gdy tylko będę miał trochę więcej czasu postaram się ustosunkować do obu projektów, jednakże wykorzystam w tym celu jabłko i żyletkę – owoc i martwy przedmiot (jeśli mogę tak powiedzieć). Nie wiem jednak kiedy do tego dojdzie… Wykonam (jeśli już) też dwa modele: jeden z kartonu, drugi z drewna bądź jakiegoś innego surowca jaki tylko uda mi się dostać… Nie mam też zbyt wielu narzędzi – zatem będzie to czysta prowizorka. No nic, będzie zabawnie w każdym razie! Przydałaby się też jakaś osoba do pomocy, we dwójkę zawsze raźniej, i może ten ktoś będzie miał narzędzia hahaha…

Koniec cz.2

Pozostałości (po kulturach), których wyjaśnić się nie da… Cz.1

   Często żaden z naukowców nawet nie zamierza wspominać o pewnych pozostałościach po kulturach, których nawet nazwa nie przetrwała… Wiele mitów, wiele legend – często tylko tony kamieni… Ale za to jakich kamieni! Ba! Są miejsca owiane większą ilością tajemnic i teorii niż przy katastrofie w Smoleńsku… Zacznę od czegoś, co mnie samego intryguje niesamowicie…
wyspa
  Co powiesz na skarby nieopisane? Co powiesz na temat bogactw niezliczonych? Jeżeli nie bogactwa, to być może wieczna sława? To wszystko jest, jest i czeka na Ciebie! Wystarczy wybrać się na Wyspę Dębów z łopatą w dłoni… – Brzmi to jak ogłoszenie, jak propozycja wycieczki? Owszem! Wszakże jest na naszej planecie bardzo dziwna wyspa… Mało kto o niej słyszał, jednak ongiś bywało o niej głośno – szczególnie o znaleziskach, które tam się trafiały! Możesz nie uwierzyć ale nazwa – Wyspa Dębów – jest dosyć pieszczotliwa… Czemu? Spytasz zapewne – bo nigdzie na wyspie, ani nigdzie w jej pobliżu nie ma ani jednego dębu! Powiem więcej! Cała wyspa to jedna wielka sterta kamieni! Kamień obok kamienia a to wszystko na jeszcze większej ilości kamieni… Gdzie tu skarby? Gdzie bogactwa i sława?! A no na wszystko przyjdzie czas, więc usiądź wygodnie i czytaj!

   Zacznę od teorii na wyspie mogą być: arka przymierza (ukrytej tam przez templariuszy), skrzynie z pirackimi skarbami, łupy wikingów, łupy żołnierzy armii Kartaginy z okresu wojny z Rzymem,  skrzynie ze skarbami Anglików, Francais Drake – żeglarz z olbrzymim majątkiem i załogą górników – mógł chcieć ukryć tam skarby, była też teoria o tym, że są na wyspie pochowane skarby jednego z największych piratów – Kapitana Kidda. To teorie, ale jak jest z praktykami? To zaraz, zaraz…
skarb

Najpierw wrócę do samej wyspy – mierzy ona 1,6 km długości, 1 km szerokości, pow.0,57 km kwadratowych, a w największym punkcie ma ona 11 m.n.p.m. Pomimo sterty kamieni jest jedno miejsce… Właśnie wyżej wspomniane wzniesienie! Niewielkie, ale jest. Tam właśnie w tym oto jednym miejscu rosło drzewo… Dąb jeden dąb – potężny wręcz – a obok dębu była (zasypana ziemią i gruzami) studnia! Na całej wyspie nic innego nie było.Pierwsze oficjalne doniesienia o wyspie pochodzą z roku 1701 – wtedy ją odkryto, ale nikt nawet jej nie zwiedzał – była pusta, kamienista – ominięto ją… W roku 1795 młodzież, która wyspę odwiedziła odnalazła nań wspomnianą studnię i drzewo dębu… Ale ni byli głupi, zaczęli kopać… Na głębokości około metra natrafili na warstwę płaskich kamieni, a 3 metry głębiej na drewniany pomost z dębowych bali 10-centymetrowej grubości. Do tego była też mata z włókna kokosowego! Po następnym metrze były kamienie, a po trzech metrach ponownie natrafiono na dębowe pale i matę kokosową… Wtedy zrezygnowali. Na ich miejsce przybyła druga ekipa było to w roku 1803 lub 1805… Dokopano się podobno do 27 metrów! Co trzy metry bale… A na 12, 15, i 18 metrach były warstwy węgla drzewnego i włókna kokosowego! Wtedy jak mnie pamięć nie myli zginęło przy kopaniu trzech robotników. Ale za to… Odkopano tablicę z nieznanymi runami – przypisuje się je wikingom, jednak to nie jest ich pismo oraz sama płyta była zrobiona z nieznanego materiału… Mawiało się iż był to kamień – jednak dziwnie połyskujący! Kopię owego kamienia runicznego ktoś ukradł, co się stało z oryginałem? Nie wiadomo…
plyta
(to jest tylko zdjęcie repliki – niewiele się ich zachowało)

   Wraz z zabraniem płyty szyb zakrył się wodą do poziomu (jak podawano) 10 metrów. Firma tracąc pieniądze wycofała się, lecz po niej przybyła następna! Według ówczesnych raportów, druga firma wykorzystała wiertło, a to przebiło się na 30 metrze i tam natrafiło na  kolejną platformę, tym razem świerkową, następnie 30-centymetrową wolną przestrzeń, później 56-centymetrową warstwę „metalowych wiórów”, 10-centymetrową warstwę dębu, kolejną warstwę świerka, aż wreszcie w pokład gliny, który wiercono do głębokości 210 cm. Czy to pozwoliło coś odkryć? Rzekomo tak! Mnóstwo skrzyń, jak powiadano, pełnych złota! Ale… Zawsze w takich historiach pojawia się jakieś „ale” – to tak na boku. Ale wysoki przypływ zniszczył zaporę, zabezpieczającą przed wodą i skrzynie zostały zalane! (Moim zdaniem wzmianka o skrzyni była celowa – a samych skrzyń nigdy nie było… Specjalnie okłamano prasę i ludzi, by tylko zyskać na sławie… ) Sama firma zbankrutowała i wycofała się.
   Następne  ekspedycje zniszczyły szyb… Kopały one dookoła niego i zawaliły go doszczętnie – ziemia się osunęła, a bark pieniędzy nie pozwolił na kontynuację prac! Byli następni, równie łakomi na złoto jak ich poprzednicy! Ekipa chcąca kontynuować pracę nad szybem była sprytniejsza… Oni oglądnęli najpierw wyspę, byli ciekawi skąd bierze się woda. Wlano do szybu rozcieńczonej farby, a to skutkowało rozlaniem jej z trzech stron wyspy! Były to tunele celowo wydrążone do ciągłego zalewania tego jednego punktu… Jedynym osiągnięciem tej ekspedycji poszukiwawczej było wydobycie z głębokości 68 metrów kawałka pergaminu, na którym widniały litery ” V I”, ale pergamin ten również zaginął.
odkrywcy
   Po nich było jeszcze kilka ekspedycji ale tylko dwie będą ciekawe – bo większość porobiło więcej szybów jednak niczego nie znalazły, ale jeden człowiek był tak zdesperowany, że 30 metrów wyspy „zrównał z ziemią” (jeśli mógłbym tak się wyrazić)! – niczego nie znalazł… Po tym teren tylko zalesiono i zazieleniono. Potem była jeszcze jedna ekipa, kamerą spuszczoną do następnego szybu – co było widać? Niewyraźny obrys skrzyń oraz ciał… Materiały zaginęły, a sam szyb się zawalił…
Niedawno, bo w 2010 roku wyspę odkupiono i uzyskano pozwolenie na prowadzenie eksploracji. Ilość osób które do tej pory zginęły szacuje się na około 40, zaś ilość upadłych firm – 6…

   Dlatego właśnie studnia była nazwana studnią pieniędzy, dąb zaś – dębem śmierci… A! jeszcze taka ciekawostka… Kokosy nie rosną nigdzie w pobliżu, dęby znajdowane w ziemi też nie były z tamtego rejonu, były też bardzo stare… Płaskie kamienie też niebyły z okolicy wyspy – dokładniej – każdy z poziomów był z innej części świata… Teraz jeszcze o ułożeniu warstw – były one postawione w wielkim kole, z idealną precyzją… Ale kto tego dokonał i dlaczego? Tego nikt do tej pory wyjaśnić nie umie…

Jeżeli masz mnogość pieniędzy, więcej czasu i zdrowie – zapraszam na Wyspę Dębów, tylko nie zapomnij o łopacie, wszak może Ci się przydać… ZAPRASZAM!

exped

Koniec cz.1  dziwnych pozostałości