Bez kategorii

Studniówka!

    Dnia (dokładnie) 18 stycznia miało miejsce ważne wydarzenie. Bez dwóch zdań warte jest ono tego, by choć trochę o nim napisać, by zostało zapisane nie tylko w pamięci, czy na zdjęciach. Ze studniówką tą wiąże się jeszcze jedna ciekawostka… Spokojnie, do wszystkiego dojdziemy! 

 

my
(Może dziewczyna mnie nie zabije, za wrzucanie jej zdjęć na bloga… Trudno! Jakbym zginął postawcie mi znicza [*] )  
Ja w garniturze – kto by pomyślał… Nienawidziłem takiej formy ubioru, już od małego była ona dla mnie zbyt sztywna. Od pierwszej klasy podstawówki, aż do teraz nie miałem nigdy więcej ubranego gajerka. Moje myślenie cały czas chyba było błędne, bo właśnie studniówka ta uświadomiła mi, że garnitur nie gryzie, ba! Mógłbym chodzić w nim cały czas! Nawet wiele osób powiedziało mi, że pasuje mi on do ogólnego wyglądu. Ech, gdybym miał tylko pieniędzy jak lodu to i z dziesięć garniturów bym sobie kupił – i właśnie tak chodził na co dzień ubrany! Elegancja, nawet bym powiedział wygoda i ogólny komfort tego typu stroju jest dość interesujący. Myślałem, że marynarka będzie krępowała moje ruchy, czy coś w tym stylu – tak jednak nie jest! Krawat też mnie nie dusił (a przyznam szczerze, że nienawidzę mieć nic pod szyją… Golfy, ciasne koszulki – to wszystko odpada!) Byłem bardzo zaskoczony. I teraz wiem, że praca jaką chciałbym wykonywać powiązana byłaby właśnie z garniturem. Hmm mógłbym być facetem w czerni! Oni mieli fajny styl! Poważnie jednak mówiąc, to praca w garniturze jest bardziej poważna… Więc ja chyba na wstępie odpadam! O! Weźmy grabarza! Czy ktokolwiek wyobraża sobie, by ktoś zajmujący się pochówkiem zaczął nagle żartować?! Mnie jest ciężko być poważnym przez dłuższą chwilę! Muszę zaraz powiedzieć coś głupiego, niekiedy nawet niestosownego – ale w gruncie rzeczy zabawnego. Dobrze… Tak więc wiemy iż grabarz odpada, urzędnicza praca raczej też (tam dopiero sztywniacy siedzą!). 

 

 
Studniówka, odnosząc się teraz do całości, była rewelacyjna! Zabawa do białego rana, dobre jedzenie, jeszcze wspanialsze towarzystwo! Czego chcieć więcej? O ktoś tam krzyczy, że alkoholu, ooo a tam, że prostytutek! No panowie, litości – to studniówka, a nie dyskoteka! Uczestniczyłem w tej zabawie jako osoba towarzysząca. I oto ciekawostka – na studniówkę zostałem zaproszony przez przyjaciółkę, a poszedłem na nią już z dziewczyną. W styczniu też wypadało mi i ukochanej pół roku związku. Dokładnie dwa dni po owej studniówce! Gdy przyszedłem po ukochaną nie mogłem uwierzyć własnym oczom – wyglądała przepięknie! Zaszczytem była sama możliwość towarzyszenia jej – już nie wspomnę o tym, że była to moja dziewczyna! Najwięcej pytań rodziły wątpliwości co do sali (czy będzie duża, jak wyjdzie na niej polonez, gdzie będzie druga klasa)… Zaraz po przyjeździe zobaczyliśmy piękny pałacyk, a w nim naszych wspólnych znajomych. Ludzie dopiero się zbierali, było przed nami trochę czasu. Postanowiliśmy się rozejrzeć, porozmawiać z tymi co już są, przejść na salę do tańca. Było chłodno, ale bardzo pięknie. Czy mogłoby być inaczej w pałacyku? Złote obrazy na kremowo-białych ścianach, sufit ozdobiony wizerunkami znanych Polaków, i balkon bardzo ciekawie przyozdobiony. Stoły nakryte i przygotowane do przyjęcia głodnych gości. Długo trwały apele osób odpowiedzialnych za organizacje, życzenia, podziękowania. Wszyscy nudzili się stojąc w dwuszeregu (może nie tyle nudzili, co pragnęliśmy wszyscy mieć za sobą tego poloneza). Dwie klasy miały po dwie próby poloneza. My zaczynaliśmy jako pierwsi – dodatkowo były problemy z jednym elementem przejściowych, i podczas ostatniej próby zdecydowaliśmy się go ominąć. Po próbach kolejne oczekiwanie, jeszcze jeden apel… Czekaliśmy teraz już tylko na sygnał „do poloneza!” – by mieć już ostatecznie wszytko za sobą!
Cudowna muzyka rozbrzmiała na sali wprawiając nas w rytm. Powolnym krokiem ruszyliśmy do przodu. Jedną zwartą kolumną wyszliśmy na salę – wiedząc jednocześnie, że tym razem wszystko musi się udać! Równe tempo, ładny dostojny krok… Pełne skupienie nie pozwalało choć na moment oderwać myśli od kolejnych części układu. Już wszystko zbliżało się ku końcowy, lecz wtedy właśnie rozproszyłem się myśląc „taaak idzie dobrze, równy krok, bezbłędne przejście, idzie nam rewelacyjnie…….”… W tej chwili doszło do przejścia, miałem przeprowadzić Asię na drugą stronę i się z tym spóźniłem… Ech potem wytrąciłem się z rytmu, którego szukałem jeszcze kilka chwil. Niestety skopałem element, który był zmieniony na sam koniec! Zdjęcia potem uchwyciły jak rozmawialiśmy i zaczęliśmy się śmiać z tego faktu. Chciałem by było idealnie – to była jej studniówka, nie chciałem sprawić zawodu. I w gruncie rzeczy byłą bardzo szczęśliwa. Nie miała nawet najmniejszych pretensji co do tej pomyłki.
Potem tańczyła druga klasa, jeszcze były programy artystyczne i to na co wielu czekało (i ja jako łakomczuch także)… JEDZONKO!! Ile tam było żarcia! Rosół, pierś z kurczaka zapiekana w serze z pieczarkami podane z frytkami, sałatki z gyrosem, sałatki wegetariańskie, mnogość ciast, szaszłyki z kiełbasą i kurczakiem podwędzanym, potem bolsze krokiety z mięsem i barszcz czerwony… Normalnie rewelacyjne menu! Nie ma się co dziwić, zabawa trwała aż do godziny szóstej nad ranem…
toast
(Teraz zginę na 100% więc szykujcie znicza!!)

   Ja sam zaś nie przypuszczałem nigdy, że tyle czasu przetańczę (ja osoba, która stroni od jakichkolwiek imprez, która tańczyła ostatni raz wieki temu…)! Niemalże nie schodziłem z parkietu, Asia i ja nogów w dupie nie czuliśmy (jak szanowny Ferdynand Kiepski prawił). Niezapomniane wrażenia przyniósł taniec belgiski, który został odtańczony z dobrych pięć razy. Alkohol był i owszem – jak to na każdej studniówce- ale przyznać muszę szczerze, że nie interesował mnie on w ogóle! Po co pić kiedy zabawa i tak jest rewelacyjna? Dokładniej się nad tym zastanawiając, to nie było czasu na picie – cały czas tańczyliśmy z małą przerwą na jedzenie – trzeba było nabrać sił złapać dwa oddechy (nie, nie dwa kieliszki) i ruszyć dalej w tango! 

    Każdorazowo po wyjściu z sali czułem się, jakbym dostał granatem ogłuszającym! Pisk w uszach, jak przy ciśnieniu dziesięciometrowego słupa wody (nurkowie zrozumieją lepiej hahaha) Do tego lekkie skołowanie (nie, nie byłem pijany) wynikające ze zmęczenia. Byłą to przepiękna zabawa – innymi słowami nie da się tego określić, a i ja starałem się – by całe nasze towarzystwo spędziło ten czas z uśmiechem.  
   

Kontakt ze mną

Ostatnio wystartowałem na jednej stronie, jest to google+ . Coś w rodzaju masowego bloga, portalu społecznościowego itd. Jest to strona dla wszystkich posiadaczy konta na g-mailu (i chyba obejmuje też inne skrzynki) W każdym razie jest tam coś takiego jak hangouts – na telefonach z androidem też to jest (we wcześniejszej wersji pod nazwą talk). Wystarczy zrobić konto, dodać do znajomych i można pisać :). Jeżeli ktoś jest ciekawy mojego zdania na jakiś temat, to serdecznie zapraszam! (linki znajdą się na samym dole). To co wcześniej mówiłem o szpiegowaniu… Owszem, śledzą nas wszędzie, ale nie mam nic do ukrycia… Wygląda to lekko jakbym stanął w opozycji do samego siebie. Jednak w cale tak nie jest.

Wspomniałem o koncie, na którym zamieszczam swoje wiersze czyż nie? Jest to dość prosta stronka, niemniej jednak bardzo ciekawa! Ja sam co prawda nie jestem tam czytany zbyt często, w sumie to nawet bardzo rzadko ktoś mnie odwiedza (hahaha – tak, coś jakby wyśmianie samego siebie). W każdym razie tam właśnie upubliczniam swoje wiersze i fragmenty z jednoczesnym zachowaniem praw autorskich (niektóre strony wymagają zrzeczenia się go)

No i rzecz jasna standardowo podam też Aska, Na pytania odpowiadać lubię, co zawsze podkreślam, no a tak to będzie na tyle…

Zatem:
* Google+ :
https://plus.google.com/u/0/100223965390485176046/posts/p/pub
   – widoczne tylko dla zalogowanych
* Eioba:
http://www.eioba.pl/iwan-saproszkow/articles

* Ask.fm:
http://ask.fm/iwansaproszkow

W razie kłopotów z linkami proszę pisać w komentarzu

Miesiąc nieobecności

No to tak ze wstępu – nie było mnie tutaj prawie miesiąc!! Jak ten czas zaiwania! No mniejsza o to, byłem rozrywany z każdej strony! Nawet przy komputerze nie siedzę tyle co dawniej. Szkoła – bo to ona jest tutaj główną winowajczynią za brak choćby chwili wytchnienia – zabiera mnóstwo czasu. Czas to najmniejszy problem! Wraz z czasem siły uciekają, a to jest znacznie gorsze. No ale dobrze… Jestem, mam chwilę – zatem wykorzystam te czynniki w miarę możliwości.
wiatr

Wiele rzeczy się zmieniło… Owe zmiany są może tylko kosmetyczne, ale wpłynęły znacząco na to, co robię z nie mniejszą przyjemnością. O co chodzi? Wypadałoby ogólnie zacząć od początku, lecz po miesiącu ciężko do niego wrócić… Hmm – uporządkuję zatem fakty! Jak było widać wstawiłem dwie początkowe części książki, czemu nie było następnych fragmentów skoro dalej nad nią pracuję? Otóż nie podoba mi się ona – ogólny jej zamysł, sposób pisania jak i użyta narracja. Chcę to zacząć od nowa – zmieniając narrację przekształcić cały obraz. Jedyne co mi się w tym podoba to metafora wpleciona w tekst. Ona właśnie jest jedyną rzeczą, której bym nie zmienił. Cała reszta pójdzie do piachu, gdy tylko wymyślę coś nowego! Co by tutaj jeszcze napisać… No to chyba ogólnie wszystko – odnosząc się tylko do tego tematu rzecz jasna…

kniga
To, że gram na instrumentach wie niemalże każdy, ostatnio dorwałem się do harmonijki ustnej. I muszę przyznać iż nauka idzie mi bardzo szybko. Wróć!! Naukę już zakończyłem – przez około tydzień się uczyłem. Więcej nie było mi potrzebne, jedynie podstawy łapania dźwięków i obsługi tego zmyślnego urządzonka. Przyznam szczerze, że o kilku rzeczach faktycznie nie wiedziałem! Ale co robiłem przez resztę czasu? Sam dochodziłem do momentów przełomowych, sam teraz tworzę. Moja muzyka jest cudowna! O poranku budzi wszystkich, a później sprawia, że uszy wszystkim krwawią! Oni się nie znają na pięknie muzyki! Ale tak na poważnie… Idzie mi naprawdę całkiem nieźle, tylko mam dość ciężki start. Raczej miałem – bo już opanowałem większość „gry”. Więc co utrudniało ten start? Naukę powinno się zacząć od harmonijki w tonacji C – jedyna dostępna w moim sklepie muzycznym miała tonację D – teoretycznie jeden stopień różnicy, ale uniemożliwia to płynną grę (właśnie to szarpie uszy, ciężko dopasować się w dźwięki znanych melodii). Ogólnie zakupiłem model dość tani – chciałem uniknąć zawiedzenia się na samym sobie przy wyłożeniu grubej kasy na instrument i późniejszym jego odstawieniu. Jednak nawet ten tani model pozwala mi grać na sobie, nie robi fochów, zatem grywam to i owo.
hohner
Instrument to tylko jeden zabijacz czasu… Mam również od niedawna dłuta – oj zawsze chciałem tworzyć coś bardziej namacalnego niż tylko dźwięki, czy kartki papieru upstrzone tuszem… Robię jakieś drobnostki w mydle, dokładniej mówiąc. Nie wiedziałem, że kostka szarego mydła może dać TAKĄ frajdę! Najciekawsze w tym wszystkim jest stałe kombinowanie – jeżeli się coś źle zrobi, to całość nabiera już innego wyglądu i należy nadać jej innego wymiaru. Mówiąc inaczej – zmienić całą pracę, porzucić stare myśli i koncepcje, dla tej jednej… Nowej! Jedynym i zasadniczym minusem tej zabawy jest syf… I jest to z deka ironiczne (niezależnie od strony, z której patrzymy na całą sytuację)! Mydło – symbol czystości – a tworzy bród i syf dookoła. Pracować trzeba nad gazetami, bo potem doczyścić daną rzecz, do której owe mydło przylgnie, nie jest łatwo. Nie można zbyt mocno oddychać, bo wióry się rozsypią co całym pomieszczeniu! Ale jak cieszy efekt końcowy! Myślę iż warto poświęcić temu chwilę.

Co ja tam jeszcze robiłem? O mikołajki! (z dużej czy z małej? – no nie ważne będę pisał z małej) Dwa dni temu były mikołajki, i to nie byle jakie – a najlepsze jakie miałem! Oj nie chodzi tutaj o prezenty, tych dla mnie mogłoby w ogóle nie być! Jest coś cenniejszego niż otrzymane podarki. Mogłem spędzić ten dzień z osobą, którą kocham – to był największy prezent … Być sercem przy sercu – móc zatopić się w danej chwili. Więcej nie mogłem zapragnąć. Wszystko wyglądałoby jeszcze lepiej, gdyby nie ten cholerny wiatr! Jak tutaj się przejść spokojną nocą, przy świetle gwiazd napawając się radością, która wynika z wyjątkowości danego dnia – gdy raz za razem wichura stara się przewrócić wszystko i wszystkich, którzy staną na jej drodze?! Połamane gałęzie pozrywane linie wysokiego napięcia, nawet stare ceglane mury i ogrodzenia, ba! Nawet stare drzewa – to wszystko leżało powywracane na ziemi. Istny chaos – mimo tego ogrom ludzi pałętał się po ulicach.
prezentTo tak ode mnie dla Was :D

Na dzisiaj to już wszystko, jutro postaram się jeszcze jakiegoś posta wkleić. Może uda mi się tego dokonać przed szkołą.
Postaram się częściej tu gościć

Krew, wapiry, pielęgniarki…

   Dzisiaj zrobiłem to, czego nie robiłem przez długi czas… Chodziło mi to po głowie, nie powiem… Nie, nie wypiłem niczyjej krwi, a mógłbym! Pielęgniarki też nie zabiłem! Zrobiłem coś innego. Nie będzie to przechwalaniem się, a raczej zachętą dla innych.

wampir
    Do czego więc dzisiaj doszło? Wybrałem się oddać krew – powiem już na wstępie NICZEGO NIE ŻAŁUJĘ! Planowałem oddać krew odkąd skończyłem 18 lat, trochę czasu minęło nim się jednak zdecydowałem na przerodzenie myśli w czyn. „Zdecydowałem” jest tutaj złym słowem, wszakże zdecydowany byłem już wcześniej, ale wciąż mi coś wypadało. Teraz mam do siebie pretensję o to, że wcześniej już nie oddałem krwi.

   Otóż byłem tak zaciekawiony jak to wszystko się odbędzie, że zamiast wejść do przychodni, to wszedłem do ośrodka adopcyjnego. Myślę sobie „no no, ciekawe miejsce na miejsce poboru krwi”… Patrzę się na tabliczki oznaczające szereg drzwi, jednak nigdzie nie udało mi się dostrzec punktu krwiodawstwa… Zapytałem się o drogę jakiejś kobiety patrzącej na mnie ze sporym zdziwieniem. Powiedziała żebym wyszedł przed drzwi i skręcił w lewo… Te słowa okazały się zwodnicze! Wychodząc z ośrodka adopcyjnego wparowałem jak gdyby nigdy nic do magazynu aptecznego… Tutaj też wyszła mi na przeciw zdziwiona pani z zapytaniem czego szukam w jej magazynie… Miałem ponownie wyjść i owszem skręcić w lewo dopiero za przystankiem autobusowym… No nic, wszedłem do przychodni (tym razem już we właściwe miejsce) i pierwsze co się rzuca w oczy podczas zwiedzania przychodni – to kolejki oczekujących na przyjęcie przez lekarzy… I tutaj musiałem się trochę pokręcić szukając punktu poboru krwi. Z tym poszło szybciej, wszak TAKICH drzwi nie sposób było przegapić. Oszklone drzwi z wielką czerwoną kropelką, oraz to co za nimi…

…Następna kolejka.
kolejka
     Pierwszy etap to rejestracja odbywająca się na podstawie dowodu. Etap trochę trwa ponieważ pielęgniarka wpisuje wszystkie dane bardzo skrupulatnie. Zaraz po tym wydaje ankietę dotyczącą przebytych w ostatnim czasie chorób, brania narkotyków, uprawiania seksu, uprawiania seksu z partnerami chorymi… I tak dalej i dalej. Podczas wypełniania ankiety zostałem wezwany na drugi etap… Teraz uwaga – wszystkim nieletnim zarania się czytać dalej!! Otóż co tam mnie czekało… Zostałem ukuty w palca! Swoją drogą bardzo ciekawy element, spodziewałem się czegoś bolesnego, a to było tylko takie pstryk i już (Maszynka zwalniała igłę w sposób pół automatyczny – ta wbijała się w palca a sam przyrząd trafiał do odpadków biologicznych). Potem ta sama pani nabierała krew na płytkę w celu szybkiego jej przebadania. Zostałem zwolniony i mogłem już w spokoju dokończyć swoją ankietę. Trzeci etap to wizyta z ankietą u lekarza. Ten badał ciśnienie, chwile ze mną porozmawiał pogratulował odwagi i powiedział, że śmiało mogę oddać krew. Już od tej chwili czułem się wyróżniony… Wiedziałem, że za moment zrobię coś, dzięki czemu przyczynię się do uratowania czyjegoś życia. To bardzo ważna myśl – bardzo motywująca do oddania krwi. Czwarty i ostatni etap to wspomniane właśnie oddanie krwi. Nakazano mi umyć ręce i zdezynfekować je specjalnymi preparatami (jedną rękę – ale jak mogłem to czemu nie miałem zdezynfekować obu?!). Czułem się jak chirurg przed operacją… I zostałem zaproszony do wspaniałego, miękkiego fotela. Wspaniale się na tym leżodziało  (nie wiem, czy jeszcze siedziałem, czy może już leżałem – dlatego taki wyraz leżodziało). Nogi miałem dość wysoko zaś całe ciało było wygodnie oparte w pozycje półleżącej. Ręce oparłem na podłokietnikach i tak o to czekałem na woreczek. Prawie jak przy oddaniu moczu tylko lepiej! (No chyba że ktoś sobie sika po rękach to w takim razie będzie kiepskim porównaniem…) Worek został umieszczony w maszynce kołyszącej, wielka gruba igła przebiła wybrzuszoną żyłę przy zgięciu ręki… Nie bolało to nawet, tylko głupim jest uczucie posiadania ciała obcego… Krew wypełniła gumowe okablowanie i trafiła wpierw do mniejszego woreczka. Z niego właśnie krew była wyciskana niczym soczek do małych probówek, w celu poddania dalszym testom mojej krwi. (Swoją drogą podobno za takie badanie płaci się 500 zł, podczas oddawania krwi jest robione za darmo i do tego o wszelkich nieprawidłowościach informuje się dawcę telefonicznie – ile w tym jest prawdy, tego nie wiem…)Krew po znalezieniu się w czterech probówkach została oznaczona, a przy jednej części kabla pani pielęgniarka jakby coś połamała – słyszałem trzask… Było to konieczne do przelania krwi do zbiornika głównego. I tak oto musiałem czekać aż upłynie blisko 7 minut – tyle czasu trzeba było bo napełnienia worka. Potem kazano mi usiąść i powiedzieć jak się czuję – tutaj pozwoliłem sobie na drobny żarcik… Powiedziałem tak – ” Proszę pani, wszystko byłoby całkiem dobrze, gdyby nie widok wampira przed moimi oczyma!” Czemu tak? No ponieważ gdy już usiadłem,  to pierwszym co zobaczyłem,  był naklejony na drzwi wampir z ociekającymi krwią kłami… Ci to mają poczucie humoru… Tak przyszło mi wstać i odebrać mój dowód razem z upominkiem! Otrzymałem pakiet 9 czekolad (2 gorzkie, 2 orzechowe, 2 bakaliowe, 2 kokosowe i jedną śmietankową), oraz smycz do kluczy z napisem Twoje krew-Moje życie. Wszyscy przyjezdni otrzymują jeszcze 13 zł za przejazd (niestety mnie ten zaszczyt ominął, wszak jestem bezpośrednio z miasta). Dalej to już nic tylko grzecznie się ukłonić i wyjść.

   Jak się czułem zaraz po oddaniu krwi? Tak jak wcześniej! Pełen sił, tylko o jakieś pół kilograma lżejszy… Oddałem jedną jednostkę krwi – to jest 450 ml + materiał do probówek (czyli około pół litra), następne oddawanie krwi odbędzie się najwcześniej za dwa miesiące. Teraz kilka godzin po oddaniu czuję się dalej bez zmian. Tryskam energią, i cieszę się z tego co zrobiłem.

To nie boli, a mogę przyczynić się do uratowania życia,
To nic nie kosztuje, a ktoś może bardzo wiele zyskać,
Czy Ty oddajesz krew?
Jeżeli nie, to gorąco polecam!

   Aaaa i bym zapomniał – każdemu pracującemu przy oddawaniu krwi przysługuje odrębne płatne wolne, oraz każdemu uczniowi dzień wolny od szkoły. Nagrody za oddawanie zmieniają się co jakiś czas, jednak nagroda główna jest stała – czyjeś uratowane życie…

krew

Witam serdecznie!

Witam wszystkich i każdego z osobna!
    Warto byłoby zacząć od przewidywanej treści jaka być może zaistnieje na owym blogu… Nie zamierzam zamykać się w jednej kategorii, będę się odnosił do wszystkiego, co mogłoby kogokolwiek zainteresować. Tak więc przez humor aż do polityki, przez szare życie aż do kolorowych marzeń! Czy to się uda? Z Waszą, szczególnie Twoją pomocą na pewno! Wytykaj błędy, pisz mi co ma ulec zmianie, tak by całość była bardziej poczytna – każda uwaga będzie cenna, cenniejsza nawet niż pochwała, wszak żeby blog się rozwijał potrzebuje pewnego bodźca – w tym wypadku jakiegoś solidnego kopa w tyłek i kilku stałych czytelników! Mniemam iż to pomoże ruszyć z miejsca…

   Ale zaraz! Czy ja już kiedyś bloga nie miałem? Owszem był sobie kiedyś taki mały blog, na którym wstawiałem moje „twory” literackie, co się z nim stało? Istnieje on dalej w przestrzeni internetowej, by pewnego dnia się odrodzić jakoby feniks z popiołów. O zalążkach książek, które tam miałem pamiętam doskonale, spokoju mi to nie daje – ale ciągle coś mnie od tego odrywało, do czasu, oj do czasu… No zaraz! Przecież to jest nowy blog i to będą nowe myśli! Teraz zajmę się TYM blogiem – tak żeby każdy mógł coś ciekawego przeczytać!

   Wszelkie sugestie proszę wysyłać mi na facebooka i gg, lub jeżeli nie chcecie zostać rozpoznani to wszelkie pomysły proszę wpisywać tutaj:
http://ask.fm/iwansaproszkow

Szybko i anonimowo na asku, bądź na mailu – tam też będę oczekiwał komentarzy i sugestii: saproszkow_iwan@interia.pl