Studniówka!

    Dnia (dokładnie) 18 stycznia miało miejsce ważne wydarzenie. Bez dwóch zdań warte jest ono tego, by choć trochę o nim napisać, by zostało zapisane nie tylko w pamięci, czy na zdjęciach. Ze studniówką tą wiąże się jeszcze jedna ciekawostka… Spokojnie, do wszystkiego dojdziemy! 

 

my
(Może dziewczyna mnie nie zabije, za wrzucanie jej zdjęć na bloga… Trudno! Jakbym zginął postawcie mi znicza [*] )  
Ja w garniturze – kto by pomyślał… Nienawidziłem takiej formy ubioru, już od małego była ona dla mnie zbyt sztywna. Od pierwszej klasy podstawówki, aż do teraz nie miałem nigdy więcej ubranego gajerka. Moje myślenie cały czas chyba było błędne, bo właśnie studniówka ta uświadomiła mi, że garnitur nie gryzie, ba! Mógłbym chodzić w nim cały czas! Nawet wiele osób powiedziało mi, że pasuje mi on do ogólnego wyglądu. Ech, gdybym miał tylko pieniędzy jak lodu to i z dziesięć garniturów bym sobie kupił – i właśnie tak chodził na co dzień ubrany! Elegancja, nawet bym powiedział wygoda i ogólny komfort tego typu stroju jest dość interesujący. Myślałem, że marynarka będzie krępowała moje ruchy, czy coś w tym stylu – tak jednak nie jest! Krawat też mnie nie dusił (a przyznam szczerze, że nienawidzę mieć nic pod szyją… Golfy, ciasne koszulki – to wszystko odpada!) Byłem bardzo zaskoczony. I teraz wiem, że praca jaką chciałbym wykonywać powiązana byłaby właśnie z garniturem. Hmm mógłbym być facetem w czerni! Oni mieli fajny styl! Poważnie jednak mówiąc, to praca w garniturze jest bardziej poważna… Więc ja chyba na wstępie odpadam! O! Weźmy grabarza! Czy ktokolwiek wyobraża sobie, by ktoś zajmujący się pochówkiem zaczął nagle żartować?! Mnie jest ciężko być poważnym przez dłuższą chwilę! Muszę zaraz powiedzieć coś głupiego, niekiedy nawet niestosownego – ale w gruncie rzeczy zabawnego. Dobrze… Tak więc wiemy iż grabarz odpada, urzędnicza praca raczej też (tam dopiero sztywniacy siedzą!). 

 

 
Studniówka, odnosząc się teraz do całości, była rewelacyjna! Zabawa do białego rana, dobre jedzenie, jeszcze wspanialsze towarzystwo! Czego chcieć więcej? O ktoś tam krzyczy, że alkoholu, ooo a tam, że prostytutek! No panowie, litości – to studniówka, a nie dyskoteka! Uczestniczyłem w tej zabawie jako osoba towarzysząca. I oto ciekawostka – na studniówkę zostałem zaproszony przez przyjaciółkę, a poszedłem na nią już z dziewczyną. W styczniu też wypadało mi i ukochanej pół roku związku. Dokładnie dwa dni po owej studniówce! Gdy przyszedłem po ukochaną nie mogłem uwierzyć własnym oczom – wyglądała przepięknie! Zaszczytem była sama możliwość towarzyszenia jej – już nie wspomnę o tym, że była to moja dziewczyna! Najwięcej pytań rodziły wątpliwości co do sali (czy będzie duża, jak wyjdzie na niej polonez, gdzie będzie druga klasa)… Zaraz po przyjeździe zobaczyliśmy piękny pałacyk, a w nim naszych wspólnych znajomych. Ludzie dopiero się zbierali, było przed nami trochę czasu. Postanowiliśmy się rozejrzeć, porozmawiać z tymi co już są, przejść na salę do tańca. Było chłodno, ale bardzo pięknie. Czy mogłoby być inaczej w pałacyku? Złote obrazy na kremowo-białych ścianach, sufit ozdobiony wizerunkami znanych Polaków, i balkon bardzo ciekawie przyozdobiony. Stoły nakryte i przygotowane do przyjęcia głodnych gości. Długo trwały apele osób odpowiedzialnych za organizacje, życzenia, podziękowania. Wszyscy nudzili się stojąc w dwuszeregu (może nie tyle nudzili, co pragnęliśmy wszyscy mieć za sobą tego poloneza). Dwie klasy miały po dwie próby poloneza. My zaczynaliśmy jako pierwsi – dodatkowo były problemy z jednym elementem przejściowych, i podczas ostatniej próby zdecydowaliśmy się go ominąć. Po próbach kolejne oczekiwanie, jeszcze jeden apel… Czekaliśmy teraz już tylko na sygnał „do poloneza!” – by mieć już ostatecznie wszytko za sobą!
Cudowna muzyka rozbrzmiała na sali wprawiając nas w rytm. Powolnym krokiem ruszyliśmy do przodu. Jedną zwartą kolumną wyszliśmy na salę – wiedząc jednocześnie, że tym razem wszystko musi się udać! Równe tempo, ładny dostojny krok… Pełne skupienie nie pozwalało choć na moment oderwać myśli od kolejnych części układu. Już wszystko zbliżało się ku końcowy, lecz wtedy właśnie rozproszyłem się myśląc „taaak idzie dobrze, równy krok, bezbłędne przejście, idzie nam rewelacyjnie…….”… W tej chwili doszło do przejścia, miałem przeprowadzić Asię na drugą stronę i się z tym spóźniłem… Ech potem wytrąciłem się z rytmu, którego szukałem jeszcze kilka chwil. Niestety skopałem element, który był zmieniony na sam koniec! Zdjęcia potem uchwyciły jak rozmawialiśmy i zaczęliśmy się śmiać z tego faktu. Chciałem by było idealnie – to była jej studniówka, nie chciałem sprawić zawodu. I w gruncie rzeczy byłą bardzo szczęśliwa. Nie miała nawet najmniejszych pretensji co do tej pomyłki.
Potem tańczyła druga klasa, jeszcze były programy artystyczne i to na co wielu czekało (i ja jako łakomczuch także)… JEDZONKO!! Ile tam było żarcia! Rosół, pierś z kurczaka zapiekana w serze z pieczarkami podane z frytkami, sałatki z gyrosem, sałatki wegetariańskie, mnogość ciast, szaszłyki z kiełbasą i kurczakiem podwędzanym, potem bolsze krokiety z mięsem i barszcz czerwony… Normalnie rewelacyjne menu! Nie ma się co dziwić, zabawa trwała aż do godziny szóstej nad ranem…
toast
(Teraz zginę na 100% więc szykujcie znicza!!)

   Ja sam zaś nie przypuszczałem nigdy, że tyle czasu przetańczę (ja osoba, która stroni od jakichkolwiek imprez, która tańczyła ostatni raz wieki temu…)! Niemalże nie schodziłem z parkietu, Asia i ja nogów w dupie nie czuliśmy (jak szanowny Ferdynand Kiepski prawił). Niezapomniane wrażenia przyniósł taniec belgiski, który został odtańczony z dobrych pięć razy. Alkohol był i owszem – jak to na każdej studniówce- ale przyznać muszę szczerze, że nie interesował mnie on w ogóle! Po co pić kiedy zabawa i tak jest rewelacyjna? Dokładniej się nad tym zastanawiając, to nie było czasu na picie – cały czas tańczyliśmy z małą przerwą na jedzenie – trzeba było nabrać sił złapać dwa oddechy (nie, nie dwa kieliszki) i ruszyć dalej w tango! 

    Każdorazowo po wyjściu z sali czułem się, jakbym dostał granatem ogłuszającym! Pisk w uszach, jak przy ciśnieniu dziesięciometrowego słupa wody (nurkowie zrozumieją lepiej hahaha) Do tego lekkie skołowanie (nie, nie byłem pijany) wynikające ze zmęczenia. Byłą to przepiękna zabawa – innymi słowami nie da się tego określić, a i ja starałem się – by całe nasze towarzystwo spędziło ten czas z uśmiechem.  
   

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>