W mroku ginie rozsądek…

Ktoś mi powiedział, że z każdego tematu zrobię coś poczytnego – zobaczymy za moment czy twierdzenie to okaże się prawdziwe, ale nie ja będę to oceniać, a każdy kto tutaj wejdzie i każdy komu zechce się to przeczytać. No to co? Zaczynamy! Na drodze wstępu powiem tylko iż będzie to historia oparta na faktach – co zaraz raz jeszcze podkreślę. Czy masz ją traktować z przymrużeniem ok? To już samemu każdy zdecyduje – fakt jest jeden! To się wydarzyło bez względu na to czy w to wierzysz, czy też nie…

Uwaga! Historia miała miejsce w rzeczywistości, nie będzie ubarwiona ani przekłamana.
Oparte na faktach…

Przyjechał z Niemczech mój przyjaciel, jeszcze z czasów podstawówki. Nie mamy okazji widzieć się codziennie – można się tego łatwo domyśleć czyż nie? Zatem każde spotkanie jest dla nas o tyle ważne, że możemy się wciągu jednego dnia nagadać tak jak standardowe kobiety przez całe życie… Więc i tematów jest sporo, i zabawy też jest masa. Ale tym razem coś poszło nie tak. Miałem zaplanowany dzień – co do szczegółu, co do minuty. Był plan, było też przygotowane wszystko, aby ten oto plan zrealizować… Dnia pierwszego listopada wyprałem ręcznie swoje rzeczy – nikt mi nie chciał pralki na wszystkich świętych włączyć (jak wiadomo sam tego diabelstwa nie potrafię i nie chcę potrafić obsługiwać)… Do wyprania nie było wiele, ale prócz czarnych ubrań mógłbym wyprać też charakter… Ale co do rzeczy, ręcznie uprałem czarne wojskowe spodnie do zadań nocnych, do tego czarną bluzę niestety zwyczajną wszak wojskowej już nie posiadam, oraz chustę również czarną. Problem jak wiadomo polega nie tyle na samym wypraniu co na suszeniu tak pranych rzeczy… Z racji tego iż nie posiadam zabytkowych urządzeń do prania z czasów PRL’u musiałem wszystkie szmaty wyżymać ręcznie – normalnie istny horror! Pomijam fakt związany z moim zmęczeniem tego dnia i brakiem sił na ręcznie wyżymanie… Robiłem co jakiś czas poprawki duszenia, a raczej wyduszania owych ciuchów tak, by na dzień jutrzejszy potrzebne rzeczy były już suche… Wydawało się to awykonalne wszak woda nie kapała, a ściekała wręcz strumieniem – szczególnie z bluzy, która wody się opiła jak głupia! Dnia drugiego – czyli w sobotę – dzień spotkanie jeszcze dodam… Bluza nie była mokra, ale dość wilgotna. Nie zmieniło to moich planów… Założyłbym cały ten komplet nawet mokry, i nie dlatego, że nie mam innych ubrań – mam ich sporo, a dlatego, że potrzebowałem czegoś co pozwoliłoby mi stać się nie tylko niewidocznym, ale również umożliwiło całkowite rozpłynięcie się w mroku. Tego zakładał plan – a przynajmniej jeden z jego punktów. Musiałem więc wykombinować coś na szybko, i przyszedł mi dość zwariowany pomysł i myśl mu towarzysząca – skoro można suszyć włosy za pomocą suszarki, to czemu nie ubrania…- Myśl jednak okazała się genialną! Wysuszyło to bluzę i spodnie tam gdzie były one wilgotne. Teraz mogłem iść na spotkanie.

To jednak był ledwie wstęp, nic nieznaczący początek wydarzeń, które nas czekały…
Z Maciejem umówiłem się tam gdzie zawsze – na moście koło sex-shopu, jest to taki nasz wspólny żart i jednocześnie odwieczne miejsce spotkań – każdy ma tam blisko, i każdy wie gdzie to jest. z Tego właśnie punktu ruszyliśmy w stronę pizzerii. Właśnie tutaj był drugi z problemów…  Miała być pizza, jednak obiad w domu sprawił iż wzięliśmy tylko frykasy – złociste paluchy czosnkowe – dokładnie dwie porcje dużych frykasów, jedne na miejscu drugie na wynos. Poprosiłem by te, które miały być „na wynos” zapakowano mi do mojego pojemnika, który miałem ze sobą. Zasiedliśmy przy stoliku czekając na realizację zamówienia, spokojnie rozmawiając o tym co czeka Maćka. Prosił o wyczerpującą wędrówkę, coś na poprawienie formy… Ja byłem na to gotowy. Otrzymał ode mnie małą latarkę, którą miał przywiązać do kurtki – pozwalała mi dostrzec go z daleka, drugą latarkę tym razem normalną – świecącą mocnymi diodami ledowymi (przy trybie 8 lub 16 diodek), nóż – świeżo naostrzony (na tyle by bez problemu przeciąć grubą kurtkę i uszkodzić ciało) było to bardziej na wszelki wypadek i po to, by mógł czuć się pewniej, chustę w moro – miała chronić przed owadami. Do tego szybki instruktarz związany z przebiegiem akcji i posługiwaniem się przedmiotami – do tego przepisy BHP… A właśnie a co ja miałem? Latarkę świecącą na blisko 150 metrów na jednej mocnej diodzie, lub na drugim trybie świeciła 16 diodami na teren dosyć szeroki, spokojnie oświetlając 100 metrów powierzchni, miałem też telefon z jedną diodą świecącą na 100 metrów, no i dalej to ubranie kamuflujące, glany i plecak. Po posileniu się ruszyliśmy do sklepu, by tam zaopatrzyć się w dodatkowy sprzęt – baterie do latarek, oraz napoje energetyczne. Zważywszy na fakt iż było dość widno co było mi nie po nosie to wybrałem inną trasę.

Wzniesienia i niewielkie góry były pierwszym celem do zdobycia. Z ich szczytów rozpościerała się przepiękna panorama Nysy – niewielu zna to przejście, i te punkty widokowe… Tutaj był pierwszy odpoczynek, wędrówka trochę wymęczyła Macieja, szczególnie gdy napchał swój kałdun frykasami! Zbliżał się zachód słońca, a droga była przed nami bardzo długa… Należało zejść z gór, by kontynuować marsz. Jeszcze bardziej wyczerpujący, jeszcze bardziej ciekawy i wymagający! Nie wyprzedzajmy jednak faktów. Byłoby to zbędnym zabiegiem. Trasę przewidziałem na 24-26 kilometrów. Będąc na górze zrobiliśmy raptem 8 kilometrów. Teraz czekała nas 6 kilometrowa przeprawa do początków lasu. Oczywiście mowa tutaj jest o 6 kilometrach w jedną stronę… Właśnie te 4 kilometry, które nam zostały były kluczowymi. W trakcie ich przebiegu miało dziać się najwięcej. Cała droga do lasu to już koniec miasta. Obrzeża – mały ruch, mało ludzi, cisza… Wspaniała cisza, czasem tylko rozdzierana rykiem silnika przejeżdżającego samochodu, lub niesionymi przez pola odgłosami pędzącego pociągu – nadlatującymi od strony miasta – majaczące w oddali sygnały gwizdków. Najbardziej irytujący był mrok pogłębiający się z każdym krokiem. Szczególnie ciemno było już, gdy stanęliśmy przed pierwszymi drzewami… To była chwila na odpoczynek, oraz przygotowanie sprzętów, zorientowania się względem kompasu (Maciej musiał wiedzieć, w którą stronę iść w przypadku zgubienia się). Przewidziane było prawie wszystko, nawet czarne scenariusze – prawie wszystko…

Tutaj zacznie się historia właściwa – jej najmroczniejszy fragment… Czy mieliście kiedyś przeczucie? My z Maćkiem właśnie przed wkroczeniem do lasu mieliśmy takowe przeczucie… Bardzo złe nawet. Pierwsze kroki w stronę ciemności zrodziły niepewność – z początku tylko niewielką, zbagatelizowaliśmy to. Dobra zabawa była i owszem, ale tylko do czasu. Blask latarek pięknie rozświetlał otoczenie, widać było wszystko jak na dłoni. Uznałem iż był to dobry moment na głupie żarty – zniknąłem Maćkowi. Rozpłynąłem się w mroku gdy tylko zgasiłem swoją latarkę… Nie było mnie widać, nie było mnie słychać. Właśnie w tym momencie Maciek zaczął wariować i wypowiedział słowa, które mnie rozbawiły. „Iwan!! Coś się o mnie otarło!!!! Gdzie jesteś?! Iwan!!” Myślałem, że pęknę ze śmiechu, ale mój humor powściągnął potworny smród – cuchnęło tak jakby w pobliżu gniło jakieś mięso… Maciek był daleko, ale widziałem go cały czas… Bez namysłu włączyłem latarkę patrząc czy w coś nie wszedłem… Dookoła mnie było pusto! Podeszwy od butów były czyste, nigdzie nie było też żadnego truchła. Jednakże po zapaleniu latarki smród ustał. Było to dosyć dziwne, ale nie przejąłem się tym zbytnio – zmierzyłem w kierunku Maćka, który już tylko na mnie czekał. Musiałem zacząć go uspokajać, i powiedziałem, że mógł obudzić zająca i to on się o niego otarł (jednak zające widziałem z innego krańca lasu – tak blisko drogi ich jeszcze nie było) Dumałem nad tym, ale i myśli odleciały… Musiałem uważać, by nie stoczyć się z niewielkiego wzniesienia. Droga na wzniesieniu kończyła się ręcznie utworzoną wiatą leśniczą – miejscem ognisk, obserwacji i odpoczynku (i wspaniałym tarasem widokowym). Chcieliśmy zrobić jakieś pamiątkowe ujęcia w tym miejscu, ale wszystkie próby zrobienia zdjęcia kończyły się zamazanym obrazem.
Woleliśmy coś zjeść niż dalej próbować cykać fotki. Gdy tylko usiedliśmy do posiłku, to znów było czuć ten straszny smród – ale tym razem mocniej! Maciek powiedział mi iż czuł to też gdy coś się o niego otarło (i nie była to gałąź)… Rozejrzeliśmy się, ale niczego wokół nas nie było więc po posileniu się poszliśmy dalej.

Mawia się, że im dalej w las tym więcej drzew – powiem inaczej… Im dalej w las tym większy smród…
Plan zakładał dotarcie do kościoła w środku lasu – dobre miejsce na zrobienie kilku pamiątkowych zdjęć. Dochodząc do niego niego coś nas zatrzymało… Nie tylko smród nam towarzyszył, ale też szelest dookoła nas – tak jakby coś krążyło robiąc koło. Do tego oboje słyszeliśmy sapanie. Coś sapało i wiem, że nie było to zwierze – ani pies, ani zając, ani dzik… Byłem w tym lesie nie jeden raz, ale czegoś takiego nigdy tam nie uraczyłem! Dzień zaduszny – taki był dokładnie dzień, gdy się tam znaleźliśmy, nie widziałem jednak wtedy związku z tym sapaniem. Chciałem iść dalej, ale zmroziło mnie. To było pierwsze ostrzeżenie – wiedziałem to ja i wiedział Maciek… Cofnęliśmy się do rozdwojenia drogi i tam zaproponowałem by podejść kościół od drugiej strony. Maciek niechętnie na to przystał – ale nie chciał zostawać sam, i szczerze powiem, że ja też nie… Druga droga była lepsza, lecz irytowało ciągłe (wrogie) wycie i warczenie psów. Nie było smrodu, do czasu…   Wraz z ponownym jego przybyciem o bliższym szelestem, oraz sapaniem rozbrzmiewającym niemalże tuż obok, wycie psów przerodziło się w ujadanie przepełnione strachem… To było drugie ostrzeżenie! Na trzecie nie czekaliśmy… W pełnym biegu ruszyliśmy do końca lasu, tym razem jednak smród już nas nie opuszczał. Gdy zwalnialiśmy, to pomimo braku choćby najmniejszego wiatru drzewa gięły się jak oszalałe, liście szumiały bez chwili przerwy. Zrywały się spłoszone ptaki, a nad głowami krakały kruki i wrony – straszny obraz. Nie boję się byle czego, jestem odważny, nawet głupi przez to, ale wtedy całą odwaga zgasła…Tam coś było, wiem to tak samo ja jak i Maciek. Nie wierzę w duchy, ale umysł podpowiadał różne rzeczy, gdy dookoła był mrok a samemu było się w pustce. Rozum stał się największym wrogiem, który rzucał kłody pod nogi. Do tej pory gdy tylko o tym pomyślę to po mych plecach przelatują ciarki…
Co zabawne, zaraz po wyjściu z lasu smród padliny nas opuścił, drzewa się uspokoiły, a my sami mogliśmy odpocząć choć przez chwilę…   Nie było też krakania nad głowami – ponownie nastał spokój. Jedyne co mogło wzbudzić niepokój to migająca latarnia, w której to świetle postanowiliśmy odsapnąć.

Dzień zaduszny jest dniem, w którym to dusze zmarłych się błąkają, należy im się wtedy spokój i modlitwa – tak powiedziała moja babcia… Czy to prawda? Sami oceńcie – ja w to jednak nie wierzę…

Sam zaś powtórzę – niczego nie ubarwiłem, a całość działa się naprawdę!!

Jedna odpowiedź na W mroku ginie rozsądek…

  • ~T.... mówi:

    Czasem miałam wrażenie, jakoby w niektórych miejscach pominąłeś słowo lub dwa.
    Interesująca historia. Nie wiem, czy mam werzyć w jej prawdziwość; nie byłam tam, nie mogę więc mieć jednoznacznej opinii. Gdybym miała trochę inne poglądy, prawdopodobnie bym uwierzyła.
    Cóż, jak to pisał Shakespearre w „Hamlecie”: „There are more things in heaven and earth, Horatio.
    Than are dreamt of in your philosophy”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>